Pisarze polscy (Sten)/Jan August Kisielewski

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Bruner
Tytuł Pisarze polscy
Podtytuł Wrażenia literackie
Data wydania 1903
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe,
Księgarnia Teodora Paprockiego i Ski
Drukarz Drukarnia narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów - Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



XVII.


JAN AUGUST KISIELEWSKI



W jednej z bieżących krytyk »wesołego dramatu: W sieci« określiła p. Garfeinowa jego istotę słowy, że »tego nie dokonałby tylko talent. Jestto coś więcej i dużo więcej«. Już w krótkiej wzmiance trzeba było zaznaczyć to swoiste, odmienne, nieprzeparte wrażenie, które z dzieła Kisielewskiego płynie. Więcej niż talent? Więc… geniusz? Zdradliwe słowo, bo wszelkie kanonizacye z natury swej są to obrzędy pośmiertne. To »więcej« — to moc i władza, ów czarowny »rząd dusz«, o którym nieraz najwięksi mistrze marzą bezskutecznie. Cały geniusz Słowackiego nie wystarczył, by zdobyć jedną jego iskierkę i wszystkich skarbów purpury i klejnotów, które bez pamięci rozrzucał, mało było, aby ją okupić. Sienkiewiczowi dostał się odrazu. Żeromski po najpiękniejszych swych dziełach zdobył go dopiero w »Ludziach bezdomnych«. Niemożliwy bez talentu, odeń jednak nie zależy i cechy jego są odmienne.
Ta potężna władza jednej duszy nad duszą zbiorową różne może mieć źródło: czasem rodzi ją żarliwe apostolstwo, bezwzględna wiara w dogmat, który przyświeca myśli i dziełu; czasem daje ją miłość, nadludzkie już ukochanie tej zbiorowości, kiedy o sobie rzec można, że »nazywam się milion, bo za miliony kocham i cierpię katusze« — i wtedy miliony poddają się kornie. Ale można też tę władzę zdobyć wbrew oporowi, który na swej drodze napotyka. Można jej pragnąć tak, iż natężenie żądzy, skupiona wola wywołuje jej realizacyę; można stworzyć dzieło zamknięte w sobie, tak skończone, iż staje się nowym odrębnym światem, gdzie rządzą prawa i kaprysy tego, który go stworzył. Władza Kisielewskiego stąd właśnie wytryska i takich używa środków. Tej władzy siłą zdobytej nadużywa też ciągle: pełno u niego odskoków, dywersyi, cudacznych epizodów, jak gdyby próbował wciąż, czy mocy swej nie utracił, czy tam, gdzie śmiać się każe, śmiać się będą, gdzie zadrżeć — zadrżą. Niema w nim nic dyletantyzmu, nic literatury, nic prawdziwej cyganeryi. Tam, gdzie jest artystą, mimo niezwykle młodego wieku, jest zimny, wyrachowany, umie wszystko naprzód przewidzieć i obliczyć. Do zawodu dramaturga przygotowuje się, jak żołnierz do bitwy: swoje arcydzieło »W sieci« zaczyna pisać w szóstej klasie gimnazyalnej, przerabia niezliczoną liczbę razy; o chłodzie i głodzie jeździ za granicę i tygodniami przesiaduje w niemieckich teatrach, szpiegując tajniki sztuki aktorów i autorów; dla scenicznego ćwiczenia, niby zadanie na oznaczony temat, pisze »Karykatury« i znów poprawia »W sieci« — aż wreszcie występuje odrazu masowym atakiem na najtwardsze posterunki, siłą natarcia łamie obojętne mózgi sędziów konkursowych, zdobywa dwie nagrody, podbija publiczność Krakowa, Warszawy, Lwowa — i z suteryny przy ulicy Batorego zachwyt wielbicieli wprowadza go na słoneczne gościńce sławy. Trwa to około roku: tyle mniej więcej, co egipska kampania Bonapartego.
