Pielgrzym Kamanita/XLIV. Testament Vasitthi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karl Gjellerup
Tytuł Pielgrzym Kamanita
Podtytuł Romans starohinduski
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia Poznańska
Miejsce wyd. Lwów - Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Pilgrimen Kamanita
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XLIV.
TESTAMENT VASITTHI.

— Były to ostatnie słowa mistrza na ziemi.
Sity mnie opuściły, gorączka zaćmiła mi oczy. Widziałam przed sobą jak we śnie rozmaite zjawy i postacie. Twarz Medini często czułam koło swojej twarzy. Potem ściemniło się i znikło wszystko. Nagle uczułam, że coś koi gorączkę moją, niby chłodna kąpiel, a raczej doznawałam uczucia wędrowca, stojącego podczas upału nad stawem, lub lotosu, pełniącego się ożywczym płynem, wsysanym włóknami. Jednocześnie rozjaśniło się kędyś w górze i ujrzałam pływający ponad sobą wielki kwiat czerwony, poza koronę którego wychylało się twe ukochane oblicze. Zaczęłam się również wznosić i zbudziłam się tuż przy tobie w raju zachodnim.
— Bądź błogosławioną za to, że kierowana miłością, tę obrałaś drogę! — zawołał Kamanita. — W cóżbym się obrócił, gdybyś nie zjawiła się przy mnie? Nie wiem, coprawda, dokąd schronić się mamy przed straszliwą katastrofą wszechświata, ale wiewasz we mnie otuchę, bo okropności owe nie są w stanie zachwiać tobą, podobnie jak burza wstrząsnąć nie może promieniem światła.
— Nie wzruszą drobiazgi tego, kto widział rzeczy wielkie! — odrzekła. — Czemże jest śmierć tysięcy miljonów światów w porównaniu ze wstąpieniem do nirwany doskonałego Buddy? Wszakże wszystko co widzimy, to jeno przemiana, a twory owe odrodzą się ponownie. Sam stutysięczny Brama, buntujący się z wściekłością przeciw konieczności nieuniknionej, spoglądający zawistnie na nas, bo świecimy dotąd spokojnie, odrodzi się znowu, zapewne w jakiejś niższej formie bytu, i ustąpi miejsca śmiałemu duchowi ludzkiemu, który zostanie Bramą. Każda istota znajdzie się tam, gdzie ją doprowadzi wola serca i siła ducha. Na ogół jednak wszystko pozostanie jak było, świat nie pogorszy się ani poprawi, bowiem wszystko co istnieje, składa się z tej samej substancji. Dlatego zwę to, na co patrzymy, drobnostką, w mych oczach nie jest ono też przeraźnem, ale nawet radosnem, że widzimy śmierć wszechświata. Gdyby świat Bramy był wiekuisty, nie istniałoby nic nadeń wyższego.
— Istniejeż coś wyższego nad świat stutysięcznego Bramy? — spytał zdumiony.
— Świat Bramy jest, jak sam widzisz, znikomy! — powiedziała Vasitthi. — Istnieje atoli coś wiekuistego i trwałego. — Istnieje, — powiada Pan, miejsce, gdzie niema ziemi ni wody, światła ni powietrza, nieskończonej przestrzeni ni, nieskończonej świadomości, wyobrażeń, ni ich braku, w miejscu owem kończą się cierpienia, nastaje spokój, jest to kraina ciszy zupełnej, niewidzialny przybytek nirwany.
— Sprawże, o święta moja, byśmy się tam odrodzili w onej krainie pokoju wieczystego! — zawołał Kamanita.
— Odrodzili...? — spytała — Wszakże powiedział Pan, że wyrażenie to jest nie na miejscu, jak również nie na miejscu jest pojęcie nieodradzania się więcej. Jest nie na miejscu odnośnie do nirwany każde słowo, którem chciałbyś coś ująć i określić.
— Cóż mi z nieokreślonych pojęć?
— Spytaj raczej czy warto sięgać po to, co określone! — odparła.
— Ach, droga Vasitthi! — zawołał Kamanita. — Musiałem chyba w któremś z wcieleń dopuścić się zamordowania bramina, lub podobnej zbrodni i za to mnie tak okrutna spotkała kara w uliczce Rajagahy. Gdybym tam nie był zginął nagłą śmiercią, znalazłbym się niezawodnie u stóp mistrza i patrzyłbym własnemi oczyma jak wstępuje do nirwany. Wówczas stałbym się czem ty jesteś. Ale dość tego! Droga Vasitthi, uczyń mi jedną łaskę, dopóki dysponujemy jeszcze myślami i wyobrażeniami. Opisz mi dokładnie mistrza, bym go ujrzał w duchu i dopiął tego, co mi danem nie było na ziemi. Niezawodnie napełni mnie pokojem widzenie owo.
— Chętnie uczynię ci zadość, ukochany mój! — powiedziała Vasitthi i opisała mu postać Buddy, szczegółowo, rys po rysie, nie pomijając niczego.
Ale gdy skończyła, rzekł Kamanita ze smutkiem:
— Cóż warte opisywanie? Wszystko co mówisz, odnosić się może równie dobrze do owego starego ascety, z którym spędziłem noc w przedsionku domu garncarza w Rajagaha. Nie był on nawet tak nierozsądny jak sądziłem, bo powiedział kilka rzeczy zgodnych z rzeczywistą nauką mistrza. Droga Vasitthi, nie opisuj już, ale przedstaw sobie w duchu Buddę, jakim go widziałaś w ostatnim momencie życia na ziemi, może wizja ta udzieli mi się ze względu na duchową łączność naszą.
