Pilot św. Teresy/Sam wśród ludzi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Pilot św. Teresy
Data wydania 1934
Wydawnictwo Księgarnia św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
SAM WŚRÓD LUDZI

Wśród cichych i pokornych wędrówek drogami i gościńcami Francji Bourjade musiał widzieć i słyszeć niejedno, co go niemile dotknęło i sprawiło mu przykrość. Dalecy jesteśmy od wydawania sądów o sprawach ludzkich, które są zresztą tak powszechne, że człowiek, posiadający własną ideę, przechodzi koło ludzi z dobrotliwym uśmiechem przebaczenia, szepcząc: — Boże, odpuść im, albowiem nie wiedzą, co czynią!
Bourjade, w tylu oberżach ojczyzny swej odpoczywając skromnie przy kawałku chleba z serem i szklaneczce wina, patrzył na te „wszystkie nasze dzienne sprawy“ i z duszą, nastrojoną już na ton nadziemski, ale jeszcze nieoderwaną od ziemi, nie mógł potępiać i nie potępiał, albowiem był to głos życia jego własnej ojczyzny.
Któryś z wielkich pisarzy powiedział, że człowiek powinien być w stosunku do śmierci, jak robotnik, którego naraz odwołano od pracy. Spokojnie składa narzędzia i odchodzi, a pracodawca żegna go uprzejmem: — Prowadź Pan Bóg!
Takimi jesteśmy my, ludzie dnia powszedniego. Żyjąc, nie wiemy przeważnie, czem jest życie; umieramy, nie wiedząc, czem jest śmierć. Nie myślimy. I nie staramy się myśleć!
Bourjade widział to oczami, o których nie napróżno mówimy, że patrzyły w niebo, mierząc je siłą wzlotu uskrzydlonego ducha. Ale to jeszcze nie znaczy, ażeby Bourjade z tego powodu nie mógł mieć serdecznego uśmiechu dla par w oberży przy niedzieli roztańczonych, dla wiejskiej muzyki, dla starszych ludzi, którzy wróciwszy z nieszporów, rozchichotali się pod biało-różowo kwitnącą jabłonią, a choćby nawet dla wątłych, siwych kwiatuszków wyki, osłaniających niedbałe płoty sadów cienistych.
Gdybyśmy się ofiarowywali, nic nie kochając, to cóżbyśmy dawali?
Zatem ten młody święty, tem świętszy, iż o własnej świętości nie wiedział, współczuł ze wszystkimi, wszystkich rozumiał i kochał, ale przyjacielskiego serca nie miał, ponieważ jego stanu duchowego nikt nie znał, nikt nie rozumiał, nikt duszą przy nim nie stał. Skutkiem tego ten tak bardzo kochający człowiek był samotny.
Samotność jest szkołą wielkich dusz.
I samotność jest poto, aby odeszli wszyscy niepotrzebni, aby człowiek wszedł na swoją właściwą drogę i aby dążył w ciemnościach zalękniony, sam, tylko z wiarą, aż tam, gdzie niespodziewanie znajdzie dla siebie wskazówkę i znak.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.