Pieśni o sławie/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Artur Oppman
Tytuł Pieśni o sławie
Podtytuł Nowe poezye
Data wydania 1917
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Zakłady Graficzne B. Wierzbicki i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa, Lublin, Łódź, Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ARTUR OPPMAN
OR-OT.
Pieśni o Sławie
NOWE POEZYE.
Z PORTRETEM AUTORA.
Gebethner i Wolff - logo.jpg



NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
WARSZAWA ~ ~ ~ ~ ~ LUBLIN  ~ ~ ~ ~ ~ ŁÓDŹ
KRAKÓW ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ G. GEBETHNER I SPÓŁKA






 ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ SKŁADY GŁÓWNE: ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ 
POZNAŃ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ M. NIEMIERKIEWICZ
NEW-YORK ~ THE POLISH BOOK IMPORT. CO. INC.
KSIĄŻKI TEJ DRUKOWANO.

NA PAPIERZE CZERPANYM

125 EGZ. NUMEROWANYCH.
Geprüft und freigegeben durch die Kals. Deutsche Presseverwaltung

 ~ ~ ~ ~ Warschau, 18/V 1917. T-N. 5613. Dr. N. 109. ~ ~ ~ ~ 

Zakłady Graficzne B. Wierzbicki i S-ka. Warszawa, Chmielna 61.






SŁUŻBA POETY.

Żołnierską służbę trzeba pełnić twardo
I dzierżyć lutnię, jako szablę nagą,
Pióropusz pychy odtrącić z pogardą,
A zmorom życia patrzeć w twarz z odwagą.

Na zagrożonej stanąwszy reducie,
Trzeba do rdzenia spromienić się w sobie,
Walczyć miłością w każdej pieśni nucie,
Krwią żywiąc własną to, co leży w grobie.

I nie żałować krwi tej, ani siły,
Jeśli prochowi tajną moc przywrócą,
I głaz omszony odwalą z mogiły,
I krzyk umarłych ku żyjącym rzucą.

Trzeba wartować na śmiertelnem polu,
Kędy nienawiść, jako miecz, szaleje,
I nie przemawiać, jak wódz z Kapitolu,
Lecz, jak straż nocna, wieszcząca: «Już dnieje!»


Żołnierską burkę złożywszy pod głowę,
I we śnie trzeba wzrok wytężyć bystry,
Odegnać z marzeń korony laurowe
I z buławami marszałków tornistry.

Te iskry uczuć, co z pieśni zapłoną,
Pamięć narodu, zbudzona twą księgą,
Jak krzyż Virtuti ozdobią twe łono
I pierś przepaszą jeneralską wstęgą.

Broń po rycersku dziadów swych puścizny
I ani jednej nie ustąp pamiątki,
Bo wielkie serce wielkiej twej ojczyzny
Tak samo kocha Dziś jak Wczora szczątki.

Zwiąż to, co było, z tem, co jest i będzie,
Uczyń z tej trójcy wieczystą modlitwę,
A choć odejdziesz za grobu krawędzie:
Pieśń w czyn się zmieni, a czyn: wygra bitwę!







SNUJ SIĘ, O BAŚNI!...

Snuj się, o baśni!... o tej szklanej górze,
Na której bije żywej źródło wody,
Ptak gadający leci w zórz purpurze
I marzy kamień w senne dnia zachody;
O tej królewnie, co odklęcia czeka
I z okna baszty wyciąga ramiona,
A każda róża w słońcu roztulona
Czuje, jak żywa, tęskna pierś człowieka...

Snuj się, o baśni!... o pieśni łabędziéj,
Co w noc miesięczną z piersi ptaka śnieżnej
Płynie do świata dalekiej krawędzi
Na lotnych falach tęsknoty bezbrzeżnej;
I o tym ptaku, który na błękicie
Toni jeziora modli się swą pieśnią,
Aż mu się wszystkie cuda życia prześnią,
Aż w dźwiękach pieśni roztopi się życie...

Snuj się, o baśni!... Dzień smutny, dzień szary,
Jesienny wicher strąca suche liście,
Szczęknęły stare pradziadów zegary
I drzwi skrzypnęły, jak na czyjeś przyjście,

Przez wielkie okna zdradny mrok się toczy,
Wypełnia kąty zimnej, pustej sali...
O, niech się ogień na kominku pali...
Niech patrzą na mnie dobre, drogie oczy!...

