Pisma krytyczne/Gustaw Flaubert

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Pisma krytyczne
Podtytuł Gustaw Flaubert
Data wydania 1904
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Ludwik Bruner
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
GUSTAW FLAUBERT.


Było to jesienią 1873 roku. Szedłem do Flaubert’a bardzo wzruszony; nieśmiało, z ręką na sercu dzwoniłem do drzwi małego mieszkania, które zajmował wówczas przy ulicy Murilla. Sam mi otworzył. Póki życia nie widziałem podobnej postaci: wysokiego wzrostu, szeroki w ramionach, był to olbrzym, szumny i wybuchowy. Miał na sobie rodzaj opończy brązowej, istny płaszcz zbójecki; spodnie szerokie jak spodnica zakrywały mu nawet obcasy. Łysy a z zarostem, z czołem pełnem zmarszczek, o jasnych oczach — zdawać się mógł jednym z dawnych wodzów skandynawskich, których krew (nie bez domieszek jednak) płynęła w jego żyłach.
Ojciec jego pochodził z Szampanii, matka zaś — ze starej rodziny normandzkiej; Gustaw Flaubert był przedewszystkiem synem swej matki. W każdym calu był Normandem, nie tym Normandem lądowym, wassalem korony francuskiej, zwyrodniałym i spokojnym potomkiem współtowarzyszy Rolfa, nie mieszczuchem lub wieśniakiem, prokuratorem lub rolnikiem, a zawsze chciwym i przebiegłym, nie mówiącym wyraźnie ani tak, ani nie — on, Flaubert, był to Normand mórz, król bojów, dawny Duńczyk, przybyły drogą łabędzią, nie znający noclegu w chacie, ani puharów piwem pełnionych przy ognisku domowem, morderca księży i rozbójnik zamków i złotych kościołów, żeglarz i poeta, pijak niepohamowany, lecz zarazem wspaniałomyślny nawet w rozboju, wielkoduszny z sercem pełnem mglistych bogów północy. Powierzchowność Flauberta nie zawodzi nas: takim on był istotnie — w swych marzeniach.
Podał mi piękną rękę wodza i artysty, przemówił kilka miłych słów i od tej chwili daną mi była radość: kochać człowieka, którego podziwiałem. Gustaw Flaubert był niezmiernie dobry; posiadał cudowną zdolność zapału i współczucia, dlatego właśnie był zawsze rozzłoszczony. Wszczynał bój co chwila, bo wciąż niby don Kichot, którego też bardzo cenił, miał jakąś krzywdę do pomszczenia. Gdyby don Kichot mniej kochał sprawiedliwość i piękno, gdyby mniej miał litości dla słabych, nie rozbiłby był pewnie głowy mulnikowi z Biskai i nie byłby rżnął niewinnych baranów. Szlachetne to były serca; sen swego życia śnili oni z bohaterską dumą, z której łatwiej jest szydzić, niż jej dorównać. Pięć minut zaledwie bawiłem u Flauberta, a mały jego salonik, wysłany wschodnim dywanem, ociekał już krwią dwudziestu tysięcy zakłutych filistrów. Przechadzając się wszerz i wzdłuż, ten dobry olbrzym miażdżył obcasami czaszki radców miejskich miasta Rouen.
