Pisma krytyczne/Mistycyzm i wiedza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Pisma krytyczne
Podtytuł Mistycyzm i wiedza
Data wydania 1904
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Ludwik Bruner
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
MISTYCYZM I WIEDZA.


Jestem tylko marzycielem i dlatego zapewne sprawy ludzkie widzę niby w półsennej medytacyi, ale czuję, że obecna pora roku — porównanie wiosenne — jest epoką pojednania i miłości i że porze tej przystoją wyrazy nadziei i wesela. I czy mam się przyznać? — wrażenie to wywołuje u mnie zwyczaj dzielenia się jajkiem wielkanocnem, zwyczaj datujący się od zamierzchłych czasów cywilizacyi pierwotnych a do dni naszych przechowany u ludów chrześcijańskich. Ta dawna tradycya nietylko świadczy o konserwatyzmie ludzkości, ale dowodzi zarazem, że można zgodzić ze sobą wiele rzeczy takich, które początkowo do pogodzenia niemożliwemi się zdawały.
Słuchajmy, czego uczy nas kalendarz.
W tej porze wiosennej, którą przed kilkoma dniami zaledwie przekroczyliśmy, tajemnice przyrody i tajemnice religii łączą swe czarodziejstwa, duch i materya wielbią wieczystość zmartwychwstania, ołtarze i lasy zakwitają razem. Kościół głosi: Dic nobis Maria... »powiedz Maryo, co widziałaś na swej drodze? Widziałam całun i odzież, widziałam świadków anielskich i chwałę Zmartwychwstałego«.
I słowa te cudne wyrażają z jednaką potęgę powrót wiosny i zwycięstwo Chrystusowe, w wyrazach uniesienia i chwały łączą nieśmiertelnego Adonisa z Bogiem czasów naszych. Gdy w dymie kadzideł od ołtarza płyną słowa radosne »Powiedz Maryo, co widziałaś na swej drodze?«, ptaszki, ścielące gniazda na dzwonnicy kościelnej, świergotem swym odpowiadają: »Maryo, Maryo, na drodze swej widziałaś, jak pierwsze promyki słońca zmieszały się z deszczem wiosennym, niby uśmiech ze łzami i zamieniły się na listki i kwiaty. Światło wnikające do serc naszych, w miłość się przeistacza; to też gorliwie ścielemy gniazdka, pracowicie w dzióbkach znosimy źdźbła słomy; tak, ożywcze ciepło rozbudza miłość i pożądanie«.
Dowodzi to właśnie jedności w układzie wszechświata; chemik Berthelot poczyna już domyślać się rzeczy, które starzy alchemicy dawno przed nim odgadli. Skąd jednak z tej jedności wyłoniła się taka rozmaitość, — to przechodzi pojęcia zarówno uczonego chemika, jak i ptasząt.
»Oto co Marya widziała na swej drodze. Widziała chwałę Zmartwychwstałego, który umiera i zmartwychwstaje rokrocznie. I długo jeszcze, gdy nas już nie stanie, odradzać się będzie — nie wiecznie jednak, bo choć jest słońcem, niemniej jest tylko iskrą zawieszoną w przestrzeni bez końca. A czemże my jesteśmy, my ptaszki? Niczem i światem zarazem — kochamy, składamy jaja, żywimy swe pisklęta, jesteśmy cząstką w życiu wszechświata. A na świecie wszystko jest potrzebne, o ile wszystko nie jest tylko próżnem złudzeniem: oba te poglądy zaś są jednako rozumne. Ale ptaszki sądzą, że są potrzebne i stosownie do tego też postępują«.
Taką oto rozmowę organów z ptakami zasłyszałem, przechodząc w pewien ranek wielkanocny przed wiejskim kościółkiem. Rozmowa ta zda mi się prawdziwie pobożna.
We wszystkich krajach i po wszystkie wieki powrót wiosny wiąże w radosnej uroczystości nadzieje mistyków z weselem przyrody. Chrześciaństwo w swych czarownych obchodach wielkanocnych nie wyzbyło się — zwłaszcza po wsiach — pozostałości pogańskich, które koło niego się wiją, jak koło kamiennego krzyża bluszcz i ciernie.