Snuj się, o baśni!... Takie twarde życie!
Tak ciężkim krokiem idzie bezlitośnie!
I nie da westchnąć i podumać skrycie
O dniach dzieciństwa, o straconej wiośnie;
Wzięło w niewolę każdą myśl, co wzlata
Nad padół ziemi ku gwiazdom lazuru —
I duszę, siostrę anielskiego chóru,
Do poziomego przygwoździło świata.

Snuj się, o baśni!... Cicha twa rozmowa
Niech w starym domu dawne echa zbudzi
I niech się piosnka odezwie echowa,
I niech przywoła cienie dawnych ludzi,
Z pod pleśni grobów może wstaną razem
W ten zmierzch jesienny, pełny melancholii,
I będą dzieciom gwarzyły powoli
O świecie, śpiącym pod omszonym głazem.

Snuj się, o baśni!... Oto przyszli wszyscy
I zimną, pustą zaludnili salę,
A tacy swoi, tacy jacyś blizcy
I jakby znani, choć nieznani wcale;

Na jednym, drugim rozsiadł się fotelu
Gość w zblakłym fraku, w pożółkłym żabocie
I uśmiechnięci w skrawym ognia złocie
Uśmiechem do mnie mówią: «Przyjacielu!..»

Snuj się, o baśni!... Czemże jest śmierć sama,
Kiedy ją można zmódz zaklęciem ducha!
Nieprzenikniona otwiera się brama,
Świat ziemski świata zaziemskiego słucha;
Wiatr w szyby dzwoni... pomału, pomału
Spadają z oczu niewidzialne pęta:
Budzi się w baszcie królewna zaklęta
I rozwalony wskrzesa gmach z kryształu.

Snuj się, o baśni!... Nocy tajemnica
Osłania szepty zagrobowej rzeszy, —
Do swoich dawnych wrócili pieleszy
I tak radosne, jasne mają lica;
Chwila za chwilą w głąb wieków ucieka
Przy tej rozmowy z serca w serce wtórze, —
I każdy kamień, każda cegła w murze
Czują, jak żywa, tęskna pierś człowieka...






KAZANIE SKARGI.

„Nad ludem twoim zapanuje obcy!
Rządzić cię będą słudzy a parobcy!
Z dawnej purpury odartej i nagiéj
Na barkach twoich żebrackie biesagi!
Płaciła będziesz z własnych domostw myto!
O, matko moja! O, Rzeczpospolito!”

(W starym, potężnym, królewskim kościele
Groźne w stu bitwach szczękły karabele,
Drogie kamienie, szkarłaty mieniące
W świetle pająków jarzą się, jak słońce,
I duch się zerwał skrzydłami orlicy,
Co rozkazuje świata połowicy).

„Moc twa i wielkość, jako mgła znikoma:
Przewagi twoje zgorzeją, jak słoma!
Rwący przepychem twe oślepłe oczy
Wóz się tryumfu ku otchłani toczy!
I dzień się zniża i noc tchnie żałobą, —
Królestwo moje! Cóż mam począć z tobą?”


(U stropu — szumy zdobytych sztandarów,
Wkrąg — senatory z twarzami cezarów,
O zmiłowanie prosząc swego Boga,
Ościenne posły czekają u proga
I słychać zdala, jakby lwów pomruki:
Grunwald, Obertyn, Psków i Wielkie Łuki).

„Możne twe imię — jako puste brzęki!
Głos twój a mowa — wzdychania i jęki!
Popiół na głowie, cierń w skrwawionej nodze,
Na wszystkiem ciele utrapionaś srodze!
Wżdy wołam do cię z płakaniem i żalem:
Ojczyzno moja! Nowe Jeruzalem!’

(Pod marmurami w ciszy i w spokoju
Śpią orły bitew, co polegli w boju,
Grzmiący w świątyni piorun kaznodziei
Kamień i trumnę przebija z kolei,
Skroś rdzawy pancerz sięga serca prochów —
I wtór ma prorok: nie od żywych! Z lochów!)

„Rzeczpospolito! Bych był Izajaszem,
Rąbałbych ciebie słowem, jak pałaszem!
Zdobyte skarby i wygrane boje
Zaliż okupią nieprawości twoje?
Zaliż zadzierżą ony wichr, co zlata,
Aby cię zetrzeć z obliczności świata!”


