Pisarze polscy (Sten)/Władysław Reymont

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Bruner
Tytuł Pisarze polscy
Podtytuł Wrażenia literackie
Data wydania 1903
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe,
Księgarnia Teodora Paprockiego i Ski
Drukarz Drukarnia narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów - Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



II.


WŁADYSŁAW ST. REYMONT



Wielkie, bujne, kipiące życie… Ze wszystkich zakątków, z zapadłych pól wiejskich, z głuchych miasteczek, z rosnącej w oczach Warszawy wicher życia zrywa się i leci, wciąga w siebie miliony i nowe od siebie odrzuca. Rosnąca fala porywa wszystko, czego dosięgnie: niejeden cenny szczątek, niejedno drogie marzenie zniszczy bezpowrotnie, ale użyźnia ziemię i do nowych pędów ją zapładnia. Nad krajem całym, od rubieży do rubieży, przebiega gorączkowy dreszcz, szept milionów niewidzianych ust zda się unosić w powietrzu, ostatnie, jedyne, niezniszczalne, wieczne i wszystko stwarzające pragnienie: żyć, za wszelką cenę żyć. Więc gdzieś najgłębiej, na spodzie drgnęła dotąd nieruchoma masa przyziemnego ludu i zakołysała się w sobie. Uderzyła o miasta i fala jej rozprysła się, zostawiając w żarłocznych murach obfity namuł; rozchwiała się głębiej — rzuciła za granice i morza niejedną falę. A obie fale tysiącznymi strumykami spływają powrotnie ku macierzystemu dnu i szepczą mu dziwne powieści o widzianych cudach. I masa ta drży ciągle, dopoki niespodziewana fala znowu się ocknie.
Z miast sennych odezwał się niby hasło, złożony z ryku i świstu dźwięk fabrycznej świstawki i wciąż szybcej usilną pracą tysięcy rąk wznoszą się strzeliste kominy, nakryte pióropuszami dymów. Z ich szczytów przedsiębiorczy duch życia ku dalekim równinom spogląda, ku rozpostartym płaszczyznom Azyi, ku morzom, nad któremi żółte, skośnookie ludy mieszkają. W czerwonych ogniach palenisk uwijają się tłumy zgorączkowane o zmyślnych twarzach walczących, niebaczne żaru, szczęśliwe, jeśli doń dociśnąć się mogą. Pieniądz gorący, wyrwany z ognia, rozsypuje się po miastach, nie po tych dawnych lepiankach ubogiego, pracą niewolną żyjącego kraju, lecz po wielkich środowiskach wszystkiego, czem ludzkość oddycha. Pogoń złota zmieszała uczucia i myśli, stopiła w jeden wir wszystko, co na ziemi tej żyło: chłopa, szlachcica, żyda i niemca. Dawna tradycya niknie, a nowa nie zaczyna się jeszcze. Stare tradycyi tej siedliska zachwiały się dawno. Jedne wicher życia rosnącego roztrącił, inne zmieniły strukturę i wiatrowi na oścież roztworzyły wrota, by to, co stracą w marzeniu, odzyskać w bogactwie realnego bytu.
W tych dniach odrodzenia, od nizin do szczytów jedynem przykazaniem życia stało się życie. Płynie zeń ogromna, radosna ufność w niewyczerpane moce tego źródła, podobne tym, które słabą mocą pędów kruszą największe głazy i każą liściom rozpękać, nieświadoma wiara moralna w żywiołową potęgę samego faktu istnienia, które nie jest ani złe, ani dobre, lecz wszechpotężne.
