Pilot św. Teresy/Misja katolicka na wyspie Yule

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Pilot św. Teresy
Data wydania 1934
Wydawnictwo Księgarnia św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
MISJA KATOLICKA NA WYSPIE YULE

Ale nietylko uczeni podróżni i przyrodnicy zwiedzali te kraje. Nawiedzali je też różni śmiałkowie i awanturnicy. Więc naprzód przyszli poszukiwacze złota, ponieważ jednak złota nie było, odeszli, zostawiwszy Papuasom na pamiątkę kilka głów dla ozdoby chat i sporo zwłok w ziemi. Po poszukiwaczach złota przyszli poszukiwacze nafty. Pobudowano wieże wiertnicze, zaczęto wiercić. Napróżno. Nafty niema na Nowej Gwinei. Biali znowu odeszli. Potem zaczęto na południu zakładać różne plantacje — również bez powodzenia. Przyroda, zbyt bujna i bogata, nie dała się ujarzmić człowiekowi. Wreszcie rząd australijski, uważający Nową Gwineję za swą rezerwę, przeznaczoną na eksploatację, jak tylko Australja będzie miała dostatek rąk roboczych, zamknął do niej dostęp cudzoziemcom, robiąc wyjątek tylko dla misjonarzy, między innymi dla misjonarzy katolickich Serca Jezusowego.
Położony w południowej części wyspy teren tej misji obejmuje pięćdziesiąt kilometrów wybrzeża między przylądkiem Possession na północy a przylądkiem Suckling na południu. Między temi dwoma przylądkami znajduje się w załamaniu wybrzeża wyspa Yule, stolica wikarjatu.
„Pozatem wszędzie — pisze o. Norin, towarzysz i przyjaciel Bourjade'a — panuje protestantyzm i to w kilku odmianach. Wyjąwszy miejscowości, w których znajdują się biali, na tamtych ziemiach nie wolno nam na skutek przemożnych, nieżyczliwych wpływów nigdzie posiadać własnego terenu. Nawet te dwa przylądki, między któremi mieści się nasze terytorjum, dzierży mocno Londyńskie Towarzystwo Biblijne, które osadza tam najgorliwszych nauczycieli, przybyłych z mórz południowych, aby tylko zamknąć nam granice.
Zamknięci między temi dwoma kolumnami nieprzyjacielskiemi, w sposób pokojowy przenikamy do wnętrza Papuazji. Jedna jedyna nasza misja zapuszcza się daleko w ten nieznany świat. Turyści, którzy chcą urządzić sobie wycieczkę do ludożerców, proszą o gościnę w naszych barakach. Damy same bez najmniejszego ryzyka zapuszczają się do wiosek plemion katolickich.
W ciągu czterdziestu lat ciężkiej pracy udało nam się dotrzeć do jakich 20.000 — 25.000 dusz, z czego zaledwie 9000 się nawróciło. Nie liczę umarłych. Mała to trzódka, lecz upilnować ją bardzo trudno.
Trzy obwody leżą na równinie, trzy w górach, a w każdym mówi się innym językiem. Trzech czy czterech tylko księży z biedą może w każdym z nich odprawić nabożeństwo. W sąsiednim obwodzie jest się tak bezradnym jak w Chinach. Nasz kochany awjator w krótkim czasie mógł się zorjentować, do jakiego stopnia skrzydła jego są tu związane. Po trzech latach codziennej nauki osiągnął zaledwie tyle, że dziś może go zrozumieć 3000 — 4000 osób.
O, młodzi rywale św. Franciszka Ksawerego, marzący o miljonowych nawróceniach! W Papuazji nie osiągniecie na tem polu rekordów, ale dowiecie się przynajmniej, że za dusze płaci się bardzo wysoką cenę i że, za przykładem św. Augustyna, warto porzucić wszystko dla nawrócenia jednego jedynego kartagińskiego woźnicy.”



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.