(Włosy srebrzyste, rozwiane u czoła,
Lśknią na pomroku, jak glorya anioła,
Nieziemska bladość natchnionego lica,
Wargi — płomienie, oko — błyskawica,
A rozpaczliwie wyciągnięte dłonie
Świat podtrzymują, co w potopie tonie!)

„Wszyscyśmy grzeszni i nędzni przed Panem,
Królu z biskupem i księże z hetmanem!
Chodzim w hardości i bluźnimy pychą,
Aż trąba zagrzmi i skruszy Jerycho!
Brat ku bratowi jako wilki lute! —
A pokolenia odkrwawią pokutę!...”

(Uderzył zegar, gdyby dźwięk żelaza, —
Sztywny i chmurny siedzi Zygmunt Waza,
Od Zebrzydowskich i Stadnickich łona
Wiedźma rokoszu zrywa się czerwona,
Idzie na pola upiorzyca sina
I wyje gniewnie: «Niech przyjdzie godzina!»)

„Iżeś nad wszystko ukochanie moje,
Iż się o ciebie dniem i nocą boję,
Iż kij pątniczy wziąłbych w ręce obie
Wypielgrzymować miłosierdzie tobie,
Iż piołun czuję w twoich wnuków chlebie! —
Przeto, o Polsko! do krwie smagam ciebie!”


(Skroś mur katedry, przez śniegi i lody,
Ciągną dalekie tułaczów pochody,
Na bezpowrotne, na krzyżowe drogi
Ojcowych domów płoną im pożogi,
A z góry wieków gromem, co pierś targa,
Z rozwianym włosem prorokuje Skarga!...)






IMĆ PAN BURMISTRZ
NA RORATACH.

Ze snu przedniego zbudzon przez pachołka,
Zdjął imć pan burmistrz przyodziewek z kołka,
Wzuł żółte buty o podkówkach srebrnych,
Dokonał zacnie ablucyi potrzebnych
I przy kagańcu, co się żywo pali,
Począł dokładnie ubierać się daléj.

Tedy na żupan cudnie srebrem lity
Pas wziął indyjski na Turku zdobyty,
Okutał postać dostojnej urody
Ponsową delią, godną wojewody,
Rysi wdział kołpak z kosztownemi pióry —
I do alkierza zapukał: do córy.

Drzwi się otwarły, i przez oka mgnienie
Nie wiesz: dziewczyna, albo-li widzenie?
Złote jej włosy, spadające z czoła,
Blask dają licu, jak glorya anioła,
A modre oczy pod ciemną powieką
Patrzą — nie tutaj! W niebo gdzieś — daleko!...


Lecz małe ustka cudnie uśmiechnięte
Świadczą inaczej, niż te oczy święte:
Takie cię miodne wabią z nich słodycze,
Takie kochania pragnienie dziewicze,
Że miasto klęknąć i u stóp jej zostać,
Pragnąłbyś uścisk i całunek dostać!

Dostojny ociec mile córę witał,
Głasnął po główce i o sen zapytał,
Rzekł miłościwie, że jest jego chlubą,
Porem się zapiął, krzyknął: «Pietrze! Kubo!»
Dwa pacholiki wbiegły na te słowa —
I była w izbie jasność purpurowa.

Bo każdy z drabów na wysokiej tyce
Dzierżył kaganiec (warszawskie ulice
Ciemne są srodze, i głowa stolicy
Mogłaby grzmotnąć o mur kamienicy:
Tedy są słuszne i rozumne rzeczy,
Gdy się w ten sposób burmistrz ubezpieczy).

Noc była mroźna i od gwiazd srebrnawa,
W rynku się krzątać poczęła Warszawa:
Pan pisarz miejski obok swej małżonki
Szedł, odmawiając nabożnie koronki,
Zaś pięciu rajców wlokło się szeregiem,
A wszyscy razem brnęli kopnym śniegiem.


Burmistrz z Małgosią posuwistym krokiem
Szli z obróconem na świątynię okiem:
Nęci ich ona, ta Warszawy macierz!
Dziewka przez drogę kończy szczery pacierz,
A ociec wspomniał zmarłe antenaty,
Co śpią spokojnie w lochach kolegiaty.

