Pisarze polscy (Sten)/Kazimierz Tetmajer

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Bruner
Tytuł Pisarze polscy
Podtytuł Wrażenia literackie
Data wydania 1903
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe,
Księgarnia Teodora Paprockiego i Ski
Drukarz Drukarnia narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów - Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



XI.


KAZIMIERZ TETMAJER



Tęsknota... wielka tęsknota za szczęściem ludzkiem, za słodyczą jasnego błękitu, za ciepłem tchnieniem wiosny, za uśmiechem i pieszczotą kobiety, za pocałunkiem i rozmową tą, na którą czeka się lata. I większa jeszcze tęsknota za pięknem, za odwiecznym szumem morza za świstem wichru, co się po turniach przechadza, i za srebrną pajęczyną mgieł, wiszących nad jeziorem, i za słońcem, które zalewa Sorrento, i za marmurową krągłością kształtów ubóstwianych. I od wszystkich tęsknot większa jeszcze nad wszystkiem rozpięta melancholia, przejmująca duszę nawskroś, zuchwała, której nie spłoszy cyniczny wykrzyk, bo choć z ust się zerwie, nie znajdzie echa w głębi — melancholia, która wybiega na szare pola i na rozstajnych drogach siadłszy, nad głową załamuje ręce i klnie swą dolę tułacza i samotną — lub wlecze się po ulicach miasta i stanąwszy nad warsztatem rzemieślnika, szepce doń przyjaźnie:

Tę kulę co mi przeznaczona,
Lej, rusznikarzu, nie leniwo..

