Pisma krytyczne/Juliusz Lemaitre

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Pisma krytyczne
Podtytuł Juliusz Lemaitre
Data wydania 1904
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Ludwik Bruner
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
JULIUSZ LEMAITRE.


Juliusz Lemaitre ogłosił właśnie swe feljetony — felieton; forma bardziej zgodna brzmieniowo z franc. feuilleton, od którego pochodzi. dramatyczne p. t. »Wrażenia z teatru«. Czuć w nich pewną niewinność odczucia i niezwykłe doświadczenie rozumu. I że tak jest, jest dobrze: bo dobrze jest mieć serce naiwne, gdy myśl naiwną nie jest. Anioły, wcielenie czystości i słodyczy, napewno stworzyłyby marną literaturę, nie można sobie bowiem wyobrazić serafina, obdarzonego np. ironią filozoficzną.
Wobec spraw ludzkich Juliusz Lemaitre nie zawsze zachowuje powagę; można mu to jednak wybaczyć, tak czarującą jest jego wyobraźnia. Zdobywszy wszystkie godności, porzuca z ochotą biret doktorski, by tu i owdzie poswawolić jak student. Jest to jakby Fantasio, który łowi na wędkę najbardziej szanowane i uczone głowy. Mile to drażni, widzieć uczniowską swawolę połączoną razem z wielką erudycyą i z poetyckim talentem — rozkoszujemy się tem, jak rzadkiem bardzo widowiskiem. Pewna pedanterya cechuje zwykle umysły wybitniejsze; nie dziw więc, że stajemy oczarowani wobec człowieka wielce zasłużonego, który jednak posuwa swą naturalną prostotę prawie do bezczelności. Ile w tem zapomnienia siebie, ile szczerości i ile głębi zarazem!...
Najwięcej jednak pociąga u Lemaitre’a ów nieoczekiwany smutek, który go przejmuje na myśl o bezlitośnem okrucieństwe swej własnej drwiącej ironii, rozrzewnia się on wtedy nagle i niespodziewanie, bo w tej umysłowości ruchliwej, zmiennej, lekkiej a świetnej, znajdziemy wszystko, nawet melancholię — i to go czyni podobnym do jakiegoś Pucka-figlarza, który odbył poważne akademickie studya.
Juliusz Lemaitre — to umysł bardzo doświadczony i bardzo subtelny; jego miła przewrotność polega na tem, że wątpi on jawnie o wszystkiem. Do takiego to stanu doprowadziła go refleksya.
Myśl jest rzeczą straszną, i nie dziw, że ludzie instynktownie się jej boją. Ona to popchnęła Szatana do buntu, chociaż Szatan był jednym z synów Boga. Ona jest kwasem, co roztwarza i przeżera świat; świat przestałby istnieć w tejże chwili, gdyby wszyscy ludzie zaczęli równocześnie myśleć. Ale o to nieszczęście niema obawy. Myśl jest największem złem, ale jest też i największem dobrem. Prawdą jest, że ona wszystko niszczy, lecz z równą słusznością można też twierdzić, że ona wszystko stwarza. Tylko myślą pojmujemy świat; gdy myśl nas poucza, że świat jest niepoznawalny, zdmuchuje tylko bańkę mydlaną, którą sama wydęła. Tem oto właśnie każdego poniedziałku zajmuje się J. Lemaitre z demonicznym wdziękiem. Mówi wszystko, a udaje, że nic nie powiedział. Zaprawdę upośledzony jest tem, że wszystko pojmuje. Jakąż stałby się »powagą«, gdyby był np. dwa razy mniej inteligentny! Ale niestety, widzi on odwrotną stronę każdego pojęcia, a to jest przenikliwość nie do wybaczenia. Umie pogodzić z sobą rzeczy zda się niemożliwe do pogodzenia; jego pięknej, ruchliwej duszy wrodzona jest głęboka filozofia Hegla: jeżeli napotyka wrogie sobie pojęcia, godzi je i łączy w bratnim uścisku. Potem rozstaje się z niemi bez żalu. Oczywiście tak czynić może tylko mądrość, a ta jest także błędem nie do przebaczenia. Jak w polityce, tak i w sztuce najwięcej w przyjaciołach swych cenimy stronniczość usposobienia i ciasnotę poglądów. Kto należy do stronnictwa, musi przedewszystkiem podzielać jego przesądy. Juliusz Lemaitre nie należy do żadnego obozu, myśl jego jest zupełnie niezależna. Uważam go za filozofa, oddanego kontemplacyi świata; teatrem zajął się niewątpliwie dlatego, że teatr jest dlań rodzajem mikrokosmu. W istocie teatr jest małym światem. Nie jest że komedya np. szeregiem obrazów, powstałych z tajemnej głębi jednego umysłu?
Określenie takie mieści w sobie zarówno wszelki utwór dramatyczny, jak i cały kosmos nam dostępny. I tu i tam narzucają się nam obrazy; myśli kierującej nimi nie znamy — i tę musi nam ktoś wskazać. Filozof roztwiera przed nami boski plan świata; — krytyk skromniej tłumaczy nam np. dramatyczne plany pana Aleksandra Dumasa.
