Już nie brzmiała pieśń natchniona
Długie, długie dni, miesiące;
Duch złamany, pierś zraniona,
Muzy mej zagasło słońce.
Płodzę „cięte“ artykuły,
O programy kopje kruszę, —
Zamiast ton snuć z liry czuły,
Słodką pieśnią poić dusze.
Wieszczy cherub pcha leniwie
Rydwan prozy brudno-szary,
Uczuć wzniosłych już nie żywię,
Pierzchły myśli, prysły mary!
Chwastem ma porasta gleba,
Kwiaty chylą główki smętne;
Chwalę wciąż dla kęsa chleba,
Co mi obce, co mi wstrętne.
Rżnę sensacje na skinienie,
Z nędznikami wszczynam kłótnie;
Czy tak zbrukam me natchnienie
I roztrzaskam moją lutnię?
Pióro codzień maczam w błocie,
O powszedniej śniąc potrzebie;
Już nie umiem w pełnym locie
Po fantazji bujać niebie.
Grzęznę, tonę coraz głębiej
W dziennikarskim lepkim kale;
Próżno rozpacz serce gnębi,
Próżno się na los mój żalę.
Biada temu, kto mozolną
Sprzedał dłoń — śród maszyn szumu;
Stokroć biada, kto myśl wolną