Ale Życie-rusznikarz nie spieszy się wcale, i zwykle śmierć wyprzedza go w pracy. A że i tej nie brak zajęcia, aby podołać milionom, które rzucono jej na pastwę — więc idą dni, miesiące i lata, jednakowo wydane dawnej tęsknocie i dawnej rozterce.
I tęsknota staje się coraz gorsza, i dusi i dławi wciąż silniej — gdyż ostatecznie nie żądano wiele: szczęścia. Dla niejednych dusz przecie pragnienie to jest równie śmieszne i nierozumne, jakgdyby człowiek jasnowłosy zapragnął nagle mieć kruczą czuprynę. »Ależ można pofarbować włosy« — można też pofarbować życie, dopóki farba nie spełznie od deszczu lub słońca. A tymczasem szczęście nie schwytane oddala się, blednie, niebo szarzeje, jakgdyby słońca blasków nawet zapomniało. Dla Tetmajera nie ma szczęścia innego, prócz kobiety-dziecka, anioła, bóstwa. Ma on najniebezpieczniejszy, najbardziej trujący duszę erotyzm liryczno-zmysłowy, namiętny a tkliwy, pragnie posiadać cieleśnie i poddać się moralnie, chce ubóstwiać i całować, modlić się i pieścić, chce kochać. Szuka swej kobiety, tak jak inni wychodzą na spotkanie Boga. A gdy sądzi, że znalazł ją, klęka przed nią w zachwyceniu i szepce: »czem jest świat cały wobec lic ukochanej, wobec głosu ukochanej, wobec dotknięcia ukochanej«... I zaczyna się odwieczna tragikomedya miłości, zacięta walka dwóch światów, które dążą ku sobie nieraz, a nawet nie widzą się wzajem, walka zmysłowości męskiej, która jest czynnikiem idealnym, psychologicznie twórczym, z naturą niewieścią, dla której zmysłowość jest poniżeniem, a pruderya — obrzydliwością. Kobieta umie bać się lub pożądać, unikać lub poświęcać się — ale kochać, tworzyć nie potrafi nigdy. Gorzej — nie umie nieraz dać się kochać. Więc poeta powstaje z klęczek i na dalszą samotną wędrówkę bierze z sobą uczucie zawodu — lub przesytu. Niespełnione marzenie wykrzywia za nim szyderczą twarz, lub pamięć powszedniej rozkoszy, mimo przepychu białej nagości, zniechęceniem przejmuje mu duszę.
Czem jest szczęście? Nie jest ani rozkoszą, ani nasyceniem, ani pożądaniem, ani zwycięstwem... Nie jest rzeczywistością, bo może wieczność całą być marzeniem, nie jest marzeniem, bo musi choć chwilę jedną wcielić się w życie... Może być tak wielkie, że dusza, która światy w sobie mieści, objąć go nie zdoła; może być tak drobne, że w zakątku się kryje, a skoro zginie, nadaremnie świat cały przebiegać a szukać. Jest zbyteczne, bo można lata przeżyć, nie czując, iż go nie niema przy nas; jest niezbędne, jak ogień i światło, bo lepiej żyć i położyć, niż bez niego się obejść.
Żyć bez szczęścia nie byłoby tak trudno, gdyby szczęście nie było pięknością, gdyby nie było taką samą harmonią wewnętrznego życia, jak piękno jest harmonią zewnętrznego świata. Im silniejsze jest poczucie i pożądanie piękna, tym gwałtowniejszą żądza i tęsknota szczęścia. Świadomość własnej niedoli, gdy zmysły zewsząd naokół wchłaniają piękno, jest bezustannym rozdźwiękiem, jest niemocą zharmonizowania się z pięknem, jest więc świadomością własnej brzydoty. I przekleństwo to ciąży na duszy więcej niż inne spragnionej piękna; więc odwraca się od siebie z obrzydzeniem, bryzga cyniczną ironią, lub bezmyślnie daje się kołysać falom życia, powtarzając niby zuchwale »Vogue la galère«. Albo też chwyta obrazy, które zewsząd świat rzuca mu pod nogi, i stwarza sobie wizye, w których to błyszczy słońce południa i gra pieściwy szmer fal, to księżycowa poświata zmarłe, groźne światy opromienia. Ale nigdy nie roztapia się ta dusza w pięknie, które sama stworzyła: jej zmysły są tak potężne, wzrok orli, słuch bystry, że wizya uzewnętrznia się, twardnieje, skrysztala, nabiera blasku, dźwięku, woni — zaczyna żyć życiem własnem, obojętnem temu, które go stworzyło. I dusza pyta się znów samej siebie: dlaczego po mnie nie ślizga się tak słońce, jak po namaszczonym karku Dyskobola, dlaczego mej piersi nie rozpiera ta sama duma i pewność zwycięstwa? dlaczego dla mnie szumi życie, jak pochmurna toń północna, z której dmąc w róg, potworne zrywa się widziadło?… Pyta — i nie znajduje odpowiedzi. I tylko melancholia przybliża się krok jeszcze, i skoro zmęczy się rozpaczą, lub daremnie przygląda się kuli, staje się podobną do rezygnacyi i zliczywszy swe dostatki: pościel pod głowę i kęs chleba, nie wie, żali czego więcej jeszcze w życiu jej potrzeba.