W najpierwszej ławce zasiadł burmistrz z córką.
Ołtarz, kadzideł przesłoniony chmurką,
Złoci się cudnie, jakby słońce zgoła;
Nad nim figura srebrnego anioła
Roztacza skrzydeł opiekę łaskawą
Nad miejskim ludem i całą Warszawą.

Nabożne pieśni zabrzmiały w kościele:
Burmistrz głosową przewyższa kapelę
I na wzór innym (pokasłując czasem),
Huczy, jak organ, uroczystym basem;
Zasie Małgosia, świecąc ócz brylantem,
Wznosi swe pienia cieniutkim dyszkantem.

Jakże serdecznie lecą wzwyż te głosy!
Jak biją grzmotem w zimowe niebiosy!
Jak do stóp Boga, za gwieździste progi,
Lecą od ziemskiej, pełnej cierni, drogi,
I dzwoniąc dźwiękiem srebrzystego dzwonu,
Padają kornie u Bożego tronu!


Ach! — wtedy burmistrz, dumny swoim stanem,
Lichym robaczkiem czuje się przed Panem,
I choć jest głową cnej stolicy onéj,
Bije się w piersi, czyni łbem pokłony,
I jak dziecina, płacząca w noc ciemną,
Woła: «O Panie! zmiłuj się nade mną!...»






GŁOS MAŁACHOWSKIEGO.

Z pod grobowego przemawiam kamienia,
Twą krwią, Ojczyzno, zbudzony do życia,
A chciałbym głos mieć, jako żar płomienia
I jako dzwonów hejnałowe bicia;
Patrzę — i oto strach mnie nagły zdejmie —
Polsko! dzień idzie! na narodów sejmie
Stań, ty szlachetna, na froncie!

Widziałem ciebie na przepaści skraju,
Widziałem ciebie spodlałą i marną,
A oto duchy zapłonęły w Maju
I zapaliły gwiazdę twą ofiarną;
Pod oną gwiazdą stanęłaś na straży
Z dostojną dumą na królewskiej twarzy
I z hardą ręką na loncie.

Umiałaś cisnąć narodom i królom
Swój czyn, tętniący gromowym protestem,
Purpurę swobód rzucić dawnym bólom,
Zerwać się z błota i zakrzyknąć: «Jestem!

Jestem! Kaźmierzów i Zygmuntów dobie
Wierna — wolnością darząca — i tobie
Oddana — cały narodzie!»

Cały narodzie! oto wielkie słowo,
Które gra spiżem i, jak piorun, wali;
Zniż się, magnacka, żądna koron głowo,
Podnieście czoła, którzyście czekali!
Tak chcemy! stanów jest zrównanie Boże!
O, ludu! faluj, jak wezbrane morze,
I płyń ku złotej swobodzie!

Płyń ku swobodzie! dziś, jak wtedy, bije
To święte hasło w cichy lazur nieba,
Ale czy stara owa miłość żyje,
Bez której ludom nie trwać, jak bez chleba,
Miłość, co wszystkich pod swe skrzydła garnie
I nie rozdziela hańbiąco i marnie,
Ale szlachetnie jednoczy!

Polsko! żadnego nie przeklinaj z synów,
Ani zapomnij z dzieci swych nikogo!
Dla kainowych miej pogardę czynów,
Ale każdemu pozwól iść swą drogą,
Choć z różnych ścieżek, zejdą się na końcu,
By oddać pokłon wschodzącemu słońcu,
Gdy się na błękit wytoczy!


Z pod grobowego przemawiam kamienia
I twoją dawną chwałę przypominam,
A nim mnie pieczęć oniemi milczenia,
W imię Ojczyzny żyjących zaklinam:
Niech, pamiętając na przebrzmiałą świetność,
Chowają w sercach naddziadów szlachetność,
Nie kładąc więzów sumieniom!

Bo wtedy wolną będziesz, ziemio moja,
Sto lat walcząca za swobodę ludów,
Gdy spadnie z ciebie popękana zbroja
Wzajemnych złości i wzajemnych brudów,
Gdy, wierna hasłom, za któreś walczyła,
Nieśmiertelnemi będziesz prawdy śniła
Idącym w świt pokoleniom!






LIST KSIĘCIA JÓZEFA.
1792.

