Pierwsze morderstwo (Lemański, 1922)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lemański
Tytuł Pierwsze morderstwo
Pochodzenie Prawo mężczyzny
Wydawca F. Gadomski
Data wydania 1922
Druk T. Jankowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Młody Foks wyszedł z nami na spacer w pole.
Był to śliczny, zgrabny, biały piesek, którego sumienie psie nie dźwigało na sobie aż dotąd żadnych większych zbrodni, oprócz zaduszenia kilku kurcząt, i w dodatku zaduszenia ich bynajmniej nie przez krwiożerczość, tylko przez czystą chęć życio­‑poznawczą.
To, co do nas najmniej podobne, to wzbudza naszą największą ciekawość. Dlatego naprzykład dzieciom świat wydaje się taki ponętny, że do nich tak mało podobny. Foks w kurczęciu widzi to, czemu się nie może nadziwić. Jakiś maleńki biały lub żółty kłębuszek z piór na dwóch patyczkowatych łapkach, który chodzi, biega i wogóle jest czemś żyjącem! Trzeba to bliżej rozpatrzeć, zżyć się z tem dziwnem stworzeniem, zbliżyć się do niego, zespolić się z niem.
— Pójdź tu, kurczątko moje, nie bój się... Ą, uciekasz? Poczekajże!
I kurczątko rzeczywiście poczekiwało, ale w młodych, żeru, czyli poznania chciwych ząbkach Foksa.
Że ta pożerczość była jedynie poznawczą, dowodził sposób zachowania się Foksa po tym morderczym uczynku. Mianowicie z uduszonem kurczęciem w mordce wbiegał do pokoju, spoglądał pani albo panu w oczy i chełpliwie merdał ogonkiem. Tak, jakby czuł się dumnym z poznania czegóś nowego, zupełnie jak dziecko po powrocie ze szkoły chwali się nowozdobytą wiedzą, przypuśćmy o tem, że ziemia jest okrągła. Bo gdyby Foks tylko dla żeru kurczę dusił, to bez żadnych przechwałek zeżarłby je co prędzej gdzie w kącie, jak to robi już pies doświadczony.
Na tę namiętność poznawczą pieska jego państwo nie zapatrywało się wcale życzliwie. Po wydobyciu mu ofiary z pyska, Foks był karcony dwojako: słownie i czynnie. Wysłuchiwał całego szeregu wymówek, poczem brał w skórę.
Brał, ale nie wiedział, za co go biją. Zwalał to na karb ograniczoności państwa, czuł się w swojem sumieniu psiem czysty. Wogóle, będąc psem, nie buntował się przeciwko dziwactwom natury ludzkiej, znosił karę i robił swoje.
Pewnego razu, dziś właśnie, zdarzyło mu się towarzyszyć nam, panom ludziom, na spacer. Podskakiwał to ku jednemu, to ku drugiemu z nas, brudząc nam łapami palta, liżąc nam ręce, skowycząc i objawiając wielką, prawdziwie psią uciechę życia. Od nas biegł do spotykanych po drodze kundli chłopskich, zaczepiał je, gonił, gdy, nieusposobione do zabaw, śpieszyły za jakiemiś sprawami urządzał wtedy pościg za ptactwem, wracał zziajany do nas, biegł znowu i znów cwałował z powrotem, jak gdyby chcąc się przed nami popisać z nadmiaru swojej młodo­‑psiej werwy życiowej.
Naraz z pod jednego krza przydrożnego wyskoczył zając, nieduży i również, jak Foks, młody.
Foks, widząc jakiegoś nieznanego sobie dotąd czworonoga, ucieszył się najniezawodniej, że oto nareszcie jest ktoś, z kim można się będzie pobawić, i pomknął żywo ku zającowi.
Ale o ile młody pies za nowemi znajomościami goni, o tyle młody zając, a bodaj że i stary, od wszelkich nowych związków, poza sferą zajęczą, ucieka. Psa normalny stan jest za czemś gonić: zająca — od czegoś uciekać.
