Pisarze polscy (Sten)/Or-Ot

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Bruner
Tytuł Pisarze polscy
Podtytuł Wrażenia literackie
Data wydania 1903
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe,
Księgarnia Teodora Paprockiego i Ski
Drukarz Drukarnia narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów - Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



III.


OR-OT (ARTUR OPPMAN)



W poezyi jego nikłej, bladej i niedonośnej kilka głosów nad inne silniejszych brzmi echem dawno zagasłych dni, kilka kart mieni się harmonijnemi, jakby na pół spełzłemi barwy dawnej akwareli, kilka serdecznych dreszczy i żałosnych prawie uśmiechów uśmiech i dreszcz budzi. Za światem zapadającym zwolna, niby ostatnie spojrzenie pożegnania i tęsknoty unoszą się jego niewytworne piosenki, i jeszcze w drżących obrazach przesuwa się przed nami korowód mar bliskich i prawie rumieńcem życia jeszcze rumianych.
Do niepoznania szybko wznosi się Warszawa. W oczach zda się rosną nowe ulice, place, budynki: niepodobne do dawnych, jednym strychulcem wyciągnięte i obce. Zapomniane z dawnych czasów domki z skromnemi kolumienkami, z napisami R-ku P. 1800, dawniejsze nieraz, czekają w nowem otoczeniu melancholijnie dnia nieodwróconej zagłady. W obcych murach olbrzymi tłum nowych przybyszów wre, huczy i przelewa się wirem nieustannym. Niejedna rzuciła ich na bruk miejski burza; z różnych stron przybiegli, jedni szukają ratunku, inni zysku tylko: różnoimienny więc zda się ten tłum, różnobarwny i przeszłości niepomny. Ale i on ma swój głos własny, jednakowy i wszystkim wspólny, głos cichy, słyszany tylko dla tych, którzy mu ucho do serca przyłożą — bolesny głos serca przy niefrasobliwym śmiechu ust i gardła.
Przy rosnącym milionowym ogromie, ledwie tknięte wirem współczesnym, piętrzy się Stare Miasto: dawna Warszawa murem niegdyś opasana, stłoczona, wązka, a ku górze się pnąca wysokimi frontami sześciopiętrowych kamienic, wieżycami i kopułami kościołów, nad którymi niby w chmurze zjawiony ze szczytów St. Jańskiej katedry rysuje się olbrzymi posąg Zbawiciela. Mimo tylu zamętów dziejowych tu prawie wszystko zachowało jeszcze dawne wejrzenie: z krańców tylko, od Podwala i Długiej podkrada się ostrożnie nowe życie, waląc przed sobą w gruz dawne mieszczan domostwa, podźwigając bezkształtne, monotonne, lecz przestronniejsze budynki.
Lecz po za tem ulica Ś-tego Jana dziś taka sama jak przed wiekiem, gdy w czarnym francuskim stroju w karetach ciągnęły delegacye miast przelicznych, by ucałować rękę królewską i złożyć petycyę Sejmującym Stanom; i rynek choć bez starożytnego ratusza na placu, i boczne ulice rozbiegające się od rynku na wsze strony, ledwie tknięte biegiem czasu, takie dziś, jakby nazajutrz po chwilach, gdy tu biło serce kraju; takie same ze staroświeckich szyb okna, takie same wązkie sienie domów i ukryte podwórka, wśród murów grubych, niby fortecznych takie same schody kręcone i ciemne. W kościołach, schroniskach przeszłości wszystko tak samo przemawia tutaj głosem z przedwieku; z naw kościoła katedralnego wyglądają ku nam oblicza działaczy dramatu: prezydent Dekert, prymas Poniatowski. Opodal znów przywodząc na pamięć weselsze chwile z życia aż nadto rozbawionego dworu: Bacciarelli, malarz królewski i piękna jego żona. Nieco dalej z białego marmuru wzniesiony Małachowskiego marszałka nagrobek z napisem, który wdzięczność miasta kładła. I tak zewsząd, z każdego murów załamu tchnienie przedwiekowej przeszłości się wyrywa.
I nie tylko z murów martwych, lecz i z życia przeszłość ta jeszcze dosłyszanym szeptem przemawia. Na szyldach i na tablicach domów wypisane często nazwiska o niepowszedniem dziś brzmieniu, które jednak w przedstuletniej kronice łatwo odnaleść. Wycofana z obiegu złotówka tu jeszcze jest w użyciu. Przekupki — tu ich właśnie kraina — i handlarze rachują nań równie dobrze, jak starzy emeryci, których tu więcej niż gdziekolwiek w innej stronie miasta. Wszystkie twarze tu jakieś inne, mimo gwaru handlowego spokojniejsze i czystsze. Z maleńkich dawnego typu kawiarni, jakich w całem mieście już niema, wysunie się czasem lub przejdzie przez cichy, ulubiony od dzieci plac Kanonji, postać zgarbiona w niemodnej kapocie, z twarzą pomarszczoną, z siwymi obwisłymi wąsy — i przykuwa oko, budząc wspomnienia dawnych bojów, głośnej niedostępnej chwały.