Kamil Flammarion mówił mi, że w Bassigny, jego stronach rodzinnych, chłopi dziś obchodzą powrót wiosny, tak jak za czasów Joanny d’Arc, łącząc z ceremoniami katolickiemi obchody pogańskie, pełne pogodnego naturalizmu. Wszędzie spotkanie Maryi z mistycznym ogrodnikiem staje się jednocześnie symbolem radości ziemskiej i niebiańskiej nadziei. — »Dic nobis Maria? — powiedz nam Maryo, co widziałaś na swej drodze.« Te słowa liturgiczne spotkałem przed kilku dniami w miesięczniku, poświęconym literaturze i sztuce. Umieszczono je na czele jednego z artykułów krytyczno-etycznych, w których czuć było mistycyzm dorastającego pokolenia. »Maryo, co widziałaś na swej drodze« powtarzał niespokojnie Paweł Desjardins, pisząc o jednym z mistrzów[1], w którym młodzi wielkie pokładają nadzieje. Słowa jego, przepojone szczerością i szlachetnem odczuciem, zdradzały zarazem taki niepokój, że mnie poważnie zastanowiły. Słowa: »Dic nobis Maria« stawały się tam dewizą jakiejś niejasnej palingenezy, jakiejś religii niewyraźnej, symbolem czegoś nieokreślonego, lepszego, co się dopiero ma narodzić. Artykuł p. Desjardins, to jedno z tysiącznych znamion dzisiejszego niepokoju i rozterki ducha.
Wszystko tu jeszcze zmącone i bardzo niejasne. Ale warto iść za tym poczynającym się ruchem, śledzić go troskliwie i przychylnie, tak, jak byłem usposobiony pisząc te słowa. Starajmy się poznać, ku czemu dążą i jakiemi drogami kroczą młodzi. Niech dzielniejsi i rozumniejsi odemnie oświecają tych, co wstępują obecnie w życie duchowe i umysłowe; co do siebie, pragnę tylko odszukać drogę w tych niejasnych jeszcze nowinkach. Zrobić to muszę, gdyż piszę — a pisanie, gdy się nad tem zastanowić, jest rzeczą straszną.
Najwidoczniejsza w tem wszystkiem, że zaufanie do wiedzy, niedawno tak silne, jest przeważnie stracone. Byliśmy przekonani, że za pomocą dokładnych badań doświadczalnych, dobrze dokonanych obserwacyi stworzymy prędko racyonalizm powszechny. I prawie wierzyliśmy, że od wieku XVIII. poczyna się nowa era ludzkości — ja wierzę w to jeszcze. Trzeba jednak przyznać, że nie idzie to tak szybko, i, że sprawa nie jest tak prosta, jak nam się zdawało. Ernest Renan, nasz mistrz, który silniej od innych ufał i wierzył wiedzy, nie wyrzekając się swej wiary przyznaje, iż złudzeniem jest przypuszczać, by już dziś ludzkość wyłącznie mogła się oprzeć na racyonalizmie i doświadczeniu. Młodzież współczesna czego innego szuka. I skoro odrzuca tę wiedzę, którą uważaliśmy za objawienie najwyższe, należy poznać, dlaczego tak czyni.
Przedewszystkiem zarzuca się wiedzy, że jest niezupełna. Wiedza sama — mówią nam — nie istnieje; wy uczeni stworzyliście tylko nauki, a to jest różnica zasadnicza. I cóż to są dla was nauki? Powiększające szkła, szkła — nic więcej! Wzmacniają wasz wzrok i pozwalają wam dokładniej przyjrzeć się niektórym zjawiskom, na to zgoda!
Lecz czyż to rzecz ważna?
Zbadawszy kilka zjawisk więcej w tej przepaści złudzeń, z których świat się składa, czy poznaliście samą przyczynę rzeczy, choć jedno z tych rządzących światem praw, któreby poznać należało? I czy sądzicie, że odkrycia chemiczne i fizyologiczne odsłoniły nam choć jedną prawdę etyczną?
Wiedza wasza nie może rościć prawa, by rządzić nami, bo sama przez się obca jest moralności, a te zasady czynu, któreby z niej czerpać można, byłyby niemoralne.