Nocą, z obozu, Najjaśniejszy Panie,
Piszę do ciebie ten żołnierski list,
Jeszcze mam w uszach trąb Dubienki granie
I z pod Zieleniec szczęk szabel, kul świst;
Na wieść z Warszawy, z oficyerów korem,
Jam się z mym polskim rozsądzał honorem —
I z twych się, królu, wypisuję list!...

Sercu rycerza ciężka chwila taka,
Kiedy z karnością musi toczyć bój,
Alem ja pierwej miano miał Polaka,
Zanim, o królu, wdziałem mundur twój!
Byłeś mi ojcem, Najjaśniejszy Panie,
Ale mnie Matki dobiega wołanie:
Tam jest me serce, posterunek mój!...

Twarde te słowa niech mi Bóg przebaczy,
Bo wiem, jak krwawo ranią łono twe,
Lecz, mój monarcho, lepiej zginąć raczéj,
Niż wlec w kajdanach pohańbione dnie!

Gdybyś tu, królu, z podniesioną głową,
Pod swą chorągwią stanął purpurową —
Duch-by zwyciężył, co, jak wulkan, wre!...

Jeszcze nade mną szumią polskie znaki:
Anioł z Pogonią, z Orłem samotrzeć!
Jeszcze mi moje hukają kozaki:
«Bat’ku Josype! na armaty wiedź!»
Lecz już z Ilińskim, z Wielhorskim, z Kościuszką
Nie skoczę wichrem z moją białonóżką,
Wołając do niej: «Leć na wroga, leć!...»

Nie mogąc umrzeć, jako bohatery,
Dla ciebie, królu, i Ojczyzny swej,
Z listem ci moje odsyłam ordery,
Te, które wszystkie miałem z łaski twej;
Z jednym się tylko nie rozstanę długo:
Z krzyżem Virtuti, zdobytym zasługą, —
Ten mi do trumny kiedyś włożyć chciej!...

Porozpraszani, jak przez burzę ptactwo,
Nim na mogiłach braci wzejdzie wrzos,
Z towarzyszami pójdziem na tułactwo,
Ojczyzny miłej opłakiwać los;
Zwykłe do konia i oręża dłonie
Cóż będą czynić w cudzej, obcej stronie,
Gdy z trosk przedwcześnie pobieleje włos?...


Za nich to, królu! za moich kamratów!
Do królewskiego czucia wstawiam się:
Oni szli mężnie na ogień granatów,
A iluż legło w nieprzespanym śnie!
Wdowom, sierotom i tym, którzy w ranach
Na ziemi polskiej zostaną kurhanach,
Daj chleb: niech obcy nie sromoci je!...

A teraz, królu, myślę jak to lepiéj,
Jak mam zakończyć krwawy życia szmat:
Czyli się tobie przypomnieć: «Twój Pepi»,
Pepi z tych dawnych, Łazienkowskich lat?
Czy mam krwią serca nakreślone głoski
Podpisać tylko: Józef Poniatowski —
Króla czy stryja zostawić tu ślad?...

W namiocie świta — i słyszę wezwanie,
Że już mi pora za Ojczyzny próg!
Żegnam cię tedy, Najjaśniejszy Panie,
Jako wędrowiec — u rozstajnych dróg.
Żegnam cię — królu! ja o jedno proszę:
Niechaj do śmierci, jako sztandar, noszę
Ten honor Polski, co mi zwierzył Bóg!...






LEGIONIŚCI.
I.

Na biwaku ogień płonie
W Apenińskich kędyś górach,
Wzeszedł księżyc w gwiazd koronie
I żegluje po lazurach.

Koń zaparska, szabla brzęknie,
Nawołuje straż oboźna, —
Ach, tak jasno i tak pięknie! —
A w ojczyźnie zima mroźna!

A w ojczyźnie Boża Męka
Z śniegu sterczy nad zagony, —
I dlaczegóż serce pęka
Po tej ziemi oddalonéj?

I dlaczegóż twarz surowa
Od bolesnej blednie troski,
I jak pacierz płyną słowa;
«Marsz, Dąbrowski, z ziemi włoskiéj!»



II.

Cudna Włoszka żołnierzowi
Całej siebie wziąć nie wzbrania, —
Ach, piosenka nie wypowié
Płomiennego jej kochania.

