Pisarze polscy (Sten)/Stefan Żeromski

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Bruner
Tytuł Pisarze polscy
Podtytuł Wrażenia literackie
Data wydania 1903
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe,
Księgarnia Teodora Paprockiego i Ski
Drukarz Drukarnia narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów - Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



STEFAN ŻEROMSKI



...»Płacz jedyny przed obliczem Boga«...
Ktoś płacze... może sosna rozdarta i zwieszona połową konaru nad piaszczystem urwiskiem, może jedna z tych kałuż przeklętych, które ni wyschnąć, ni wsiąknąć nie mogą, może oblane wstydem dziewczęce serce Joasi, może Judymowa, jak bezradne pisklę zagubiona wśród obcych miejskich tłumów, może Marek Katerwa wpatrzony w tajemną głąb swego serca, może pani Ewa, mnąc w palcach rozrzucone na kolanach swych fiołki... ktoś płacze...
I łzy twardnieją, skrysztalają się na brylanty i świecą żarnym, piekącym, niezapomnianym blaskiem. Ale nie one palą najbardziej.
Z nieskończonych orszaków zadumy ku sercu poety, jakby ku źródłu wszechwiednemu, schodzą się cienie o młodych twarzach, suchych, nie wykrzywionych płaczem. Długi, długi orszak: z pokoików studenckich na facyatkach, z dalekiej szwajcarskiej obczyzny, z pustego gabinetu lekarza, z ugoru rażonego przez deszcz i smaganego przez wicher, z prowincyonalnej zgniłej mieściny: dr. Piotr, Judym, Korecki, Winrych, Raduski i cała bezimienna rzesza. Przesuwają się tragiczne duchy, podobne a coraz inne, lecz nie ma i nie będzie im końca, bo rodzicielem ich czas, smutniejszy jeszcze od nich, a rodzicielką ziemia szeroka, poorana i wichrom otwarta. I źródło, ku któremu się schodzą, poczyna kłębić się i drżeć i falować, jak gdyby samo stało się ich duszą. Przesyca się tajonym dreszczem, który dygoce w ich nerwach, spętany żelazną mocą woli, by nie wybiegł na twarze, nie zatargał licami i nie wstrząsnął ciałem; wchłania w siebie niedosłyszane westchnienie ich serca, najskrytszą treść ich duszy, której na imię cierpienie, i tylko cierpienie — bez wiary, bez nadziei, bez miłości — nic prócz bólu.
Nikt z artystów naszych nie ogarnął orlim wzrokiem, nie odczuł sercem skrwawionem, nie przemierzył myślą zuchwałą całej otchłani cierpienia duszy współczesnej; nikt nie obnażył szczerzej a tkliwiej tego pęknięcia serca, tej rozterki między wolą niezłomną a myślą szyderczą, pogardliwą dla siebie i innych; nikt nie odmalował potężniej bolesnej agonii męczenników nie wierzących w męczeństwo, apostołów bez wiary, niedowiarków, słyszących głosy Dajmona. Jego wzrok duchowy ma jakieś dziwne moce: zdaje się obejmować rzeczywistość, z wstydliwą lubieżnością chwyta jej kształty, pieści się barwą, aromatem, puchem, ale wnet przeżera ją, przegryza, wdziera się pod zwodniczą tkankę zjawisk głębiej i dalej, skąd świat cały przedstawia mu się już nie jako barwna zmiana czarownych żywych widziadeł, ale jako drgający krwią splot wiecznie czujnych serc ludzkich. Twórczość to potężna, ale nawskroś przesycona świadomością; nie ma w sobie nic odruchowego, nic żywiołowego: okiełznana jest zawsze czujną, wytrwałą wolą; nie rozsypuje się, nie rozprasza, ale zawsze dąży szybkiemi, ostremi liniami, nieraz ledwie znaczonemi, ku ostatecznemu celowi, ku temu końcowemu słowu, w którym się streszcza cała siła obszernego nieraz obrazu. Żeromski jest mistrzem w tem rozwiązywaniu sytuacyi w jednem słowie, które jak krwawe znamię zamyka scenę i brzmi jak sprawiedliwy i nieodwołalny wyrok. Jego obrazy posiadają więcej głębi, niż szerokości, treść ich nie wyczerpuje się prędko i długo, długo działa suggestywnie.