Ręce obie zanurzał w trzewiach Saint-Marc Girardina, ćwiartował drgające członki Thiersa, który, o ile pamiętam, zawinił tem, że wyprowadził grenardyerów na pozycye rozmokłe od deszczów. Później, przechodząc nagle z wściekłości do zapału, Flaubert głosem silnym, lecz niedźwięcznym i jednostajnym jął deklamować początek dramatu Leconte de Lisle’a »Erynie«, który wystawiono właśnie w Odeonie. Strofy te w istocie były bardzo piękne, i Flaubert słusznie je wychwalał. Ale zachwyt swój przeniósł też na aktorów: mówił z ogromną i gwałtowną serdecznością o pani Maryi Laurent, która w tym dramacie grała rolę Klitemnestry. Gdy mówił o niej, zdawało się, że pieści jakieś potworne zwierzę. Doszedłszy do aktora, grającego rolę Agamemnona, Flaubert wybuchnął. Aktor ten był stałym »powiernikiem« w tragedyach i zestarzał się grając swe skromne role. Był to człowiek zmęczony, przygnębiony, trapiony reumatyzmem; w grze jego odbijały się bardzo te fizyczne i moralne niedole. Bywały dnie, gdy ten biedny człowiek zaledwie mógł poruszać się na scenie. Ożenił się był niedawno wówczas z dozorczynią miejsc w widowni; miał nadzieję, że teraz wraz z nią wkrótce odpocznie na wsi, zdala od desek i kulis. Nazywał się — o ile pomnę — Laute; był cichy i pragnął jedynie spokoju, obiecanego na ziemi ludziom dobrej woli. Ale nasz zacny Flaubert był innego zdania: żądał, by poczciwiec Laute zdobywać teraz począł nową świetną karyerę.
— On jest kolosalny! — krzyczał Flaubert. To istny wódz barbarzyński, władca Argiwski; on jest archaiczny, przedhistoryczny, legendowy, homeryczny, epiczny! Ma uroczystą nieruchomość! Nie porusza się wcale... To jest wielkie! to cudowne! Wygląda jak posąg Dedala, ubrany przez dziewice. Czyś pan widział w Luwrze małą azyatycką płaskorzeźbę w stylu staro-greckim, znalezioną w Samotracyi i wyobrażającą Agamemnona, Tathybiosa i Epeusa z wypisanemi na boku imionami. Agamemnon siedzi na tronie (w kształcie X) u stóp dębu; brodę spiczastą i włosy skędzierzawione ma na modę assyryjską. Podobnież i Tathybios. To są straszne postacie; mają rybi wyraz twarzy i zdają się pochodzić z bardzo dawnej epoki. Zda się, jakoby Laute wyszedł z tego głazu. On jest wspaniały, na Boga!
Do takiej przesady posuwał Flaubert gorący zapał. Całą poezyę Homera i Ajschylosa widział ucieleśnioną w postaci poczciwego Laute, zupełnie jak pomysłowy hidalgo Cervantesa upatrywał w zwykłym baranie nieustraszonego Brandabarbarana z Boliszy, władcę trzech Arabii, co zamiast pancerza miał skórę węża, a za tarczę pono bramę, którą Samson uniósł z Gazy. Jestem przekonany, że mylili się obaj, ale by módz tak się mylić, nie można być człowiekiem przeciętnym.
Ludzie głupi nie mają nigdy takich złudzeń. Zdawało mi się, że Flaubert szczerze żałuje, iż nie żył w czasach Agamemnona i wojny Trojańskiej. Wygłosiwszy hymny pochwalne na cześć tego bohaterskiego wieku i wogóle na cześć wszystkich epok barbarzyńskich, zasypywał zarzutami banalną jego zdaniem teraźniejszość. Tu rozumowanie jego wydaje mi się błędnem: koniec końców każda epoka jest banalna dla tych którzy w niej żyją; w jakimkolwiek czasie się urodzimy, nie możemy uniknąć wrażenia pewnej powszedniości, zawsze cechującej sprawy, wśród których stale się obracamy. Bieg życia był zawsze bardzo