Gdy zmrok wieczorny szarością napełni te ulice, gdy ostatnie promienie łagodnym i soczystym blaskiem leją się po blankach domów, zanim w niebie utoną i jeszcze raz je rozświetlą, gdy gwar się uciszy i ze spokojnym szumem tłum roztapia się po ulicach i niknie po domach, jaskrawsze, silniejsze zrywa się czarodziejstwo z tych zapleśniałych murów, i dawnym powiewem, jakimiś znanymi i czarownymi dźwięki, które unoszą się w powietrzu, upaja, odurza: dobrze tu błądzić wtedy, by chwilę choć pomarzyć, zapomnieć i żyć. Tradycya mieszczańska ma w sobie więcej pociągającej siły od wszelkiej innej tradycyi historycznej. Być może stąd, że na dnie każdej tradycyi szlacheckiej leży w najlepszym przypadku jakiś czyn wojennej odwagi, który w owej epoce miał zapewne cywilizacyjną doniosłość, ale dziś utracił ją zupełnie — i dlatego nawet dobrze zrozumieć i odczuć go nie podobna; może stąd, że do tej tradycyi tyle ciemnych plam przywarło, które naprzeciw każdego jasnego wspomnienia stają z kirem żałobnym i ponurym; najpewniej stąd zaś, że cała nasza kultura dzisiejsza, każdy z niezliczonych prądów codziennego życia, najpotężniejsze idee, które zapładniały duszę naszą — są wytworem życia miejskiego i dotąd w życiu miejskiem się objawiają. Czy wiele pozostało dziś w życiu ze skarbów odwagi, poświęcenia i bohaterstwa, przelanych po zagonach ukrainnych w walce z dziczą tatarską, czy wiele z odsieczy wiedeńskiej, której nie wiele równych czynów w dziejach? Nic prawie. Ale każda cegiełka dorzucona w ciągu wieków do potęgi i rozkwitu miast i ich kultury, do dziś dnia podpiera jeszcze jakąś cząstkę idealnego gmachu wierzeń, wyobrażeń i nadziei. U nas zwłaszcza ta tradycya miejska tem jest droższa, tem ciekawsza i poetycznie cenniejsza, im rzadsza, krótsza i mniej zupełna. Nie tworzy u nas nigdzie skończonego przez ciąg dziejów obrazu, lecz zaledwie szkic rzucony, kilka zaznaczonych punktów, kilka linij, które wyobraźnia łączyć, uzupełniać i barwić musi.
Or-Ot jest z urodzenia i z zamiłowania piosenkarzem tych początków mieszczańskiej kultury niegdyś, tych dzisiaj zwolna ginących jej zabytków. Schyłek XVIII wieku, dwór Stanisława, reduta miejska, mieszczańskie narady i pożycie domowe, a dzisiaj typy rozbitków życiowych i dziejowych, którzy dotąd nie wyginęli jeszcze w tem samorodnem muzeum Warszawy — to najulubieńsza dziedzina dla jego fantazyi i uczucia. Nie szukajmy w piosence Or-Ota głębi; nie ma on potężnej plastyki zewnętrznej lub psychologicznej, nie wstrząsa i nie porywa, nie ma w sobie nic z dramatyczności dziejowej; ma natomiast w niewymuszonej ośmiozgłoskowej swej formie, w swej szczerej prostocie, lub w układnych konwencyonalnych barwach, któremi przeszłość odtwarza, dużo wdzięku, dużo artystycznej miary i ujmującej miękkości; w swem czysto powierzchownem ujęciu obrazów ma dużo istotnej, serdecznej rzewności, która się udziela łatwo i roztkliwia. Nie barwną wizyę przeszłości butnej a pysznej roztacza przed nami, lecz jedynie tęsknotę swoją ubiera w proste słowa i za tą wizyą prawie niedostrzeżoną tęsknić nam każe. Moc wywoływania tkliwości i tęsknoty jest główną a cenną potęgą artystyczną Or-Ota. Nie udaje mu się nieraz pokonać nas tą mocą, gdy ją do miłosnego życia serca przynosi. I nic dziwnego: wydobyto z tych strun takie już głosy, zmuszono wszystkie do tak potężnego krzyku i pieśni, że serdeczne skargi Or-Ota, wdzięczne w formie i w wysłowieniu wydają się nie ciężką skargą, lecz prawie dziecięcem kwileniem. Ale gdy mocy swej używa tam, gdzie odrazu skłonni jesteśmy z nim współczuć, pociąga nas łatwo i do natchnienia swego przykuwa. Jego obrazki warszawskie miały poprzedników (np. niektóre śliczne wiersze Gomulickiego), ale w swym rodzaju dotąd nie mają równych.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Bruner.