Zwyciężył, bo zwyciężyć chciał. Tę zaś wolę naprężoną, bezwzględną w dopięciu nakreślonego celu, świadomą drogą swych, co napina? — Jedno wielkie pragnienie życia, marzenie życia. Żyć choćby raz jeden, chwilę — »za tę tragifarsę życia, za te wszystkie policzki, za to całe plucie, deptanie, kopanie — za to wszystko, wszystko — rozkoszą rozszaleć — jeden karnawał wenecki!« — Wyobraźmy sobie chłopca, z duszą rozpłomienioną niezmiernem pożądaniem życia, z rozlanemi w krwi bezwiednemi wspomnienami o dawnej świetności rodowej, chłopca rozmiłowanego w pięknie i wytworności, który płakać potrafi ze wstydu na widok swych rąk czerwonych i niezgrabnych — i nad tą rozkwitającą duszą ciężką atmosferą rodzinną, w której najbliżsi nie rozumieją i nie starają się go rozumieć i za to właśnie niecierpią, w której źle mu życzą, nie po to, by mu źle się działo, lecz po to, by mu dowieść, że zbiorowy rozum starszych mądrzejszy i więcej wart od buntowniczych kaprysów dziecka. Zaczyna się wtedy walka ciągła, uporczywa, nużąca: pożądania, których ziścić niepodobna, przewcielają się w marzenia; szyderstwo, niewypowiedziane na głos, ucieka do wyobraźni i tworzy w niej satyrę, karykaturę życia — z niewoli powstaje artyzm, sztuka zmienia się na broń, którą sobie wywalczyć należy swobodę. W walce myśli się tylko o zwycięstwie — i wszystko, co Kisielewski dotąd stworzył, nosi cechę obrony własnej: zdobytej swobody nie użył jeszcze. Kisielewski dał wielką karykaturę życia: świat dusz pogiętych w groteskowe kształty, stosunków potwornych drobnością swą i dysharmonią. Mówię: świat, — gdyż dramat »W sieci« jest rzeczywiście skończonym w sobie kosmosem; pod względem artystycznym — tak, jak był napisany, nie tak, jak był grany — zbudowany jest wprost po mistrzowsku. W tym świecie jedna obowiązuje wszechpotężna zasada: nazwałbym ją zasadą powszechnej nędzy dusz. Sieć lekka i niegroźna — a jednak tak opętuje zewsząd, tak oplata, że dławi się w niej i Julka, przykuta do obcego jej męża, i Boreński, któremu sława nie przyniosła szczęścia i nie uchroniła od suchot, i Serba, i stara matka Chomińska, wypędzona przez córkę i... wszystkich ogarnia błotne trzęsawisko, wszelką jasność zasłania i wciąga — na duszy zatracenie wieczne. Ani jedna wola nie ośmieliła jej się oprzeć. Więc autor, który był w tem trzęsawisku i wyrwał się zeń — dla postaci swych ma tylko uśmiech i pogardę. Pogardę za ich półuczciwość, za ich beznamiętność.