Potęga duchowego wzroku, sięgnięcie zawsze do trzew każdego faktu, każdego objawu, bezpośrednie schwycenie duszy w tem, co w niej jest najgłębszego: w jej stosunku do dusz innych — w tem leży źródło nieprzepartej potęgi artystycznej Żeromskiego i jej rosnącego wpływu.
On nie widzi dusz, ale je ogarnia. Dlatego dzieła jego dają tak jedyne, niesłychanie bezpośrednie wrażenie duszy, psychy, jako całości, nie analizy tego lub owego stanu czy charakteru. Postacie jego przemawiają ciszej niż rzeczywistość, bo mówią o tem, co dusza żywa kryje wstydliwie; mówią zarazem głośniej, bo słyszymy je lepiej.
Żeromski lubuje się i celuje w odtwarzaniu tych najwyższych ekstatycznych szczytów duszy, gdzie pozornie niezgodne kontrasty zespalają się w jedną całość wobec nadchodzącej grozy rzeczy nieskończonych: męczarni konania, śmierci samobójczej, potężnych zjawisk natury. Ostatnie chwile dra Poziemskiego, samobójstwo Koreckiego, wdzieranie się grenadyerów na szczyt górski (w »Żołnierzu tułaczu«), wywierają wstrząsające wrażenie nie nagromadzeniem szczegółów przerażających, ale właśnie potęgą psychicznego odczucia, które ogarnia duszę w najskrytszych jej tajniach. Styl Żeromskiego staje się wtedy kryształowo jasny, przejrzysty, nabiera zarazem hartu, twardości i mocy dyamentu: rozcina wszystko, a nie zostawia śladu po swem cięciu.
Plastyka u Żeromskiego nigdy nie jest bezduszna: opis przy całej wyrazistości cielesnej jest zawsze najściślej zespolony z wrażeniem psychicznem. I dlatego u Żeromskiego obrazy najpotworniejszych wprost objawów cielesnych (np. opis przebiegu nosacizny w »Promieniu«), nie rażą brutalnością i nie budzą wstrętu. Zamiast odrazy, wywołuje on tylko przejmującą grozę. W technice opisowej Żeromskiego nie ma ani śladu »naturalizmu« jest to raczej, jeśli trzeba terminu — »nad-realizm«.
A jednak mimo nieporównanego stylu, mimo przepysznych opisów odczutych, przepojonych, już zda się jakimś duchowym wprost wdziękiem, mimo postaci dziwnych a rzeczywistych, wyolbrzymionych skondensowaną, milczącą potęgą cierpienia, nie te opisy i nie te postacie narzucają się naszej świadomości, skoro odłożywszy książkę na chwilę, pogrążymy się w zadumie. Natomiast występuje przed nami dobitnie ukryta treść zdarzeń, oderwane zagadnienie moralne. Dla Żeromskiego cały świat zewnętrzny jest tylko długim szeregiem problematów etycznych. Szukając jak każdy duch potężny, rzeczywistości pozarealnej, znajdują ją w etyce. Żeromskiego nigdy nie zajmuje pewien fakt pojedynczy dla swej plastycznej piękności; opisy i charaktery daje jakby niechętnie, jakby z musu, tylko o tyle, o ile są potrzebne, aby zagadnienie stało się zrozumiałem. Wszystkie dłuższe utwory Żeromskiego sprawiają wrażenie, jak gdyby autor, wyczerpawszy ich treść etyczną, znudził się nimi i niedbale za pierwszem zdarzeniem urwał, nie kończąc wcale. Właściwie takich utworów jak »Promień« lub »O żołnierzu tułaczu« nie można nawet nazwać powieściami: są to fragmenty — ale tylko pod względem formy; z treści swej są to utwory całkowite i skończone. Oto w »Promieniu« wraca do kraju Jan Raduski, człowiek dojrzały i świadomy swych obowiązków. Chce i może pracować dla ogółu, dla siebie nie żąda niczego. I nagle, jakby z za węgła, ukazuje mu się kuszące widmo osobistego szczęścia; nim jeszcze rękę ku niemu wyciągnąć zdołał, znika z piekielnym szyderczym chichotem. Bezmyślna konieczność zarzuca kochanej przezeń kobiecie stryczek samobójczy na szyję, jako ostatni ratunek przed potworną i nieuleczalną chorobą. I wtedy w Raduskim dusza raz na zawsze dla własnego szczęścia umiera. Cała doniosłość i całe piękno »Promienia« skupiają się w opisie tego jednego dnia, który Raduski spędza po śmierci pani Poziemskiej. Czy i jak można żyć, gdy zbraknie tej zwykłej dźwigni życia — żądzy własnego szczęścia? Gdy Raduski w najskrytszych głębiach swej duszy znalazł dla siebie odpowiedź — nie jestże to rzeczywisty koniec powieści? Żeromski też w tem miejscu ją urywa, nie troszcząc się o dalsze losy publicznej pracy Raduskiego.