jednostajny i po wsze czasy ludzie nudzili się przestając z sobą. Barbarzyńcy, których życie było prostsze od naszego, nudzili się jeszcze więcej, niż my: to też zabijali i mordowali dla rozrywki. My mamy obecnie kluby, przyjęcia, książki, pisma, teatry — to wszystko bawi nas nieco. Nasze rozrywki są bardziej urozmaicone. Flaubert, zdaje się, sądził, że starożytni sami odczuwali to wrażenie niezwykłości, którego nam dziś dostarczają. Jest to złudzenie nieco naiwne, ale bardzo naturalne. Flaubert w istocie nie był tak nieszczęśliwy, jak się zdawać mogło z pozoru. Pessymizm jego w każdym razie był nader szczególny: pessymista to był bowiem, ale pełen zapału dla wielu spraw ludzkich i przyrodzonych. Szekspir i Wschód wprawiał go w zachwyt. Nie żałuję go zatem, uważam go nawet za szczęśliwego, bo posiadł lepszą cząstkę tego świata: — umiał podziwiać.
Nie mówię o szczęściu, którego doznawać mógł, gdy w dzieła sztuki wcielał swój ideał literacki; nie umiem bowiem rozstrzygnąć, czy radość powodzenia dorówna w tym razie trudom i mękom tworzenia. Nierozwiązane to pytanie, kto doznał doskonalszego zadowolenia, czy Flaubert, pisząc ostatnie wiersze »Madame de Bovary«, czy majtek, o którym wspomina Maupassant, kiedy przytwierdzał ostatni maszt przy statku, zbudowanym w karafce z cierpliwością niesłychaną. Co do mnie, znałem tylko dwóch ludzi szczęśliwych ze swego dzieła: jeden z nich był to pułkownik, autor katalogu orderów; drugim był pewien woźny, który z korków sporządził mały model kościoła Św. Magdaleny. Arcydzieła pisze się nie dla własnego zadowolenia, lecz pod naciskiem nieubłaganej konieczności. Przekleństwo Ewy spada również i na Adama: mężczyzna też rodzi w bólu. Jeśli jednak gorzko jest tworzyć, za to słodko jest podziwiać, a tej słodyczy do syta doznał Flaubert; pił ją też pełnem gardłem. Podziwiał z wściekłością, i zapał jego jest pełen szlochów, bluźnierstw, warczeń i zgrzytania zębów.
W »Listach«, których pierwszy tom dopiero co się pojawił, odnajduję Flaubert’a takim, jakim go widziałem przed czternastu laty w małym tureckim saloniku przy ulicy Murilla: szorstki jest i dobry, zapalony i pracowity, teoretyk mierny, pracownik wyśmienity a niezmiernie zacny człowiek.
Te wszystkie przymioty nie czynią zeń bynajmniej doskonałego kochanka, nic więc dziwnego, że najchłodniejsze listy z tego zbioru są to listy miłosne. Są one pisane do poetki, która wzbudzić też miała długotrwałą i gorącą miłość pewnego wymownego filozofa. Była to osoba piękna, jasnowłosa i zamiłowana w dysputach. Flaubert, gdy został wybrany przez tę muzę, miał już w dwudziestym trzecim roku życia zamiłowanie do pracy i wstręt do wszelkiego przymusu. Dodajmy do tego, że ten człowiek przez całe życie był niezdolny do najmniejszego kłamstwa, a zrozumiemy, że trudno mu było sadzić się na piękną korespondencyę. Mimo to, są tam i listy kunsztowne; przykładał się do nich tak pilnie, że doszedł aż do wcale porządnego zamętu. Oto co pisze np. w dniu 26 sierpnia 1846.