— Uczynię czego chcesz! — zgodziła się.
Vasitthi uprzytomniła sobie mistrza tak jak go widziała w momencie wstąpienia do nirwany.
— Czy widzisz go? — spytała.
— Nie, nie widzę go jeszcze, Vasitthi! — odparł.
— Musze mu uzmysłowić ów twór fantazji! — pomyślała.
Rozejrzała się wokół po nieskończonej przestrzeni, gdzie gasł świat stutysięcznego Bramy.
Podobnie jak wielki artysta, odlewający kształt jakiegoś dostojnego bóstwa, gdy mu nie stanie metalu, by napełnić formę, rozgląda się po pracowni a potem chwyta jedną po drugiej figurkę bóstw pomniejszych i rzuca je w kocioł, topiąc ochotnie i bez wahania, by dokończyć odlewu, mimo iż są to dzieła jego życia, tak rozglądała się Vasitthi po niezmierzonej przestrzeni wszechświata.
Siłą ducha swego zagarnęła całą resztę znikającego światła i rozpływających się form świata Bramy, ogołociła przestrzeń i ową masę substancji astralnej wcieliła w obraz fantazji swojej, stwarzając wśród nicości olbrzymi, lśniący obraz mistrza w takiej postaci, w jakiej go widziała onej przedzgonnej chwili.
Ujrzawszy tę zjawę przed sobą nie odczuła miłości ni żalu.
Nawet święty Upagupta, ujrzawszy obraz dawno zmarłego Budy przy pomocy sztuki czarnoksięskiej Mary, króla demonów, uczuł miłość i uwielbienie, a rzucając się do stóp złudy, zdjęty żalem zawołał:
— O jakże bezlitosna jest znikomość tego świata, niwecząca tak dostojną postać! O czemuż boskie ciało mistrza ulec musiało zniszczeniu!
Nie tak się stało Vasitthi.
Niewzruszona, skupiona w duchu spoglądała na zjawisko, jak artysta patrzy na dzieło swoje z tym jeno zamiarem, by je udostępnić Kamanicie.
— Zarysowują mi się już kształty postaci! — powiedział Kamanita. — Oświetl ją jeszcze trochę, Vasitthi!
Pośrodku wszechświata majaczył jeszcze purpurowy blask gniewu stutysięcznego Bramy.
Vasitthi zerwała mocą ducha z tronu owo bóstwo najwyższe i wycieliła jego światłość w kształt zjawy. Rozjarzyła się i nabrała mocy, jak chory po wypiciu posilnego napoju.
— Widzę go nieco wyraźniej, — żalił się Kamanita, — ale jeszcze poznać nie mogę!
Wówczas wydało się Vasitthi, że Buda przemawia do niej:
— Przyszłaś, córko moja?... Czyś się już uporała, z zadaniem, jakie ci dałem?
Vasitthi odrzekła, jak się odpowiada widziadłu sennemu:
— Już się z nim uporałam, Panie.
— To dobrze, córko moja! — pochwalił. — A ni znużyła cię daleka droga do mnie? Czy potrzebujesz, jeszcze pomocy mistrza?
— Nie Panie, nie potrzebuję już twojej pomocy...
— To dobrze! Ucieczkę znalazłaś w sobie samej córko moja, na sobie samej polegasz...
— Poznałam siebie, o Panie! Poznałam istotę swoją, jak ten, co zdejmuje opony listowia z pnia pizangowego, chcąc dojść do trwałego drewna, dla położenia przyciesi domu i nie znajduje wewnątrz żadnego jądra, tak ja poznałam istotę swą, o Panie! Wiem, iż tworzy jeno zwój zmiennych kształtów bez treści wiekuistej, na którejby się oprzeć można. To też porzucam istotę swoją jako szatę cudzą, rozdziewam z siebie łachman, który mną nie jest.
— To dobrze, córko moja! Nieprzywiązana do niczego, odrodzisz się u mnie, w miejscu wieczystego pokoju i ciszy!
— Odrodzę się? — spytała. — Wszakżeś sam rzekł, że pojęcie to jest nie na miejscu, podobnie jak przeciwne, dotyczące nieodradzania się więcej? Dodałeś jeszcze, że pojęcie nicości jest odnośnie do miejsca cnego najmniej z wszystkich właściwe.
Zjawa uśmiechnęła się promieniście.
— Ach, teraz dostrzegam rysy! — zawołał Kamanita. — Widzę je jak odbicie w płynącej wodzie, niewyraźnie i nieuchwytnie.
Vasitthi rozejrzała się raz jeszcze po pustce.
Nie było w niej nic...
Wówczas ujęła Vasitthi własną astralną istność i cisnęła ją w kształt zjawy.
Kamanita zauważył zniknienie Vasitthi. Jak umierający pozostawia testament spadkobiercom, tak Vasitthi dała mu w spuściźnie obraz Buddy, zostawiając go z nim samego w bezkresach przestrzeni. Teraz dostrzegł wyraźnie wszystko.
— Ach! — zawołał Kamanita. — Wszakże to sam Budda był owym starym ascetą, z którym spędziłem noc w Rajagaha i na którego wygadywałem! Cóż za głupiec ze mnie? Od miljardów już lat posiadłem to, za czem tęskniłem do tej chwili!
Gdy skończył, zbliżyła się doń zjawa świetlana, jak nadpływająca chmura się zbliża, i okryła go mgłą promienistą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karl Gjellerup i tłumacza: Franciszek Mirandola.