[178]PIEŚNI Z ULICY NĘDZY.
Z ulicy nędzy płynie dźwięk —
Okropneż to są pieśnie!
Czemu z mej piersi rwie się jęk,
I oko wilgnie? Skąd ten lęk,
Aż serce drży boleśnie?
Ach, pieśń, co w żyłach ścina krew, —
Ulicy-m nędzy słyszał śpiew!
„Rodzynki, migdały“[1]... Nie znacież tych słów?
Nad kołyską matka je śpiewa.
Znużona siedzi u dziatek głów,
Nędza ją dusi, lecz znów i znów
Pieśń o „złotej kózce“ pobrzmiewa.
Dzieci chorują, mąż skonał śród plag;
Rodzynki — w pieśni, w izbie chleba brak.
Z niewinnych ust dziecięcych brzmi
Piosenka słodka, żwawa...
O pieśni młoda! — przejdą dni,
A czysty dźwięk pochłonie ci
Straszliwa maszyn wrzawa;
I zgłuszy fabryk stuk i gwar
Tej muzyki dziecięcej czar.
[179]
Ot badchon[2], pośród śmiechu gam,
Dla młodej śpiewa pary...
Warsztatu dzieci! los wasz znam:
Już jutro powrócicie tam,
By zostać po wiek stary
Badchon, śpiewając wam, się śmiał
Och, jabym z głębi serca łkał!
Tam, śpiewkę nucąc, blady człek
Przy prasie swej się męczy;
Dziw, że mu dźwięki niosą lek!
Wtym wzrok mój na cień śmierci wbiegł,
Co tu na skrzypkach brzęczy: —
Pojąłem, że już blizki dzień,
Gdy życia dech uleci zeń.
Z ulicy nędzy pieśni ty,
Co we mnie tchniesz katusze!
Pierś moja dzikim gniewem drży,
Pięść zaciśnięta, w oku skry, —
Zgnieść tę niedolę muszę!
Zawiele nędzy dręczy nas —
Już tę ulicę zamknąć czas!