Aby wyzyskać w każdem zdarzeniu życia ukryty problemat etyczny, Żeromski do genialnej potęgi posuwa w swych postaciach uświadomienie uczuć. Nie jest to jednak analiza psychologiczna, która w zwykłej robocie literackiej polega na częściowem rozdwojeniu osobowości i przesiewa stany uczuciowe przez sito operacyj logicznych; jest to raczej nieporównana wyrazistość, jasność i pełnia najlżejszych drżeń uczucia, nieskończona subtelność i dokładność w chwytaniu nastrojów, połączona z dziwnym wdziękiem i lekkością odtwarzania. I jeszcze jedno. Żeromski posiada zdumiewającą zdolność kojarzenia uczuć: z potężną fantazyą a nieubłaganą logiką umie rozwinąć ich splątaną, delikatną przędzę. Jego zdolność czucia zdaje się być wyższą nawet i bardziej bezpośrednią niż wrażliwość czysto fizyczna. Przejawia się to niezmiernie charakterystycznie w samym stylu. Żeromski używa bardzo często zwrotu, który nazwaćby można porównaniami odwrotnemi. Zjawiska konkretne objaśnia i uzmysławia zjawiskami, zaczerpniętemi z życia duchowego. »Legendy są jak gdyby westchnieniami ludzkości«. »Noc zapada jak rozpacz« i t. d. Świętochowskiego określenie poety jako człowieka pierwotnego, stanowczo nie da się tu stosować. Jest to indywidualność artystyczna, dla której stany duchowe są czemś konkretniejszem i bardziej dostępnem, niż wrażenia fizyczne.
Gdy cała baczność artysty zwrócona jest przedewszystkiem na konflikt moralny, każdy utwór jego zbliżać się musi do najprostszej surowej konstrukcyi, do najmniejszej liczby akcesoryów, których nadmiar umniejszałby wrażenia. Tę konieczność zwięzłości, Żeromski w znakomity sposób połączył ze swą potężną zdolnością opisową. Nie uszczuplając zgoła istotnie niezbędnych rozmiarów, odrzucił wszelkie wiązania powieściowe, wszelkie przejścia nużące zarówno dla czytelnika, jak i dla artysty, rozbił całą powieść na szereg obrazów pozornie niezależnych, które łączą się ze sobą nie zewnętrznem zetknięciem, ale ukrytymi węzłami idealnej harmonii; w »Ludziach bezdomnych«, podkreślił nawet swoją technikę, nadając rozdziałom oddzielne tytuły nie zdarzeń, lecz nastrojów. Artysta staje się tu niezależnym od przypadkowego porządku wydarzeń, może wplatać w powieść rozdziały pozornie nieumotywowane (jak np. podróż Judymowej do Szwajcaryi z przepyszną wizyą gór tyrolskich), które następnie dopiero zyskują wyrazistość i podkreślają jakiś niezbędny szczegół. Jeśli zwykłą powieść możnaby przyrównać do kompozycyi muzycznej, odegranej na jednym instrumencie, to Żeromski nadał swym powieściom układ orkiestrowy, każdemu nastrojowi dał samodzielne a jednoczesne z innymi brzmienie. Osiągnął przez to zwięzłość taką, że np. powieść historyczną ze skomplikowanem tłem warunków i zdarzeń dziejowych skupić mógł w dwu kolosalnych wprawdzie, z niesłychaną wyrazistością nakreślonych obrazach. Dwa obrazy: przejście grenadyerów przez góry szwajcarskie i powrót inwalidów napoleońskich do kraju, wystarczają mu, by wyrzeźbić konflikt dwóch epok, antagonizm zapadającego się szlacheckiego świata a nadchodzącej z zachodu ze sztandarami napoleońskimi jutrzenki, głęboki rozłam, który w łonie społeczeństwa naszego wyryć musiały szybko następujące wypadki. Kilkudziesięciostronnicowe opowiadanie »O żołnierzu tułaczu« jest jedną z najlepszych i najgłębszych naszych powieści historycznych.