Tak też i tu. Zaledwio pies ku niemu dał susa, gdy zając sromotnie podał tył i począł zygzakowato umykać.
Stanęliśmy, przypatrując się tej gonitwie. Jedna w nas strona, strona zwierzęca, życzyła sobie, aby wygrał pies; z drugiej strony, wrodzona nam ludzkość pragnęła, aby zając uciekł. Co do psa, to wiadomo: w psach niema tego wewnętrznego rozdwojenia, tego wyboru pomiędzy złem i dobrem. Foks czuł, że nadeszła chwila w jego życiu przełomowa. Raz trzeba pokazać, że się jest psem, inaczej gotowi go ogłosić za niedołęgę, za filozofa, który psem być nie wart. On musi dogonić zająca i koniec.
Widzieliśmy, jak przez jakiś czas migał po polu biały Foksa tułów, a przed nim wił się szarak.
Aż nagle gonitwa ustała. Foks zabielał nieruchomo w dalekiem polu, i najwidoczniej coś tam się ważnego musiało stać. Odbył się widać finał dramatu, a jakiego, łatwo nam to było sobie wyobrazić.
Aczkolwiek nasza miła gospodyni i dziedziczka Foksa utrzymuje, że jedyną rzeczywistością jest to, co się widzi lub co można zmacać, i że nienamacalne rzeczy, więc tylko zmyślone i stworzone w wyobraźni, nie istnieją, niemniej jednak pozwalamy sobie na zapewnienie, że choć tragicznego momentu poznania się najbliżej Foksa z zającem nie widzieliśmy, rzecz odbyła się tak rzeczywiście, jak ją sobie wyobraziliśmy.
Foks, goniąc zająca, szczekał tuż za nim i jakby wołał: A zatrzymajże się, ty głupi, toć ci nic nie zrobię złego, chcę się tylko z tobą zapoznać!
Ale zającowi nie jest dana ufność w psi ród. Zamiast się zatrzymać i grzecznie, ale z mężną postawą rzec: Oto jestem, czego pan sobie życzysz? — zając przyśpieszał kroku tem bardziej, im pies natarczywiej nastawał mu na pięty. Ta nietowarzyskość zajęcza rozzłościła psa tak, że zdwoił energję, dopadł tyłu ofiary, wyrwał stamtąd kłak turzycy[1] a następnie zrównał się ze ściganym, ucapił go za kark i, chcąc go zatrzymać, udusił[2].
Po dokonaniu tego czynu, Foks zdziwił się sam, i nie wiedział, co dalej robić. Poznał życie zająca po psiemu, to znaczy unieruchomił je, uśmiercił. Gonił oto za czemś żywem, a znalazł coś martwego. Poznawczy jego organ — zęby dały mu poznać nie to, co przedstawiało mu się tak ciekawem i poznania wartem. Leży teraz przed nim jakaś szara, podobna do zwitka kłaków, zwierzyna, z której życie gdzieś uleciało, może weszło w psa, a może rozproszyło się po polu? Tą niewiadomością, tą tajemnicą zdrętwiony, Foks stał i bezradnie na martwego zająca patrzał.
Z pola, od ludzi kopiących kartofle, przybiegł do nas chłopak, zdaleka potrząsając w ręce martwym zającem, którego pies zdrętwiały wziąć sobie pozwolił. Podszedł teraz za chłopcem ku nam i zajął postawę wyczekującą. Przypomniał sobie może wnyki, otrzymywane za mord kurcząt, spodziewał się może lania większego, ponieważ zamordował teraz stworzenie od kurczęcia większe. Ha, znieść trzeba i to: widać życie zasadza się na tem, aby mocniejszy bił słabszego. On zabił zająca, jego bije człowiek: tak widać być musi.
Z tą myślą Foks przyczołgał się do buta swe go pana i czekał chłosty.
Ale o dziwo! Pan nietylko, że go nie uderzył, lecz jeszcze go pieszczotliwie jął klepać i głaskać.