Dla swego użytku przepołowiłem świat i siebie samego: z jednej strony zewnętrzność; tę chcę mieć różnostronną, barwną, harmonijną, niezmierzoną; jest ona dla mnie tylko widowiskiem, którem się napawam; z drugiej zaś strony — wewnętrzność, którą zbieram, aby stała się gęstszą: do niej przez otwarte okno inteligencyi, pełnymi potokami wpuszczam czyste promienie myśli.

Taki styl nie leży w naturze Flauberta, znużył się nim wkrótce, zaczął więc pisać listy stylem jaśniejszym, ale ostrym a nawet nieco brutalnym. W rzadkich chwilach czułości mówi do ukochanej prawie tak, jak do dobrego psa: »Twoje dobre oczy, twój dobry nos«. Muza prawdopodobnie pragnęłaby wzbudzić bardziej poetyczne słowa.
Przytaczam list z dnia 14 grudnia, jako pyszny przykład szpetnego nastroju:

Zrobiono mi wczoraj małą operacyę na policzku z powodu wrzodu; twarz mam owiniętą płótnem i dostatecznie pokraczną. Niedość więc jeszcze, że rodzimy się i umieramy w zgniliźnie i obrzydliwości, ale i za życia prześladuje nas bezustannie, goni wytrwale rozkład ciała i zgnilizna. Dziś tracimy ząb, jutro włosy; tu rana się otwiera, tam tworzy się wrzód; kładą nam wizykatorye, to stawiają bańki. Dodajmy do tego odciski na nogach, złe odory naturalne, wydzieliny wszelkiego rodzaju i wyglądu, a będziemy mieli bardzo zachęcający obraz istoty ludzkiej. I taką całość kochamy! I kochamy siebie nawet — i ja, na przykład, śmiem oglądać się w lustrze, nie wybuchając śmiechem! Czyż sam widok pary starych butów niema w sobie jakiegoś głębokiego smutku, jakiejś gorzkiej melancholii? Kiedy myślimy o wszystkich krokach, zrobionych w nich nie wiadomo dokąd, o wszystkich zdeptanych trawach, o błocie, gdzieśmy brnęli w tych butach, szeroko pęknięta skóra zdaje się wołać: »Dalej głupcze, kupuj sobie nowe buty świecące, połyskujące, pięknie skrzypiące, czeka je to samo, co mnie, a i ciebie kiedyś, gdy pobrukasz i zniszczysz dość przyszew i cholewek«.

Nie można mu przynajmniej zarzucić ckliwości. Wyznaje w dalszym ciągu, że ma »grubą skórę na sercu« i w istocie nie odczuwa pewnych subtelności. Ale natomiast ma znów kiedyindziej dziwnie niewinną słodycz. Zapewnia np. panią X. o dziewiczości swej duszy. Oto rzeczywiście wyznanie, które mogło istotnie wzruszyć sawantkę. Zresztą nie jest wcale zaślepiony w sobie i mówi otwarcie, że na grze miłości się nie zna. Istotnie zawsze godną pochwały jest jego szczerość. Żądają odeń, by przyrzekł wieczną miłość, on jednak wytrwale nic nie obiecuje. I w tem też jest to człowiek bardzo uczciwy.
Miał on bowiem w istocie rzeczy jedną tylko namiętność — literaturę. Możnaby słusznie umieścić na jego pomniku te słowa, które August Barbier zwraca do Michała Anioła: »Sztuka była twą jedyną miłością i zabrała ci całe życie«.
W dziewiątym roku życia pisał Flaubert do swego małego przyjaciela Ernesta Chevalier:

Napiszę powieści, które snują mi się po głowie, a mianowicie: »Piękna Andaluzyjka«, »Bal maskowy«, »Cardenio«, »Dorota«, »Maurytanka«, »Ciekawy impertynent«, »Przezorny mąż«.

Już wtedy odgadł tajemnicę swego powołania i przez wszystkie dni życia szedł tą wskazaną drogą. Pracował jak wół. Jego cierpliwość, odwaga, dobra wiara, rzetelność, świecić będą zawsze przykładem. Autor to najsumienniejszy. Jego listy świadczą o szczerej, o nieustannej pracy. Oto co pisał w 1847 r.:

Im dalej idę, tem trudniej mi pisać rzeczy najłatwiejsze i tem jaśniej widzę marność tych, które miałem za najlepsze. Na szczęście wciąż wzrasta mój zachwyt dla mistrzów, i to miażdżące porównanie nie przyprawia mię o rozpacz, lecz przeciwnie ożywia mój nieposkromiony zapał do pisania.
Trzeba podziwiać, trzeba czcić tego człowieka; siłą woli, przez wytrwałą pracę i przez gorliwe dążenie do piękna wyzwolił swą twórczość z przyrodzonej ciężkości i niejasności, ciężko i mozolnie, w pocie czoła opracowywał wspaniałe dzieła — i sztuce poświęcił życie swe całe.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jacques Anatole Thibault i tłumacza: Ludwik Bruner.