Typowe cechy twórczości Żeromskiego w całej czystości skrystalizowały się w jego nowelach: »Cienie«, płód głębokiego rozmysłu artystycznego, który świadomie lub nieświadomie rozmierzył i uzasadnił każdy szczegół i zestroił je w pyszną harmonię, zarazem potężny rzut światła do najdalszych cieśni, do samej istoty wzajemnego stosunku ciał i dusz; »Tabu« z niesłychanym pomysłem kochającej duszy kobiecej, która wiedziona promieniami miłości, próbuje dobrowolnie zejść po stopniach szaleństwa drugiej ukochanej duszy, by na samem dnie szału stoczyć bój ostatni o jej wolność — to bezwątpienia najwspanialsze utwory literatury wszechświatowej.
Niepospolita wrażliwość dla zagadnień moralnych, wydobycie pierwiastku etycznego w najbłachszem może napozór zdarzeniu — zespala Żeromskiego z całem młodem pokoleniem naszem — dopóki młodem jeszcze pozostało. Okrutne i nieuniknione pytanie: czem żyć? co kochać? — nigdzie częściej, nigdzie szczerzej i poważniej, niż u nas nie stoi u wstępu życia. Wszyscy bohaterowie Żeromskiego odpowiadają na nie: obowiązek — ale odpowiedź ich jest smutna i nieubłagana, jak konieczność. Obowiązek ten nie daje w zamian nic, nawet pewności, że był święty i sprawiedliwy. Kruszy wszystkie więzy, łamie zapory i za sobą pozostawia ruiny. Nie zna on przebaczenia i litości. Strzeże praw moralnych z tą samą bezwzględną srogością, z jaką siły przyrody czuwają nad wykonaniem praw fizycznych. Nie dopuszcza wahania, ale i nie rokuje nadziei. Jego wyznawcy idą przez życie z obłąkanym prawie wzrokiem, jakby opętani potężnem zaklęciem, nie pytając już nawet o cel swej drogi. Młody uczony wraca do kraju, do ojca, który go kocha nad życie i dowiaduje się, że ojciec ten przez lata obcinał robotnikom zarobki, aby go na obczyźnie utrzymać. Bezmyślnie, bezlitośnie porzuca znów ojca, aby prędzej dochodami swemi spłacić dług dlań zaciągnięty. Młoda, piękna kobieta, żona nieuleczalnego waryata, spotyka w wagonie człowieka, o którym wie, że ją ubóstwia, i czując na sobie jego gorący wzrok, tłumi wszystkie porywy życia, rozsypuje u nóg swych wiązankę kwiatów i szepce smutnemi usty: nie można, nie można. Wśród jesiennego wichru i słoty, ścigany zewsząd przez wroga człowiek wie, że walka jest bezowocną, że śmierć nań czyha — ale idzie naprzód z uporem rozpaczy. »Człowiek bezdomny« odtrąca od siebie kochaną i wierną kobietę, pchany nieświadomą, prawie niemotywowaną koniecznością ofiary, właściwie może tylko swobody cierpienia.
