Pisma krytyczne/Czemu nam smutno?

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Pisma krytyczne
Podtytuł Czemu nam smutno?
Data wydania 1904
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Ludwik Bruner
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CZEMU NAM SMUTNO?


Piotr Loti wydał pamiętnik kilku tygodni, spędzonych w Japonii; jest to rzecz wyborna i nieskończenie smutna. Czy opisuje święte miasto Kioto, ze świątyniami zamieszkałemi przez odwieczne posągi potworne, czy ukazuje nam wyższe towarzystwo z Jeddo, przebrane po europejsku i tańczące nasze kadryle, czy mówi o cesarzowej Haru-Ko, pełnej tajemniczego, egzotycznego wdzięku: — Loti roztacza zawsze nieokreślny, subtelny i przenikliwy smutek, który nas ogarnia jak mgła i pozostawia na dnie duszy cierpką gorycz. Czemu jest tak znękany i czemu sam nas nęka? Co tak do głębi przejmuje go bólem życia? Może ta nużąca jednostajność kształtów i barw, którą dokoła siebie roztacza ów dziwny naród? Może ten wieczny uśmiech ładnych małych stworzonek, o skośnych oczach, tych musmé tak bardzo podobnych do siebie, z długiemi szpilkami we włosach, i z wielkim węzłem w pasie? Czy też nieuchwytna emanacya rasy żółtej, to coś niewytłomaczonego, co duszę japońską czyni tak obcą naszej duszy? Może smutno mu, bo czuje się osamotnionym wśród milionów istnień, albo dlatego może, że jest przechodniem tylko i znikając z oczu, zginąć musi dla wszystkiego co widział? Bez wątpienia, to wszystko potrosze miesza go i zasmuca. Niepokój go ogarnia na widok istot, które ludźmi będąc, nie są mu bliźnimi. Tęsknota uroczna i okrutna chwyta go wśród tylu dziwnych zjawisk, których znaczenie na zawsze dlań jest skryte.
Gdy w świątyni »ośmiu sztandarów« podziwia suknię, haftowaną w ptaki, którą przed ośmnastu wiekami nosiła królowa, wojownicza Gzine-ju-Kojo, budzi się w nim bolesne pragnienie, by nasycić się całym bohaterskim urokiem tej nieuchwytnej mary; czuje się nieszczęśliwym, że nie może pochwycić w objęcia tego cudownego cienia. Są to zaiste cierpienia dość niepowszednie: ale Loti odczuwa je, a młode Japonki nie zdołały go pocieszyć. Od swej japońskiej kochanki żądał on czarów, których ona dać mu nie mogła. Miłostki europejczyka z temi małemi żółtemi istotami, na pół kobietami, na pół posążkami, nie mogą dostarczyć sercu kojącej radości. Są to niezbożne związki. Nie powtarza się bezkarnie zbrodni aniołów, którzy łączyli się z córami ziemi.
Niechęć ludzi białych do rasy żółtej jest wrodzona tak silnie, że potwornem prawie byłoby przeciw niej działać. A jednak jest w nas taka potrzeba sympatyi, tak chętnie przywiązujemy się i przyrastamy sercem, że niema rzeczy, którąbyśmy opuszczali bez bólu, a każdy odjazd bez powrotu napełnia nas goryczą. To wrażenie powstaje szybko i nieoczekiwanie — to też Loti najczęściej go doznaje. Jego duszę zmienną, niezdolną do długotrwałych wzruszeń, wstrząsają bezustannie drobne dreszcze, a te ciągłe wstrząśnienia krótkie i gwałtowne, podobne do drobnych twardych fal, które trwogę budzą w żeglarzach, — to jedna jeszcze przyczyna jego melancholii. Z jaką subtelnością odczuwa i opisuje on smutek odjazdu, ten smutek bez granic, streszczony w krótkich słowach: nie wrócę tu nigdy.
Oto np. w noc chłodną i ciemną, by dostać się do swego statku w przystani, zmuszony jest w drodze zatrzymać się przez godzinę w małej nieznanej wiosce. Ujrzawszy na końcu ścieżki domostwo, wchodzi doń i zastaje piękną, bardzo gościnną musmé, która go częstuje ryżem i cygarami. I oto marzy:

Okropny jest ten obiad!... Na ognisku dymią wstrętne szczapy i nie dają nic ciepła; palce mi tak zesztywniały, że nie mogę już w ręku utrzymać widelczyków. A wokoło nas, po za cienką papierową ścianką rozciąga się pustka tych pól uśpionych, milczących, tak lodowatych obecnie i ponurych. Ale obok mnie jest musmé, która usługuje mi z ukłonami markizy z czasów Ludwika XV; w uśmiechu mrużą się jej kocie oczy o długich rzęsach i wykrzywia się nosek już i tak zadarty — lubo mi patrzeć na nią...
Jest ładna, bardzo młoda, a zwłaszcza niezwykle świeża i zdrowa; jest coś w jej spojrzeniu, co przyciąga mój wzrok, — i oto nagle rzucony jest urok na tę nędzną gospodę, w której upływa jej życie; prawie pragnąłbym tu zostać; nie czuję się tu już ani samotnym, ani wykolejonym; jakieś rozrzewnienie mię ogarnia. Zapomnę o niem za godzinę, — lecz jakże podobne ono do tego, co nazywamy miłością, tkliwością, uczuciem, co chcielibyśmy uważać za rzecz wzniosłą i wielką.

