Pilot św. Teresy/Objawienie św. Teresy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Pilot św. Teresy
Data wydania 1934
Wydawnictwo Księgarnia św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
OBJAWIENIE ŚW. TERESY

O wewnętrznych przeżyciach Bourjade'a, jak również o różnych szczegółach z jego życia dowiadujemy się głównie z jego zapisków, tak zwanych „czarnych zeszycików“, w których notował swe myśli, wrażenia, zamiary i tęsknoty, ważniejsze wypadki, i, że się tak wyrazimy, korespondował ze swą uwielbianą patronką, św. Teresą z Lisieux. Zwierzał się jej i „czarnym zeszycikom“, zresztą nikomu. Listy jego do rodziny, nieliczne, są zawsze pogodne, ogólnikowe, nic niemówiące. Głównem źródłem do biografji Bourjade'a są, powtarzamy, owe „czarne zeszyciki“, odkryte po jego śmierci na wyspie Yule w Oceanji przez misjonarzy i przez nich opublikowane. Obejmują one całe jego życie duchowe od wczesnej młodości, okres bojów na froncie, a później pracę apostolską na Nowej Gwinei. W tych zeszycikach jest cały Bourjade.
Otóż jest rzeczą znamienną, iż Bourjade, mimo że miał rodzinę zacną i kochającą, nigdy w zeszycikach o niej nie wspomina. Miał nietylko rodziców i braci, ale także i siostry; wiemy też, że dom rodzicielski kochał i chętnie go odwiedzał, a mimo to nigdy imienia nawet któregoś ze swych najbliższych nie wymienia. Możnaby myśleć, że zapomniał o nich lub że się ich wyparł. Nie! On się ich wyrzekł, poświęciwszy się w zupełności świętej sprawie i pracy apostolskiej, której oddał wszystkie myśli i całe serce, całą swą istotę. Inaczej być nie mogło. Misjonarz jest nietylko nauczycielem, ale przedewszystkiem musi być człowiekiem twórczym, i to w każdym kierunku. Albowiem cóż z krzewienia nauki, jeśli na jej zasadach nie zostanie zbudowane nowe życie? Tej to wielkiej, trudnej a świętej twórczości oddawszy siły i duszę, misjonarz z konieczności odrywa się od swej rodziny, zrywa ze wszystkiem, co go z dawnem życiem łączyło, i staje się tułaczem, „wędrownym żołnierzem, przy zmierzchu wieczornym z tęskną zazdrością myślącym o domowych ogniskach zwykłych ludzi”.
Jednakże i Bourjade był młody. Miał siostry, kuzynki, pochodził z rodziny znanej, która z pewnością utrzymywała rozległe stosunki towarzyskie z dalszą rodziną oraz sąsiadami. Z pewnej drobnej wzmianki o weselu możemy się domyślać, że w domu rodzinnym Bourjade'a uroczystości rodzinne odgrywały niemałą rolę. Wogóle to nie był bynajmniej dom kwakierski, lecz południowo-francuski, bardzo religijny, może poważniejszy od innych, ale z pewnością niepozbawiony właściwej temu krajowi radości życia. Nie byłoby nic złego ani dziwnego w tem, gdyby Bourjade miał jakąś przyjaciółkę z czasów dzieciństwa czy młodości...
Nie miał żadnej. Od dzieciństwa żył sam, zatopiony w sobie, zajęty wyłącznie myślą o przyszłej pracy apostolskiej.
Aż dopiero w nowicjacie fryburskim doznał objawienia, dzięki któremu zyskał nietylko przyjaciółkę, lecz zarazem możną opiekunkę i patronkę na całe życie.
Mianowicie wpadły mu w ręce „Dzieje Duszy” św. Teresy z Lisieux.
Zamknięty w sobie, zdawałoby się, sobą tylko i swemi rozmyślaniami zajęty, Bourjade samotnik serce miał w gruncie rzeczy tkliwe, jak małe dziecko. Właśnie dzięki samotności, oddaleniu od powszednich spraw i ambicyj ludzkich, z niemi związanych, potrafił zachować prawdziwą, szczerą prostotę, żywość uczucia, świeżość ducha i tę wielką małość, jaka cechuje świętych — „maluczkich, do których należy królestwo niebieskie”.