Obowiązek, tak jak go pojmuje Żeromski, nie ma w sobie nic chrześciańskiego. Tak jak u stoików, nie poszukuje dla siebie zewnętrznej sankcyi, ale opiera się na sobie samym, na poczuciu godności ludzkiej; wierzy, że »godność ludzka nie ustępuje wielkości bogów«.
Postacie Żeromskiego są niesłychanie dumne i cierpią najwięcej tam, gdzie duma cierpi. Ale nietylko duma każe im być czcicielami obowiązku: byłyby to wtedy kreacye zimne i nie wzbudzałyby tak gorącego tchnienia sympatyi. Jest w nich również żywe, bezustanne pożądanie moralnego piękna, nadludzka prawie i twórcza chęć wyłamania czynów z pod kaprysów dowolności, chęć wzniesienia się nad dziedzinę odruchów, które dla lada wymoczka są dostępne. W tem dążeniu dusza ludzka bezwiednie wzoruje się na przyrodzie, która ją otacza. Tak jak piękno i harmonia przyrody polega na istnieniu pewnych trwałych stosunków i na działaniu nieugiętych sił, których celu zapewne nigdy nie poznamy — tak również piękno moralne polegać musi na trwałem skoordynowaniu uczuć i czynów. Obowiązek jest tym szkieletem, który postaciom Żeromskiego zapewnia jedność duchową: ulegają mu ślepo — pod grozą rozprzężenia wewnętrznego i zagłady.
Dlaczego więc to piękno moralne, które osiągają, nie daje im szczęścia? Świat rzeczywisty jest jeden, ale światów moralnych może być całe mnóstwo i wszystkie mogą być równie piękne. Wewnętrzną spójnią zbrodniarz może nie ustępować bohaterowi, prostytutka — dziewicy. Każde zagadnienie moralne jest równaniem wyższej potęgi, które dopuszcza więc nie jedno, ale cały szereg rozwiązań: dodatnich, ujemnych lub urojonych. Bohaterowie Żeromskiego mają jasną samowiedzę tej względnej wartości cnoty każdej. Stąd ich niezgłębiony, przeraźliwy pessymizm. Na ich ustach przywarł lodowaty uśmiech ironii, która zarówno zdaje się pogardzać nikczemnością i cnotą. Do szpiku kości szlachetni szlachetnością abnegacyi i poświęcenia, nie rozumieją i nie silą się rozumieć ani jej celu, ani jej początku. Uczucie ich i czyn nie zna wahań i szamotań, ale myśl wątpi zawsze. Mimo cierpienia, nie skarżą się nigdy. Może dlatego, że ta skarga za zniszczoną radość istnienia, za bezpłodną mękę, której plon może nigdy nie wzejdzie, byłaby tak przerażająca i potworna w swej bezsilnej rozpaczy, że Żeromski urywa każdy swój utwór w chwili, gdy ofiara spełnioną została. O dniu jutrzejszym dra Piotra, pani Ewy, doktora Judyma, nie mówi nam Żeromski. Raz jeden tylko już po ofierze męczennik jego się ocknął i krwawą pięść wznosząc ku górze, wołał: »Łakomy zżeraczu i zawistny tępicielu szczęścia, czemu nie poszedłeś do szatana uczyć się dobroci? Dobry jest szatan i państwo rozkoszy jego: noc. Niech będzie błogosławiony szept jego cichy«. Ale to było dawno, wśród pustyń Tebaidy i głos ten rwał się z piersi dziecka, które było pierwszem pokoleniem, poświęconem cierpieniu. Dr. Piotr, Judym, potrafią jeszcze szydzić, lecz niezdolni już są przekląć i burzyć się przeciw sile fatalnej, która ich niesie jak wicher. Jan był wybrańcem cnoty, oni są jej niewolnikami. On chciał, oni muszą jej służyć. I dlatego każdy czyn ich poświęcenia jest tak bolesny, rozpaczliwy, brutalny nieraz: nie wytrysk woli, lecz wykonanie wyroku.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Bruner.