Wiedza jest nieludzka, okrutna; unicestwia nas w przyrodzie, zbliża nas do zwierząt i roślin, ukazując to, co mamy wspólnego z nimi, a wspólnem nam jest wszystko: zmysły, radości, smutki, nawet myśli. Wraz z innymi tworami jesteśmy dla niej niczem na tej bryle, ziemią zwanej: głosi ona zuchwale, że losy ludzkości całej we wszechświecie nie znaczą nic.
Próżno wołamy, że w nas samych odnajduje się nieskończoność. Wiedza niewzruszenie uczy nas, że Ziemia nie jest nawet maleńką komórką w tej żyle Uranosa, którą drogą mleczną zwiemy. Wiedza każe nam rumienić się, że mogliśmy kiedyś uważać się za środek świata, za najpiękniejsze dzieło Boże, gdy w rzeczywistości krążymy około marnej gwiazdy, milion razy mniejszej, niż Syryusz.
Nasza ledwie dostrzegalna cząstka wszechświata, o ile sądzić można, jest dość nędzna: ma jedno tylko słońce, gdy wiele innych układów gwiezdnych ma ich dwa, lub nawet trzy. Słońce nasze oglądane z układów sąsiednich nie ma zapewne silnego blasku; jest czerwonawe, co dowodzi, że nie płonie już z żarem gwiazd młodych, biało świecących. Niedługo, za kilka milionów stuleci, słońce mieć już będzie tarczę przyćmioną, pokrytą dużemi czarnemi plamami i to będzie jego końcem. Ziarno piasku, które dziś ziemią się zwie, a wówczas żadnego już miana mieć nie będzie, zapadnie wraz z słońcem w noc wieczystą.
Ludzkość na długo zapewne przed tą chwilą wygaśnie. Tymczasem uczymy się, że zmierzamy do Gwiazdozbioru Herkulesa, i że prochy nasze dotrą tam kiedyś w ciemnościach i w milczeniu. Oto, co nam wiedza o losach ludzkości odsłonić może.
Podróż tę odbywamy w towarzystwie innych planet, z których jedne, jak Wenus i Merkury, giną w blasku słońca, inne, jak Uran i Neptun — w ciemnościach przestworza. Zdaje się, że Wenus jedną tylko stroną zawsze zwrócona jest do słońca, ale przypuszczenie to nie jest pewnikiem. Jedyną planetą, której powierzchnię obserwować mogliśmy, jest Mars; łatwo rozróżnić na nim lądy, morza, obłoki i śniegi na biegunach. Flammarion nakreślił jego mapę, Schiaparelli dostrzegł na nim kanały; powstają one tam, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej i, jeśli są dzielem przemysłu rąk ludzkich, trzeba przyznać, że inżynierowie tej planety o wiele są zdolniejsi od naszych. Niewiadomo tylko, czy istotnie są to kanały; być może, że powierzchnia jest tam bardziej ruchoma i mniej trwała, niż na ziemi, i że to jest powodem ciągłych zmian i przekształceń.
Bardzo to możliwa, że Mars jest zamieszkały, lecz nie dowiemy się nigdy, jakie formy przybiera tam życie; wolno nam przypuszczać, że jest równie ciężkie, jak na ziemi; przynajmniej takie przypuszczenie będzie nam pociechą, której nam wiedza nawet nie zabierze.
A jakże wiedza obeszła się z człowiekiem? Wyzuła go z cnót, które były jego dumą i pięknością, kazała mu wierzyć, że wszystko w nim i poza nim ulega koniecznym ślepym prawom przyrody, że wolna wola jest złudzeniem, że sam on jest maszyną, nie znającą własnego mechanizmu. Zburzyła nawet poczucie jego własnej jaźni, na czem tak piękne pokładał nadzieje; nieraz ukazała mu w człowieku dwa oddzielne a współrzędne istnienia, dwie dusze w jednej osobie.
Tak oto nasze pokolenie przeciw wiedzy się burzy i odmawia jej prawa rządzenia ludzkością. Czem zamierza ona zastąpić nauki ścisłe? Na to pytanie odpowiedzi szukać należy koniecznie.

Przypisy

  1. Wicehrabia Eugeniusz Melchior de Voguë.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jacques Anatole Thibault i tłumacza: Ludwik Bruner.