I za tą jedną chwilą osiada w nim żal. Jakże więc niema być śmiertelnie smutnym? Naskórek ma przedziwnie wrażliwy; — w głębi nie odczuwa nic. Wszystkie rozkosze i cierpienia świata, jak bajadery przed swym radżą zawodzą koło niego krąg taneczny, a dusza jego jest wciąż pusta, ponura i obojętna. Do niej nic się nie przedarło. W takiem usposobieniu najlepiej pisać można dzieła, które przejąć mają czytelników. Chateaubriand bez swego wieczystego znudzenia, nie napisałby był »René’go«.
Jednocześnie z Lotiego: »Jesienią japońską«, Guy de Maupassant wydał zbiór nowel pod tytułem »Z lewej ręki«; ta nazwa tłomaczy rzecz samą. Nowele te są bardzo różne pod względem nastroju i formy. Nie wszystkie jednaką mają wartość, na wszystkich jednak znać rękę mistrza: jest tu pewność, siła, zwięzłość wyrażeń i to czujne panowanie nad sobą, które jest główną cechą talentu Maupassanta.
Gorączkowo czyta się ten tom — i zostaje po nim także uczucie smutku. Maupassant nie maluje, jak Loti melancholii zdarzeń, i zda się, nie razi go dysproporcya naszych sił, nadziei a rzeczywistości. Nie zna niepokoju, a mimo to obce mu jest wesele. Smutek jego jest prosty, surowy i łatwy do pojęcia. Ukazuje nam szpetność, brutalność, głupotę niezmierną, dziką przebiegłość ludzkiego zwierzęcia, i to właśnie nas wstrząsa. Postacie jego opowiadań są wogóle mało inteligentne, dość pospolite, ale strasznie prawdziwe. Jego kobiety ulegają instynktom, są naiwnie przewrotne, bardzo niepewne i przez to — są tragiczne. Działają pod wpływem popędów, słuchają jedynie niejasnych podszeptów krwi i ciała. Wyrafinowana paryżanka, jak pani Haggan (»Schadzka«), czy dzika dziewczyna jak Alluma (nowela pod tymże tytułem) — każda jest zarówno igraszką natury, i nieświadoma sił, które nią kierują. Dlaczego pani Haggan zmienia kochanka? Bo nastała wiosna. Dlaczego Alluma uchodzi z pasterzem z południa? Bo zadęło sirocco.

Jeden podmuch wystarcza! Czyż one wiedzą, nawet te najsubtelniejsze, te najbardziej złożone natury dlaczego postępują tak, a nie inaczej? Są jak chorągiewki, co się obracają na wietrze. Nieznaczny powiew poczyna kręcić strzałką żelazną, miedzianą, blaszaną lub drewnianą, — niedostrzeżony bodziec, nieuchwytne wrażenie poruszy i skłoni do postanowienia zmienne serce kobiety, czy to będzie mieszczka, czy chłopka, czy robotnica z przedmieścia, czy dzika na pustyni.
Później, gdy pomyślą i zastanowią się, mogą odczuć, dlaczego tak mianowicie postąpiły; ale na razie nie znają przyczyn swych czynów, bo są igraszką wrażliwości, bo są płochemi niewolnicami przypadku, środowiska, wzruszeń swych, spotkań i wszystkich podrażnień, od których drży ich dusza i ciało! (Str. 62).