Tę organiczną, świętą płodność istnienia we wszystkich przelicznych jej objawach Reymont nadewszystko ukochał, zrozumiał i mistrzowsko odtworzył. Jak wszechodradzająca się ziemia, jego siła twórcza jest rozległa, szeroka i nieokiełzana. Tworzenie jego lekkie, żywiołowe, nie dbające o plan, o rozmiary, byle dać tylko ujście wezbranej i rozigranej swej potędze. Nie liczy postaci, które stworzył, ani o losy stworzonych i nakreślonych dba dalej. Dba tylko o to, aby istotnie żyły, aby stanęły nam przed oczami samodzielne i wyodrębnione. Twórczość Reymonta ma w sobie cechy czynności odruchowych; niekontrolowanych wysiłkiem świadomości. W braku hamującej refleksyi leży również jeden z warunków jego niewyczerpanej, niezwykłej płodności. Nikt tak jak on nie czerpie wprost z żywego, tętniącego świata. Tak jak w Żeromskim, choć zupełnie z innej strony, chwila dzisiejsza z jej życiem splątanem a wszechmocnem odbija się w nim jaskrawo. Jest w najwyższym stopniu dziecięciem swego czasu. Jego lot artystyczny jest niejako równoważnikiem piętrzącej się z zewnątrz fali życia. I dlatego tak kusi go powieść społeczna: »Ziemia obiecana«: synteza tworzenia się miast; »Chłopi«: historya współczesna wsi naszej. Niezmierna potęga naszego zbiorowego życia, która u Żeromskiego streszcza się w wiecznie czujnym i nieuśpionym zmyśle etycznym, u Reymonta przejawia się bezpośrednio, amoralnie, w samej sile i różnokształtności jego objawów. W objektywnem przedstawieniu zjawiska samego w sobie leży potężna, oszałamiająca, lecz zato mniej może trwała siła takich obrazków, jak »Śmierć« lub »Tomek Baran«. Mało dzieł w ponurej grozie dorówna temu wstrząsającemu malowidłu nędzy chłopskiej, które można postawić na równi z nieśmiertelnymi »Tkaczami« Hauptmanna.
Reymont jest obdarzony niepospolitą wrażliwością zmysłową, posiada nieograniczoną na pozór zdolność wchłaniania dźwięków i barw. Zwłaszcza dźwięków. Jego opisy są wtedy najlepsze, gdy wprowadza do nich pierwiastki dźwiękowe, n. p. w noweli »Zawierucha«. Dla Reymonta przyroda nigdy nie jest niema; przemawia ona zawsze tysiącem ledwie rozplątanych odgłosów. Przejawia się to również w sposobie odtwarzania osób. Doskonała pamięć dźwiękowa nadaje u Reymonta dyalogowi pierwszorzędną wagę, jako środkowi charakterystyki. Reymont bardzo rzadko opisuje postacie, które wprowadza; opisy te nie udają mu się dobrze. Nie umie on jednem słowem schwycić i wyrazić charakterystycznego dla danej postaci ruchu, gestu, lub gry twarzy — w czem takim mistrzem jest np. Sienkiewicz. Wszystko to zastępuje u Reymonta dyalog. Reymont potrafi przemawiać najrozmaitszymi językami; każda jego postać ma swą odrębną mowę, konsekwentną i przeprowadzoną w najdrobniejszych szczegółach. Pod tym względem Reymont posiada wprost niezwykła pamięć; jego charakterystyczne zwroty językowe są podsłuchane z życia. Najlepiej zna on gwarę chłopską; z tą, jako wychowany na wsi, zżył się od dzieciństwa. Kilka pierwszych stronic »Tomka Barana« są arcydziełem pod tym względem. Krótki pobyt w Łodzi wystarczył mu jednak, aby poznać i zapamiętać żargon łódzki; wie on, jak mówi łódzki bankier, fabrykant-niemiec, żyd-kantorowicz trawiony żądzą złota, inteligentny proletaryusz zaprzągnięty do wielkiego przemysłu. Bardzo bogaty w kierunku charakterystycznym i rodzajowym, dyalog Reymonta nie ma w sobie zupełnie cech dramatycznych; dramatyczność i połączona z nią zwięzłość i gradacya są bowiem zwykłej rozmowie zupełnie obce. Ilekroć też Reymont używa dyalogu dla rozwikłania sytuacyi dramatycznej, tam scena wypada blado i przechodzi bez wrażenia, jak np. w scenie zerwania Borowieckiego z narzeczoną w »Ziemi obiecanej«.