— Dobry, dobry piesek. Tak to lubię. I pani cię pochwaliła, bo dzięki tobie będzie do stołu świeży pasztet. Dobry, dobry Foksik!
Pies był zdumiony. Jakto? Za zabicie zająca nietylko, że niema kary, jak za zgładzenie kurcząt, ale jeszcze obdarzają go, mordercę, pieszczotami! Świat się kończy! A więc to takie jest życie? taki jest człowiek? Jużem, pies, myślał, że każde morderstwo żyjącego stworzenia jest uważanie za zło i laniem karane. A teraz dowiaduję się czegoś nowego, czegoś niebywałego: mianowicie, że dla ludzi pewne morderstwa dobre, chwalebne! O jakże mi się życie zaczyna od tej chwili podobać! Pierwsze przykazanie człowieka było: nie zabijaj; teraz wiem drugie: zabijaj psie, byłem ja, człowiek, miał z tego pasztet.
Aczkolwiek nasza miła gospodyni i dziedziczka utrzymuje, że zmyślona rzecz nie jest rzeczywistością, niemniej jednak pozwalamy sobie na zapewnienie, że Foks tak rzeczywiście, jak wyżej się powiedziało, do siebie mówił. A jeżeliby pani dziedziczka i właścicielka Foksa zrobiła nam ten zarzut: że przecież nie siedzimy w psie, aby wiedzieć, co on tam ma w duszy, to na to odpowiedzielibyśmy tak. Nic niema na zewnątrz, czego wprzód nie było wewnątrz, w myśli; zanim pies istniał, człowiek musiał go niezawodnie wprzód wymyślić, stworzyć go; a ponieważ człowiek psa stworzył (bo nie na odwrót), zatem człowiek musi znać i to, co się dzieje w psie. Bo zawsze to się tylko zna, co się stwarza, a nie to, co się zabija. Jedynem źródłem poznania jest miłość, która rzecz samą stwarza. A zabójstwo kieruje sprawę poznania na manowce. Człowiek może psa znać, bo go kocha i nie zjada, ale pies poznać zająca nie może, ponieważ uważa go tylko za żer.
Gdyby pies był traktowany przez człowieka jednakowo, tak za zabicie kurczęcia, jak i zająca to w końcu pies nauczyłby się może nie być psem. Ale w interesie człowieka nie leży to psie umoralnienie, gdyż w takim razie człowiek musiałby żyć bez pasztetu. A cóżby warte było życie bez tego smakołyku, powiedzcie sami? Bądź więc psie, psem, ażeby człowiek mógł żyć po ludzku i po ludzku w ogóle jadać.
O ile przedtem, gdy tylko dusił kurczęta, Foks był lekkomyślny i młodzieńczykowaty, o tyle po zabójstwie pierwszego zająca zmężniał, spoważniał, stał się prawdziwym psem. Oko mu zabłysnęło żywiej, inteligentniej i śmielej. Poznał pies swoją psią wartość i poczuł swój nieodzownie ścisły związek z pasztetożernym człowiekiem.

I jeszcze jedna zaszła w psie zmiana. Poprzednio człowiek był dla niego instancją najwyższą. Ponad człowieka nie znał nic poważniejszego, nic wyższego. Ale, kiedy rzucano mu na odprawę do pożarcia uszy zamordowanego przez siebie i przez kucharkę odartego ze skóry zająca, i kiedy chcieliśmy mu, my ludzie, dla żartu, uszy te odebrać, rzucał się na nas, jak wściekły, i byłby nas pogryzł niezawodnie, gdybyśmy naprawdę chcieli go tego trofeum pozbawić. Nawet na swoją dziedziczkę, a naszą miłą gosposię, głucho zawarczał, dając tem znać, że odtąd panem dla niego najwyższym jest żer. I biada człowiekowi, który mu go będzie chciał odebrać.



Przypisy

  1. Tego kłaka potem brakło w skórze zająca.
  2. Że tak było rzeczywiście, świadczyły ślady zębów na karku i wywalone na wierzch oczy zająca.