Idą dni, miesiące i lata — marzenie o szczęściu zatarło się, cierniowa korona bólu rozsypała się, i w kolcach ukrytych już w harmonijny dźwięk rymu stępiły się przeszywające ostrza — ale melancholia nie odchodzi nigdy. Im mniej pragnienia w niej, im mniej wybuchu i bezsilnego porywu, tym trwożniejszą się staje, tym większy lęk ją zdejmuje, jakiś dreszcz chłodny po niej przebiega. Zda się, że oto dusza całą swą mocą kogoś wołała, kogoś drogiego, długo, rozpaczliwie, nadaremnie — i zmęczona krzykiem zamilkła, i dopiero wtedy przerażona spostrzegła, że otacza ją cisza, ohydna cisza wiekuiście nieruchoma i ciemność nocy. I wtedy zmysły podrażnione, uczucia napięte, na każdy szelest czułe, nabierają jakby daru podwójnego widzenia, mogą przenikać do samej głębi istot i rzeczy; po za światem, pod duszą otwiera się przed nimi nieznana, przepaścista kraina, pełna tajemnic i przerażenia, która pociąga i nęci jak otchłań. Ta dusza tak długo rwała się w próżnem wołaniu, nasłuchując odpowiedzi, że zda się jej, iż w ciszy łowi dziwne niezrodzone jeszcze szmery, coś, co w niej samej, głębiej niż ona, huczy wezbraną, tajemniczą, przepotężną falą. I strwożony przed tą mocą nieznaną, która szumi w nim, a naokół piętrzy się w skałach niebotycznych, skrysztala w błękicie i toni jeziora, — »Milcz, milcz, zabiłabyś słów swoim szumem« woła poeta do niej w trwodze śmiertelnej. Bo jak wszyscy, którzy głośno przyzywali zgonu, lęka się śmierci. I okrzyk trwogi płoszy chwilę czaru; groźny szum milknie i wrota niepoznawalnego zamykają się zwolna. Niepewność umysłu staje się męczarnią czucia. Zostaje tylko wspomnienie nieprzejrzanej tajemnicy, która ponurą zadumą każdą chwilę powlec może, świadomość mętna, że tak jak pod cienką skorupą ziemi rozciąga się potok lawy wrący, nieskończony — tak też pod warstewką zjawisk i życia, leży otchłań nieruchoma samej istoty bytu, kolebka światów niezrodzonych jeszcze, lub może cmentarzysko tych, które już zginęły. Tylko przez wrota niepoznawalnego, które się nigdy już szczelnie nie zamkną dla tych, którzy raz przez nie spojrzeli, sączy się nowe źródło, nie wysychające nigdy, — a z niego melancholia pije — i jak od wody czarnoksięzkiej sił stokrotnych nabiera.
Ratować się od niej… ostatecznie można z nią żyć, tak jak nieraz żyje się z kulą, tkwiącą gdzieś w ciele. Zresztą haseł nie braknie — na użytek własny i cudzy: »Evviva l'arte«, »Lubię kiedy kobieta omdlewa w objęciu«, »Cudzym niedolom być, jak aniół jasny« — jest z czego wybierać. Tetmajer z równą szczerością wyrzuca je z siebie. Jest poetą i poddaje się z równą łatwością sprzecznym wrażeniom i sprzecznym myślom. A zresztą, jeśli utwór literacki jest projekcyą duszy artysty na płaszczyznę papieru, to możnaby rzec z pewną słusznością, iż dusza Tetmajera nie daje się rzucić na jedną płaszczyznę, posiada głębię, załamy i szczeliny, mielizny i otchłanie. W Tetmajerze jest niewątpliwie kilka dusz twórczych, poczynając od tej, która lubuje się w cynicznym flircie z pół-dziewicami i pisze wierszyki. »W korytarzu za kotarą«, lub szuka taniego poklasku w »Zawiszy« — do tej, która »Na królewskiem jeziorze« przygląda się na-pół obłąkana nieruchomości milczących granitów, lub wchodzi »Na szczyty«, gdzie przed jej wzrokiem postać Chrystusa »rośnie w przerażenie«. Te dusze są w nim związane wprawdzie nicią genetyczną, ale mimo wspólnego pochodzenia żadnych już cech podobieństwa ze sobą nie mają. Rozwój wewnętrzy, psychologiczna ewolucya ku coraz głębszej, coraz wszechstronniejszej twórczości, dla której osobiste cierpienia stają się już nie treścią, nie motywem, lecz tylko podnietą, uderzeniem iskry, które zapala przygotowany już nabój — to właśnie czyni Tetmajera poetą tak drogim współczesnemu pokoleniu. W nim bowiem udoskonalenie artysty było tylko rozwojem człowieka.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Bruner.