A jednak, ten świat cudaczny, nierozumny, bezsilny — w złem i dobrem, gdzie na każdym kroku słychać, zda się, bezlitośny, szyderczy chichot poety — ten świat jest tak łudząco do rzeczywistego podobny, tak prawdziwy, tak żywy, iż chciano w nim widzieć prawie fotografię, a Kisielewskiego za mistrza w reprodukcyi, w obserwacyi okrzyknięto. Podnoszono podobieństwo talentu jego do talentu Reymonta. Ale Kisielewski obserwatorem nie jest: był tylko bojownikiem o duszę własną. Nie lubuje się, nie odtwarza rzeczywistości, lecz ją policzkuje; szkicuje ją tylko tyle, ile trzeba do zadania razu. Skończywszy dzieło wyzwolenia i zemsty, odwrócił się od tej powszedniości i w »Sonacie« na tle niezwykłem, prawie fantastycznem, naszkicował odmienną, nową koncepcyę życia. Mimo, że nie doznała powodzenia, »Sonata« po dziś dzień została w oczach autora najlepszem i ulubionem dziełem. »W sieci« i »Karykatury« są utworami negatywnymi, dziełem skończonem, które dalszego ciągu mieć nie może, do którego się już nie wraca — dla swego twórcy są one więc dokumentem martwym; »Sonata« zaś jest pierwszą próbą produkcyi pozytywnej, pierwszym krokiem zwróconym ku nowej dziedzinie, którą iść trzeba, jest żywą komórką, z której cały kwiat następnej twórczości wystrzelić może. To pragnienie i marzenie życia po raz pierwszy w kształtach czystych, nienarzuconych, niespodlonych tu właśnie się objawia. »Szalona Julka« szamoce się bezsilnie, Relski zostaje pochylony z obelgą rzuconą mu w twarz — ani jedno z nich nie jest tem, czem być pragnie: są to karykatury woli; dopiero Wila Tańska, kochanek jej Ryszard, nie kłamią sobie i są sobą. Świat ich, w którym giną, niepowszedni, ponury, groźny, o prostych, antycznych liniach namiętności — to nowa ojczyzna duszy Kisielewskiego, reakcya przeciw życiu dnia codziennego.
I nietylko już przeciw temu życiu, które przeszło bezpowrotnie, lecz i przeciw temu, które wywalczył wreszcie i które nadal go otacza. Zwyciężył, lecz musiał upokorzyć tych, którzy mu najbliżsi i których kocha; zdobył tę wyśnioną sławę i życie artysty: portrety w dziennikach, poczesne miejsce w literackiej kawiarni, zgraję pełnej podziwu młodzieży, swobodną tułaczkę po wszystkich kątach ziemi... Jest że to piękno? Jest że to szczęście? Gdzie jest prawda, gdzie kończy się karykatura? Ta dusza o kobiecej prawie czułości — dla której męzkość jest zbyt brutalna, więc wcielała się dotąd wyłącznie w nerwowe postacie niewieście: Julkę w »Sieci«, Wilę w »Sonacie« — nie znajduje na to odpowiedzi. Więc roztacza nad sobą krainę fantazyi — i błąka się po niej niepewna. Dawna twórczość Kisielewskiego była walką o jasno określonych wyraźnych celach; dzisiejsza — to ogłuszenie stokroć głębszego, trwałego smutku życia, to konieczność, aby stworzyć dla siebie świat nowy, czystszy, szlachetniejszy — szlachetniejszy bardziej intensywnem, bardziej potężnem napięciem życia. Chorobliwa wprost potrzeba czystości, jasności myśli, niezmąconej swobody przekształcania i gięcia życia — a te daje tylko sztuka — uczyniły Kisielewskiego artystą; bo siła woli mogła zeń stworzyć człowieka czynu. Ale Kisielewski nie chce pisać, — chce żyć: żyć wolny z wolnymi światami, które tworzy.
Ta żądza, własnego realnego życia, pragnienie życia więcej, niźli pragnienie sztuki odróżnia, wyodrębnia i wysuwa Kisielewskiego wśród bezsilnych niewolników artyzmu, którymi roi się doba dzisiejsza. Podobny w tem do artystów Odrodzenia, dla których wykonane arcydzieło było taką samą przygodą życia, jak pijatyka z przyjaciółmi, schadzka z kochanką, lub z wrogiem pojedynek. Bowiem dla wielkich, dla największych, sztuka nie jest celem, nie jest wszechchłonącem bóstwem, lecz czynem i objawem życia, który w duszy artysty nie zajmuje nieraz naczelnego miejsca: więcej niż Don-Juanem szczycił się Byron pływacką przez Hellespont wyprawą. Są artyści, którzy chcą być kapłanami i ubóstwiać sztukę; nie są jej sługami bezwolnymi ci, którzy nią władną.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Bruner.