Zasadniczą cechą dźwięku jest jego znikomość. Powstawanie i umieranie dźwięku składa się z długiego szeregu drżeń, które rozsypują się, żyją chwilę samodzielnem życiem, zanim rozproszą się i zagasną. Zdolność do utrwalania w pamięci dźwięków wiązać się więc musi z uzdolnieniem do chwytania wrażeń krótkotrwałych, szybko zmiennych, niejasnych nieraz wskutek samej szybkości następstwa jednych po drugich. We wszystkich opisach Reymont przedewszystkiem podkreśla cechę zmienności, daje nam obraz nie jak wizyę jednej, jedynej chwili, ale jako cały szereg następujących po sobie momentów; przypomnijmy chociażby przepyszny opis szalonej jazdy sankami w drugim tomie »Fermentów« i tyle innych. Stąd też u Reymonta każdy opis wyodrębnia się w oddzielną całość, która wskutek samych swych rozmiarów dość luźno wiąże się z tem, co ją poprzedza i co po niej następuje. Nie jest on nigdy organicznie spojony z treścią danego ustępu dzieła.
Postrzeganie zmysłowe góruje u Reymonta nad wszystkimi innymi środkami i ta przewaga jest również przyczyną słabych stron jego twórczości. Nasze życie współczesne jest dopiero w okresie tworzenia i Reymont nie rozdziela jego włókien nigdy drogą analizy, artystycznego układu, lecz przedstawia w całem naturalnem splątaniu linij i węzłów. Fantazya jego jest bardzo ściśle spojona z obserwacyą, jego świat ducha towarzyszy rzeczywistości, mało wznosząc się nad nią. Reymont nie ma w sobie nic symbolizmu: obrazy jego nie są nigdy syntezą zjawisk, w poszczególnym fakcie nie odtwarza nigdy przejawu powszechniejszych praw, nie podnosi go nigdy do godności symbolu. Obserwacya nie wyjawia mu pierwiastków nieubłaganej konieczności, która rządzi zarówno wybuchami kochanka, spekulacyą filozofa, jak też zawikłanymi objawami życia społecznego. Stąd też coraz częściej ucieka się Reymont, jako do zasadniczego czynnika w losach ludzkich, do wypadku i coraz częściej w ten sposób rozwiązuje swe węzły powieściowe (»Komedyantka«, »Ziemia obiecana«). Przez swój brak symbolizmu a ogromną żywość przedstawienia postacie Reymonta budzą w nas bardzo często interes raczej osobisty, niż literacki; w »Fermentach« z niezwykłą dokładnością i ścisłością oddany proces pochylania się duszy ludzkiej w jarzmie życia, proces zaniku porywów może niepopartych dostateczną siłą, ale szczerych i po części szlachetnych. Ale Janka Orłowska umieszczona jest w takiem otoczeniu, że jej upadek na dno filisterskiego życia jest wyłącznie jej własną niedolą i nie stoi w związku z całokszałtem warunków życia. W »Ziemi obiecanej« Reymont odtworzył z przedziwną plastyką cały tłum łódzkich postaci, wyposażył ich taką samą mową, jaką mają w rzeczywistości, zanotował ich sprawy, podłostki, śmieszności. Ci Buchholze, Mendelsohny, Endelmany żyją niesłychanie intenzywnem życiem, ale nie wznoszą się do wysokości typu; pomimo swej prawdy psychicznej, mają więcej pierwiastków lokalnych, niż wszechludzkich.
W twórczości Reymonta prawie zupełnie brak pierwiastków lirycznych. Jest i chce być obcy temu, co go otacza. Wiemy dobrze co i jak widzi, ale nie wiemy, co czuje. Jest genialnym widzem, który lubi patrzeć, lecz nie lubi się wzruszać. Trochę w tem obojętności życia, trochę też egoizmu. Spieszno mu naprzód, po nowe wrażenia, po nowe światy. Nie stworzył dotąd swej syntezy życiowej, nie dał dzieła, któreby tryskało z najgłębszych warstw jego myśli. Zabłysnął całym przepychem potężnego talentu, ale zazdrośnie nie zdzierał osłon swej duszy. I dlatego, mimo, że stworzył tyle dzieł świetnych, czekamy, ufnie co dalej nam da i więcej.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Bruner.