Cudowna książka św. Tereni porwała go i zachwyciła. Dostrzegł wyraźne analogje między małą świętą a sobą. Jak ona w dzieciństwie bawiła się z kuzynką w pustelnika i, zbudowawszy sobie małą chatkę, wraz z towarzyszką uprawiała malutki ogródek warzywny, zmieniając się z nią w pracy i modlitwie, tak on w latach wczesnej młodości bawił się w pustelnika w wydrążonej przez siebie grocie. Paulinka, siostra Tereni, wstępując do klasztoru, wytłumaczyła jej życie zakonne.
„I otóż pewnego wieczora — pisze św. Teresa — przypominając sobie obraz Karmelu, jaki mi nakreśliła, uczułam, że jest to owa pustynia, pośród której i mnie Bóg chce ukryć. Uczułam to silnie, bez najmniejszej wątpliwości, nie było to marzenie dziecka, ale pewność głosu Bożego”.
Taksamo Bourjade uczuł powołanie na misjonarza, kiedy brat jego wyjeżdżał w świat daleki, i nawet napisał wówczas wiersz o jakimś ludzie, błąkającym się na dalekich wybrzeżach, wśród którego on mieszkać będzie.
Młody nowicjusz, który od dzieciństwa tułał się samotnie po polach i lasach, wiecznie pogrążony w rozmyślaniach, czyli zatopiony w tak zwanej modlitwie myślnej, zadrżał z pewnością, czytając w „Dziejach Duszy”:
„Razu pewnego w opactwie nauczycielka zapytała mnie, jak spędzam w domu dni rekreacyj. Odpowiedziałam nieśmiało: — Proszę pani, kryję się często w swym pokoiku w kącie, który daje się łatwo zasunąć firanką od łóżeczka, i tam myślę. — Ale o czem myślisz? — mówi, śmiejąc się, ta dobra zakonnica. — Myślę o Bogu, o krótkiem trwaniu życia, o wieczności; słowem, myślę. — Odpowiedź moja nie poszła w zapomnienie, i później moja mistrzyni lubiła mi przypominać czas, kiedy rozmyślałam, pytając, czy jeszcze myślę. — Dziś rozumiem, że była to prawdziwa modlitwa myślna, podczas której mistrz Boski mnie pouczał.”
A cóż dopiero, gdy Bourjade przeczytał te słowa:
„Pragnęłabym oświecać dusze, jak to czynili prorocy i Doktorzy Kościoła; pragnęłabym przebiegać ziemię całą, głosić chwałę Twego Imienia i pośród ciemnych pogan zatykać święte znamię krzyża. Ale jedno posłannictwo mi nie wystarcza. Chciałabym, o Umiłowany duszy mojej, opowiadać Ewangelję równocześnie we wszystkich częściach ziemi, aż do najdalszych jej krańców. Chciałabym być misjonarzem nietylko przez lat kilka, ale od samego początku świata i aż do ostatniej, chwili jego istnienia.”
A dalej ten namiętny okrzyk:
„Dusz, o Panie, dusz nam potrzeba, a przedewszystkiem dusz apostołów i męczenników, abyśmy za ich pośrednictwem rozpaliły Twą miłością całe rzesze biednych grzeszników.”
Cóż się dziwić, że te słowa głęboko zapadły w serce przyszłego misjonarza i że „Dzieje Duszy” stały się jego najukochańszą książką, z którą się nigdy nie rozstawał, ani w koszarach, ani w okopach, ani wśród Papuasów Oceanji.
Bourjade wiedział, że święta Terenia miała „brata duchowego”, młodego misjonarza, z którym korespondowała i którego wspierała modlitwami. W głębi swego czystego serca wierzył, że święta, gdyby żyła, nie odmówiłaby mu swej pomocy. Był jej przecie tak niezmiernie bliski duchem!
A wtedy w całej prostocie ducha rozpoczął z nią w „czarnych zeszycikach” korespondencję i obrał ją za swą patronkę, jej życie poświęcając. Jako hasło wypisał sobie z jej „Aktu oddania się Miłości Najłaskawszej na ofiarę zadośćuczynienia” następujący ustęp:
„Pragnąc, aby całe życie moje było jednym aktem doskonałej miłości, oddaję się na ofiarę zadośćuczynienia Twej miłości miłosiernej: wyniszczaj mnie bezustannie, przelewaj w serce moje strumień nieskończonej czułości, przepełniającej serce Twoje, abym stała się, o Boże, męczennicą Twej świętej miłości.”
Ostatni raz odczytał Bourjade ten akt w trzynaście lat później w Majaerze, przy miękkiem świetle dnia zwrotnikowego, wśród bagnisk papuaskiego wybrzeża.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.