Taki jest pogląd jednego z bohaterów Maupassanta i zdaje się, że jest to też zdanie samego autora. Nie ma w tem nic nowego; już dziadowie nasi znali ułomność kobiet, — ale na tem tle układali facecye i anegdoty. Musiało się tu coś zmienić, skoro my zawodzimy nad tem, co ich tak śmieszyło.
Jesteśmy czulsi, subtelniejsi, skłonniejsi do samoudręczeń, wprawniejsi w cierpieniach. Zdobiąc swe rozkosze, zarazem zaostrzyliśmy swe bóle. I oto dlaczego Maupassant nie opowiada anegdot, lecz smutne nad wyraz opowieści.
Nie pochlebiajmy sobie, że wynaleźliśmy sami choć jedno z naszych cierpień. Od dawien dawna ksiądz przystępując do ołtarza, szepce: »Czemu smutna jesteś duszo moja, i czemu mię niepokoisz?« Od dnia stworzenia idzie przez świat pątnica z zasłoniętem obliczem: Melancholia. Ale oddajmy i sobie samym sprawiedliwość. Niewątpliwie wzmogliśmy nieco żałobę duszy i do powszechnego skarbu moralnej niedoli wnieśliśmy i my swój udział.
Wspominałem wam już o starej biblii z rycinami, którą dzieckiem będąc podziwiałem wieczorami przy rodzinnym stole w łagodnem świetle spokojnie płonącej lampy. W biblii był rysunek raju ziemskiego, zupełnie podobny do krajobrazu holandzkiego. Na wzgórzach rosły dęby, pogięte przez wiatry morskie; łąki, zadziwiająco drenowane przecięte były rzędami pustych wierzb. Drzewem wiadomości złego i dobrego była jabłoń o omszonych gałęziach.
Wszystko to zachwycało mię niezmiernie. Nie rozumiałem tylko, dlaczego Bóg zabronił poczciwej flamandce, Ewie, zrywać owoce z drzewa, które dostarczać miało przecie pięknych wiadomości. Teraz rozumiem to i skłonny jestem wierzyć, że Bóg z tej starej biblii mojej miał racyę. Ten dobry starzec, miłośnik ogrodów, mówił sobie zapewne: »Wiedza nie daje szczęścia, ludzie, gdy dobrze znać będą historyę i geografię, posmutnieją«. I nie mylił się wcale. Jeźli przypadkiem żyje jeszcze, musi sobie powinszować tej przenikliwości. Spożyliśmy owoce z drzewa wiadomości i pozostał nam w ustach smak popiołu. Zwiedziliśmy ziemię, poznaliśmy ludzi czarnych, czerwonych i żółtych, — i oto odkryliśmy z przerażeniem, że ludzkość jest bardziej rozmaita, niż przypuszczaliśmy, znaleźliśmy się wobec dziwnych braci, których dusza nie mniej się różni od naszej, niż dusza zwierzęcia. I zaczęliśmy się zastanawiać: czem-że jest ludzkość, jeśli stosownie do klimatu ma różną postać, różną duszę i bogów. Dopóki z ziemi całej znaliśmy jedynie pola, które nas żywiły, ziemia wydawała się nam wielką; poznaliśmy jej miejsce w wszechświecie, i oto wiemy, że jest drobna. Dowiedzieliśmy się, że jest ona tylko grudką błota i to nas upokorzyło. Musieliśmy uwierzyć, że przejawy życia i inteligencyi są nieskończenie liczniejsze, niż przypuszczano dawniej: że istoty myślące istnieją zapewne na wszystkich planetach, na wszystkich światach. I pojęliśmy, że rozum nasz jest nędzny i marny. Życie samo w sobie nie jest ani długie, ani krótkie; ludzie prości, mierząc według przeciętnego trwania życia, słusznie mówią, że kto siwy umiera, przeżył dość długo. Myśmy postąpili inaczej. Chcieliśmy odgadnąć wiek niepamiętny ziemi i słońca, — i oto życie ludzkie zestawiamy z okresami geologicznymi i z wiekami kosmicznymi — więc wydaje się nam w tem zestawieniu śmiesznie krótkiem. Pogrążeni w oceanie czasu i przestrzeni, ujrzeliśmy, że jesteśmy niczem, i to nas strapiło. Duma nie pozwoliła nam się do tego przyznać, ale zbledliśmy od tej myśli. Największe zaś zło — (stary siwobrody ogrodnik z starej mojej biblii przewidział to niewątpliwie) — największe zło w tem, że z dawną nieświadomością zniknęła też wiara. Nie mamy żadnych nadziei i nie wierzymy już w to, co pocieszało naszych ojców. To boli nas najwięcej, bo nawet w piekło wierzyć było słodko. Nakoniec dla dopełnienia miary, materyalne warunki życia cięższe są, niż kiedykolwiek. Społeczeństwo teraźniejsze uprawnia do wszelkich nadziei i przez to wszystkie podnieca siły. Walka o byt dziś zacieklejsza niż kiedykolwiek, zwycięstwo — zuchwalsze, porażka — bardziej nieubłagana. Razem z wiarą i nadzieją zatraciliśmy miłosierdzie; te trzy cnoty, co jak trzy łodzie, z obrazem boskiej dziewicy na dzióbie wiozły dusze przez ocean życia — te trzy cnoty zatonęły w jednej zawierusze. Kto nam da nową wiarę, nową nadzieję i miłość?


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jacques Anatole Thibault i tłumacza: Ludwik Bruner.