Krew szaloną kipi falą,
Pierś młodzieńcza drży rozkoszą,
Usta pieką, oczy palą,
A uściski w raj przenoszą!

Między laury błądzi dwoje:
Nic im ludzie i nic światy!
«Wargi twoje!» «Piersi twoje!»
Młodość! wiosna! miłość! kwiaty!

Skąd znajome dźwięki biegą?
Skąd rodzinnej widok wioski?
Ach! to woła serce jego:
«Marsz, Dąbrowski, z ziemi włoskiéj!»



III.

Świszczą kule, grzmią armaty,
Od krwi ziemia, jak z koralu,
Na śmierć pewną idą chwaty,
Uśmiechnięci, jak na balu!


W kłębach dymu świat spowity,
Zda się w niwecz bój go pognie,
Kędy spojrzeć: śpi zabity!
Kędy spojrzeć: krew i ognie!

Na swym siwku gna jenerał,
Z ócz zapału iskry biegą
I z uśmiechem ten umierał,
Kto przed skonem patrzył w niego.

Kto z westchnieniem duszę ślącym
Do Panienki Częstochowskiej,
Szeptał głosem konającym:
«Marsz, Dąbrowski, z ziemi włoskiej!»



IV.

W uroczystym dniu rocznicy,[1]
Nieśmiertelnym zdobnej kwiatem,
Wkracza legia do stolicy,
Co rządziła niegdyś światem!


Lśnią piórami śnieżystemi
Srebrne orły w krwawem polu
I rozkazy włoskiej ziemi
Daje Polak z Kapitolu!

Bije bęben, trąbka dzwoni,
Wieczornego brzmi głos dzwonu,
Z Sobieskiego szablą w dłoni
Czyni przegląd wódz legionu.

Czy złudzenie, czy to czary,
Czy ordynans z woli Boskiej? —
Szemrze Tyber, tchnie Rzym stary:
«Marsz, Dąbrowski, z ziemi włoskiej!»



V.

Krew za cudzą przelać sprawę:
Co to warte? co to warte?
Pcha do tronu swoją nawę
Pierwszy konsul Bonaparte!

Tryumfalne orły srebrne!
Czas osuszyć krwawe szpony!
Już wy dzisiaj nie potrzebne
W onym locie do korony!


Zniesie żołnierz mękę nędzy!
Za nic śmierć mu i mogiła!
Lecz nie targaj złotej przędzy,
Co świeciła i łudziła!

Niechże krwawy sen się prześni,
Dajcie w rękę kij dziadowski!
Wołaj, pieśni! przymuś, pieśni:
«Marsz, Dąbrowski, z ziemi włoskiéj!»



VI.

A na grzbiecie same łaty!
A na ciele same rany!
A po nocach śnią się chaty
I kochany kraj! kochany!!!

A po nocach do tapczana
Idzie ojciec, idzie macierz,
Łzami żalu twarz zalana,
A na ustach tęskny pacierz!

I jęk leci skroś krainy
I odnawia dawne blizny, —
Wróćcie syny, wróćcie syny
Do straconej ojcowizny!


Bije głową chłop o mury
Mazowiecki i krakowski
I jak burza mknie w lazury:
«Marsz, Dąbrowski, z ziemi włoskiéj!»






DUMA O SUŁKOWSKIM.
I.

Twe poświęcenie, twoją śmierć i blizny
I bitew mnogich waleczne przygody
Śpiewać chcę, luby kochanku ojczyzny,
Sułkowski młody!

Zadzwońcie struny złociste bardonu,
Do bohaterskich gdy wkraczamy włości,
Spłyń, chwało! Oto niezłomny do zgonu
Rycerz wolności!

Italio! córo nieśmiertelnej sławy!
Siostrzana Francyo! Egipcie daleki!
I ty, o, Polsko! wspomnij grób, gdzie krwawy
Proch śpi na wieki!

Pogonie lotne, wy, orły podniebne,
Godła sztandaru od krwi czerwonego,
Grajcie na larum i łzy rońcie srebrne:
Dank cieniom jego!



II.

Runęły w gruzy spękane kolumny,
Pod zdradną nawa grąży się mielizną,
Jak właśnie Chrystus, aby wskrzesnąć z trumny,
Ległaś, ojczyzno!

