Pilot św. Teresy/W Paryżu i w Lisieux

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Pilot św. Teresy
Data wydania 1934
Wydawnictwo Księgarnia św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
W PARYŻU I W LISIEUX

Otrzymawszy urlop, Bourjade udał się do Paryża.
Ale to nie był jego Paryż, ten, który znał z czasów przedwojennych.
Stolica Francji zalana była wówczas przez setki tysięcy cudzoziemców. Wszędzie widać było wyniosłych oficerów angielskich i niby bardzo demokratycznych i dobrodusznych, a w gruncie rzeczy rozbuchanych i aroganckich Amerykanów z tą ich obrzydliwą pewnością siebie, jaką czerpią z brzęku dolarów.
Po ulicach wałęsali się strzelcy marokańscy i senegalscy, polujący na przygody miłosne, na chodnikach żołnierze amerykańscy grali w piłkę. Lasek Buloński rozbrzmiewał bezustannym hukiem eksplozyj motocykletek amerykańskich, jakgdyby się w nim bitwa toczyła. Wojskowe orkiestry amerykańskie przeciągały ulicami, grając barbarzyńskie marsze o łamanym rytmie i wyjąc chromatycznemi gamami. Angielskie „nurses” o końskich twarzach i zębach obwoziły żołnierzy po mieście na lorach samochodowych lub oprowadzały po muzeach. Napół dzicy żołnierze „Anzacu” (Australja — Nowa Zelandja — Afryka — Kanada) wyprawiali po pijanemu awantury. Porządków na ulicach pilnowała prócz policji francuskiej wojskowa policja amerykańska.
Słowem wolno było powiedzieć, że miasto prawie zupełnie było w rękach cudzoziemców, obficie zaopatrzonych w pieniądze, mogących sobie na wszystko pozwolić i bawiących się wesoło.
Natomiast ludność francuska, która przecie najwięcej wycierpiała i najwięcej ofiar poniosła, żyła w niedostatku, odmawiając sobie wszystkiego, we własnym domu lekceważona. Cudzoziemcy, dyplomaci, ich służba, żołnierze, oficerowie, dostawcy i wszystko to, co czasu wojny zwykle za wojskiem się wlecze, cała zgraja różnego rodzaju spekulantów, żerujących na tragedji narodów, to wszystko okupowało Paryż tak, że Francuz, ten Francuz, który oń najofiarniej walczył, nie mógł w nim dla siebie znaleźć miejsca.
Wobec powszechnego rozwydrzenia, panującego wówczas w Paryżu, wobec zepsucia, jawnie szalejącego po ulicach, wobec panoszącego się bezwstydnie handlarstwa, korzystającego z najmniejszej sposobności wydarcia paru dolarów czy funtów szterlingów, nawet zwycięstwo utraciło całe dostojeństwo.
Obroniony przed Niemcami Paryż poddał się dobrowolnie Anglikom i Amerykanom, a raczej ich pieniądzom. Cokolwiek w tym celu robiono, było dobre i nie wywoływało nagany. Nie potępiano dziesiątków tysięcy młodych dziewcząt, które dla zdobycia pieniędzy masami oddawały się rozpuście z obcymi żołnierzami. Wszędzie rozbrzmiewał język angielski, teatry paryskie przygotowywały specjalne sztuki i rewje dla Amerykanów, wprowadzano na scenę język angielski, a nawet lada kramarz starał się mówić po angielsku.
Niedość na tem. Atmosferę Paryża starano się uczynić jaknajlekkomyślniejszą, jaknajbardziej beztroską, jakgdyby wojny i jej niezliczonych ofiar wcale nie było, byle tylko cudzoziemcy mogli się bawić jaknajweselej. Nie było w tem nic z godności ani powagi, na jaką powinien się był zdobyć naród, który tak wiele wycierpiał.
A oprócz tego zaczęło się bolesne handlowanie krwią poległych i zwycięzców — zaczęły się rokowania pokojowe. Na zimno obliczano, co za tę krew można dostać, czego należy żądać, i targowano się.
Zrażony tem wszystkiem Bourjade udał się na pielgrzymkę do Lisieux. Jechał poważny, pełen wspomnień tragicznych, długoletnich bojów, okrążony cieniami zmarłych.
„Pilot św. Teresy” w Lisieux odzyskał równowagę duchową. Krąży koło murów klasztoru karmelitanek, poważny, milczący, zamyślony, lecz już wyzwolony ze smutku, w jakim pogrążył go widok Paryża. Jest raczej rozrzewniony, wzruszony do głębi duszy. Pełna miłości myśl o Świętej zmywa z niego znój i krew licznych walk i kieruje go wyłącznie już tylko ku niebu.
Wróciwszy do swego oddziału, po długim czasie znowu otwiera czarny zeszycik. Przed ostatniemi wojennemi refleksjami umieszcza na wstępie radę, daną przez św. Teresę pewnemu misjonarzowi:
„Teraz, gdy stanąć mam przed Bogiem — lepiej niż kiedykolwiek rozumiem, że jednego tylko potrzeba: pracować jedynie dla Niego, a nic nie czynić dla siebie, ani dla stworzeń.”
A potem notuje swe ostatnie przygody wojenne; pisze mianowicie o śmierci jednego kolegi:
„Nie spostrzegłem nieprzyjaciół i nie było żadnej przyczyny, dla której oni mieliby zaatakować raczej jego a nie mnie. A jednak tak się stało. I jestem pewny, że i tym razem ocaliły mnie Twoje modlitwy. Czyż mogę Ci być dość za to wdzięczny? Ile razy wyrwałaś mnie śmierci, o tem dowiem się chyba dopiero w niebie. Ale wiem z całą pewnością, że życie moje nie należy już do mnie.
Osłaniając mnie w ten sposób, pozyskałaś dla mnie różne odznaczenia. Niestety, jest to bardzo niebezpieczne ze względu na zwykłą człowiekowi miłość własną i próżność. Nie zapominaj, że z Twojej winy zostałem odznaczony. Przyjdźże mi z pomocą w zwalczaniu tego niebezpieczeństwa, które jest tak bliskie a wobec którego bez Ciebie jestem bezsilny.”
Zdanie to jest ogromnie charakterystyczne. Wiemy, że Bourjade był od samej młodości szczerze i prawdziwie skromny. Zrezygnował ze stopnia uniwersyteckiego, nie okazywał najmniejszych ambicyj podczas służby wojskowej w Tuluzie. Ale był Francuzem, więc gdy przyszła wojna, bił się, jak na prawdziwego żołnierza przystało, podobnie jak to czynił jego przyjaciel o. Garin. Bił się nie dla odznaczeń, lecz z obowiązku patrjotycznego i żołnierskiego; sławy nie pożądał. Ale kiedy mu dano Legję Honorową z palmami za męstwo, najwyższe odznaczenie, jakie mężny żołnierz francuski zdobyć może, odezwała się w nim żołnierska krew przodków i braci. I tu Bourjade słabnie, tu czuje, że jednak coś z tej sławy ziemskiej byłoby mu może drogiem. Miłością własną i próżnością nazywa dumę żołnierza, którym był bez zastrzeżeń, z całem poświęceniem się. Łącząc z ascezą abnegację, chce zaprzeczyć samego siebie.
Z tem będzie walczył do końca życia.
Zdemobilizowany w lipcu 1919 r. Bourjade wyjechał do Fryburga. Już pierwszego wieczora, ukląkłszy przed krucyfiksem o. Garina, zastanawia się nad swym stanem duchowym. Ogarnia go niepokój.
„Minęły dni — pisze — niebezpieczne przez nadmiar bezczynności, wygody i niedbalstwa. Odtąd trzeba kroczyć królewską drogą Krzyża. Albowiem na tym padole niema nic do zrobienia, jeno cierpieć, a cierpieć należy dobrze, bardzo dobrze.
Istnieją różne formy cierpienia. Mojem cierpieniem powinno być umartwianie się. Nie powinienem opuszczać ani jednej sposobności do poświęcenia się i poniesienia ofiary, ofiar wewnętrznych, a przedewszystkiem zewnętrznych, tych, które ranią miłość własną.”
Mimo wszystko pilot w nim wciąż jeszcze żyje, z tą tylko różnicą, że teraz jest pod wyłączną komendą misjonarza. Spowodu kazania, w którem kaznodzieja mówił o trzech ślubach, Bourjade pisze:
„Przyszedł mi wówczas na myśl motor mego aparatu, tak ciężki, a tak niezbędny i potężny. Tak i moje nowe życie winno stać się idealnym aeroplanem, gdzie motorem trzycylindrowym będą moje śluby a pilotem — Jezus Chrystus. O, mój Jezu, jeśli rozstałem się z niebem ziemi, po którem tak często podróżowałem i w którem tyle razy walczyłem (w tem miejscu litery są rozlane i niewyraźne, prawdopodobnie łza na nie padła), w jakież inne niebo, o wiele czystsze i szersze, każesz mi teraz skierować swój lot. Aby się wzbić w niebo, mam wypróbowany motor — stan zakonny i trzy mocne cylindry, znakomicie mogące służyć mi za oparcie w atmosferze mego życia: w środku posłuszeństwo, po prawej i lewej stronie czystość i ubóstwo. Cudownem paliwem mego motoru jest modlitwa. Za pilota nie chcę mieć nikogo prócz Ciebie, o mój Boże. Pragnę być tak posłusznym najmniejszemu Twemu skinieniu, jak mnie posłusznym był mój płócienny aparat.”
Bourjade umartwia się wciąż. Skazuje się na zupełne ubóstwo. W seminarjum fryburskiem dano mu nową pelerynę. Nie sprawiło mu to przyjemności. Wyszukał sobie w jakiejś komórce wśród zakurzonych książek starą, zniszczoną pelerynę i natychmiast pośpieszył z nią do przełożonego z prośbą, aby mu ją wolno było nosić zamiast nowej. Półśrodków nie uznaje, a motywy czerpie z „Dziejów Duszy”. Powtarza słowa patronki:
„Chciałabym tak jak Ty, mój najmilszy Oblubieńcze, być biczowaną, ukrzyżowaną. Chciałabym, jak św. Jan być zanurzoną we wrzącym oleju, a jak św. Ignacy z Antjochji zostać poszarpaną zębami zwierząt, aby być znalezioną czystym chlebem Bożym. Wespół z św. Agnieszką i św. Cecylją poddać szyję pod miecz katowski, lub jak Dziewica Orleańska na stosie płonącym umierać z Najśw. Imieniem Jezus na ustach.”



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.