W swych fejletonach dramatycznych Lemaitre mówi także o teatrze — Franciszek Sarcey nie szczędzi mu za to pochwał. W tych studyach różnorodnych a zawsze nowych zajmuje się Lemaître jednak i wielu innemi sprawami, t. j. właściwie jedną jedyną: duszą ludzką. Do niej nawiązuje wszystko i na tem polega wielki urok tych utworów pisanych z dnia na dzień, a jednak swym nastrojem filozoficznym, niby nicią złotą, wiążących się w jedną całość. Juliusz Lemaitre nie jest doktrynerem, ale ma stałe przekonania moralne. Jego filozofia artystyczna jest gorzka i słodka zarazem, pobłażliwa i okrutna, ale przedewszystkiem dobra i mądra, jak pszczoła, która pokazuje swe żądło, gdy miód daje. Gdyby bez nienawiści można kochać, Lemaitre nie znałby nienawiści. Ale ta zmysłowo artystyczna natura nie wybacza brzydocie, że mąci radość życia; kocha ludzi i pragnie ich szczęścia; wierzy, że więcej jest cnót, niż podano w katechizmach. Jest on z tych, co nie pragną niczyjej zguby, nikomu źle nie życzą, a nie mając własnej wiary, współczują z wierzącymi. Ludzi takich zwiemy sceptykami: nie wierząc w nic, niczemu także nie przeczą; na równi z innymi podlegają wszystkim złudzeniom zewnętrznego świata — są igraszką pozorów, i niekiedy czcza forma zewnętrzna sprawia im bolesne cierpienie. Daremnie spostrzegamy wciąż nicość życia: niekiedy kwiat jeden może nam ją zapełnić. Tak to właśnie Jul. Lemaître, to zmysłowiec, to asceta, igra ze sceną i tem złudzeniem złudzenia upaja się w teatrze. Ztamtąd rzuca nam swe przepyszne wrażenia, a te odbijając się we mnie dają mi rzeczywiście dziwną rozkosz.
Prawdziwie kocham teatr, gdy o nim mówi mi Lemaître: nauczył mię cenić Meilhac’a, tak jak bym tego sam nie potrafił zrobić, w dyalogach Gyp’a pomógł mi odszukać treść mistyczną i tajemną. Dał mi pojąć lepiej Corneille’a i Molière’a, gdyż nikt Lemaîtrowi nie dorówna w znajomości klassyków. On wreszcie odsłonił mi nowe strony geniuszu Racine’a, chociaż i sam znałem go dobrze. Choć nie jestem zarozumiały, poczytuję mu to wszystko za zasługę. Ale w tych szkicach najlepiej Lemaître daje poznać samego siebie: różne tu na siebie przybiera oblicza. Nie mam mu tego za złe; raczej chwalić go za to należy, w istocie bowiem krytyka tyle warta, co pisarz który ją daje: im bardziej jest osobista — tem więcej zajmująca.
Krytyka, tak jak filozofia i historya, jest rodzajem powieści, przeznaczonej dla umysłów wyrobionych i ciekawych, a każda powieść w gruncie rzeczy jest tylko autobiografią. Dobry krytyk opowiada przygody swej duszy, błądzącej wśród arcydzieł.
Zdaje się, że już poprzednio próbowałem wyjaśnić, że niema krytyki przedmiotowej tak samo, jak niema przedmiotowej sztuki; kto się chełpi, że daje w swych dziełach coś więcej niż siebie, jest jedynie igraszką ułudnego rozumowania. W istocie nie możemy nigdy wyjść z samych siebie — i to jest jedno z największych naszych nieszczęść. Ileż dalibyśmy za to, by módz choć przez chwilę widzieć niebo i ziemię oczami muchy, lub ogarnąć świat pierwotnym, prostym mózgiem orangutanga! To jednak na zawsze nam niedostępne. Nie można być mężczyzną, a wspominać jak Teirezyasz, że się było kobietą; jesteśmy zamknięci w swej jaźni, jak w wiekuistem więzieniu. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko bez gniewu znieść tę smutną konieczność i uznać, że mówimy zawsze o sobie, ilekroć nie mamy dość siły, by milczeć.
Krytyka jest najpóźniejszą formą literacką i może w przyszłości wszystkie inne pochłonie. Odpowiada doskonale społeczeństwom wysoce kulturalnym, posiadającym bogate wspomnienia i dawną tradycyę. Jest ona najwłaściwszą sztuką dla ludzkości badawczej, mądrej i ogładzonej. Wymaga dla swego rozkwitu większego wyrobienia umysłów niż wszystkie inne formy literackie. Twórcami jej byli: Saint-Evremond, Bayle i Montesquieu. Źródła swe czerpie jednocześnie w filozofii i w historyi; dla swego rozwoju wymaga koniecznie absolutnej wolności umysłowej. Zastępuje teologię; czyż bowiem Sainte-Beuve nie był rzeczywiście Tomaszem z Aquino, doktorem uniwersalnym dziewiętnastego wieku?


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jacques Anatole Thibault i tłumacza: Ludwik Bruner.