Pilot św. Teresy/U celu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Pilot św. Teresy
Data wydania 1934
Wydawnictwo Księgarnia św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
U CELU

Stara, setkami burz i srogich tajfunów skołatana „Aramea” wlokła się niezmiernie wolno. Przyszedł czas burz i coraz silniej zaczynał dąć północno-zachodni muson. Trzeba było co chwila zmniejszać ożaglowanie. Na pokładzie słychać było wciąż rozkazy kapitana, gwizdek bosmana i człapanie bosych stóp biegających majtków. Bourjade przygląda się temu wszystkiemu z ciekawością, ale nie jest bynajmniej zachwycony. Co to wszystko znaczy w porównaniu z aeroplanem!
Żałuje teraz, że nie postarał się o jakiś aparat. Na myśl mu nawet nie przyszło poinformować się przynajmniej, czy to byłoby wogóle możliwe. Prawda, jego biskup Mgr. de Boismenu odbył z nim próbny lot w Issoudun, ale kiedy Bourjade zwierzył mu się ze swego projektu, biskup go nie aprobował. Za dużo było w nim nowatorstwa, zdaniem biskupa, nielicującego z apostolstwem. Mówi się na całym świecie „per pedes Apostolorum”, a tu naraz — aeroplan! Niezgodne z tradycją.
Bourjade zwraca skromnie i nieśmiało uwagę, iż poszukiwacze złota i różni awanturnicy posługują się w tych stronach aeroplanami, jako najłatwiejszym i najszybszym środkiem komunikacji.
— Otóż właśnie! — brzmi odpowiedź[1] — Jeszcze jeden argument przeciw aeroplanom w służbie misyj. Jesteśmy misjonarzami a nie poszukiwaczami złota, z którymi tubylcy zaczęliby nas równać, gdybyśmy używali takich samych środków komunikacji, jak oni.
— Jednakże dusze przez ten czas giną, przepadają! — robi nieśmiałą uwagę Bourjade.
— Festina lente! — brzmi ostrożne zdanie.
Może teraz na tym statku, pełznącym jak żółw, ksiądz biskup oceni sprawiedliwie zalety aeroplanu. Niema wprawdzie aparatu, ale przy pomocy św. Teresy napewno znajdzie się go bez trudu. W tem przekonaniu utwierdzają Bourjade'a coraz to nowe trudności podróży i napotykane wciąż przeciwności. Może one są dziełem samej świętej, która w ten sposób chce otworzyć oczy zaślepionym? Będą to w każdym razie doskonałe argumenty przeciw tym, którzy odmawiają skrzydeł żołnierzowi Bożemu.
Pewnego dnia pojawiła się na horyzoncie jakaś ciemna masa, podobna zrazu do bezkształtnej, groźnej chmury, zapowiadającej burzę. W miarę jak statek zbliżał się do tego olbrzymiego obłoku, zaczęły się zeń wyłaniać wyniosłe góry o szerokich grzbietach, a potem ukazała się wyspa, naprzód błękitna, potem ciemnozielona, zieloności prawie czarnej, posępna, wroga.
Dryfując „Aramea” z trudnością zbliżała się do brzegów wyspy. Panowała cisza uroczysta, niemal tragiczna. Jakgdyby na powitanie lądu „Aramea” przystroiła się we wszystkie żagle, które teraz w tej ciszy klaskały. Fale chlupały o boki żaglowca.
Bourjade przyglądał się wyspie, stanowiącej odtąd jego świat, świat, którego aż do śmierci nie miał już opuścić. Widok był pełen majestatu i wzniosłości. Niby czarny ocean falowały lasy na zboczach gór, sięgając niemal ich grzbietów. Kamieniste łożyska strumieni o stromych brzegach przerywały wybrzeże. Tu i owdzie widać było ścieżki, opuszczające się ku nadbrzeżnym bagniskom, porosłym gęstem zielonem krzowiem. Wreszcie pokazały się nędzne, kryte trawą lub liśćmi dachy jeszcze nędzniejszych chat. Była to wyspa Yule.
Misjonarze musieli jednak wysiąść na wyspie Darou, bo „Aramea” dalej nie płynęła. Trzeba było dać znać o swoim przyjeździe proboszczowi w Port-Moresby i czekać, póki po całą kompanję nie przyśle motorówki, tymczasem zaś misjonarze rozgościli się w ubogiej chacie rybackiej.
Bourjade'a to nie zraziło. Nie przyjechał tu szukać wygód. I bynajmniej nie przerażała go ta ziemia barbarzyńska, którą postanowił ukochać goręcej od własnej ojczyzny. To przecie jego ziemia święta, w której znajdzie swą Kalwarję.
Nareszcie po długiej podróży wylądowali szczęśliwie na wyspie Yule.
Już w pierwszych godzinach pobytu na wyspie Bourjade zwraca się do św. Teresy z prośbą o pomoc.
„W walkach i w świecie — woła — Ty chroniłaś mnie przed pułapkami, które zastawiali na mnie nieprzyjaciele i przyjaciele. Jak św. Filomena dla proboszcza z Ars, tak Ty będziesz mym „chargé d'affaires” w niebie. Zachowaj mi swą pomoc i poparcie. U progu tej wyspy wzgardliwej pozwól, abym w imię Twoje utorował sobie drogę do dusz. Spraw również, abym na tej drodze był pyłkiem, deptanym przez niewiernych w ich pochodzie ku Panu.”



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.
  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki kończącej zdanie lub następny wyraz (Jeszcze) winien być małą literą.