Niosą się echem Racławic rapsody,
Ale już w zgliszczach dymią Pragi szańce,
Na kraje idą, na lądy, na wody
Polskie wygnańce!...

Gromem: «Tak lud chce!» grzmią dalekie szranki,
Prawa człowieka brną przez trupów łany,
Swobodę światu głoszą wolne Franki,
Republikany!

Na wschód i zachód zaciągając wartę,
Depcą tyrany i ich najemniki,
A na ich czele ów Buonaparte:
Orzeł z Korsyki!



III.

Na morzu głuchną pożegnalne dzwony,
Woda — i nieba sklep nieogarnięty,
Tam — do piramid legendowej strony
Płyną okręty...


Orli z pokładu ślą wzrok dwaj młodzieńce,
Morze jak harfa śpiewa im eolska,
Jednemu śnią się Aleksandra wieńce,
Drugiemu: Polska!...

Już na szafirach gwiazda Wschodu płonie,
Nad palcem Bożym naznaczoną głową, —
A tyś wzniósł ku niej, o, Napoleonie!
Twarz marmurową...

Komuż to ona, jako znak migota,
Skrząc tryumfalnie wśród świateł wieczora?
A w jej płomieniu, ach! korona złota
Imperatora!



IV.

Oczyma wieków patrzą piramidy,
Ginie w bezkresie pustynia paląca,
Turków bułaty, mameluków dzidy
Gorą od słońca.

Konnica giaurów nagłym lotem ptaka
Poigrać z śmiercią cwałuje w zawody —
I zrywa laury nazwisku Polaka
Sułkowski młody!


Jest, jako piorun, grzmiący z nieb pożogi,
Gdy gna z żelazem nad głową wzniesionem —
I mówią o nim pierzchające wrogi:
«On gardzi zgonem!»

A gdy, jak drogie dyamenty chalifów,
Gwiazdy w błękitach noc rozsypie blada,
On duchem mędrca tajnie hieroglifów
Grobom odkrada...



V.

W namiocie wodza w godzinę północną
Buonaparte i Sułkowski społem
Wiodą rozmowę milczącą a mocną
Z dziejów aniołem.

Ozwą się w ciszy obozowe straże,
Zatętni konia galop oddalony,
Czas się dopełnia na wieków zegarze
I rok sądzony!

Jakby jęk struny zadźwięczał zerwanéj
I błyskawica głąb nocy przelśniła:
Tobie: świat cały do podboju dany,
Tobie: mogiła!...


Komuż to, komu gwiazda Wschodu płonie?
Komuż na tron to, komu w zaświat droga?
I podniósł anioł zadumane skronie
Do niebios proga...



VI.

Białym Sułkowski arabczykiem toczy,
Kwiat pomarańczy sypią drzewa gaju,
A takie smutne, takie smutne oczy
Gonią — do kraju!...

«Kto nie zna trwogi w bitew krwi i dymie,
Ten — wódz zawoła — da mi wieść od wroga!»
«Ja!» — «Ty, Sułkowski?» — «Na Polaka imię
I w imię Boga!»

«Idź!» I bohater w konia wbił ostrogi,
(A tam szaleje Kair zbuntowany!)
Skoczył!... Krwią znaczą ślad przebytej drogi
Nieoschłe rany!

Jeszcze go widać... jeszcze koń podskokiem
Wzbił tuman piasku pod niebo otwarte...
Nieodgadnionem patrzy za nim okiem
Buonaparte!...



VII.

Zbieszonych maurów kłębi się gromada,
Dzikie fellachy z krętych ulic biegą,
A między tłuszczą spokojna i blada
Twarz Sułkowskiego!

Świszczą bułaty, jatagany sieką,
Krew z ran wytryska królewska, czerwona;
«O, Polsko moja! Jakże mi daleko
Do twego łona!»

Jeszcze cię, Polsko, widzi wzrok przymknięty,
Jeszcze do ciebie rwą się dłonie mężne...
A ciało pada w krwi purpurze świętéj
W pole orężne...

Zdumione słońce aureolę złotą
Na umarłego kładnie bohatera, —
Tak z niewygasłą wolności tęsknotą
Polak umiera!...



VIII.

Jest grób samotny w krainie dalekiéj,
A na nim napis ryty w złote głoski...
Ku Polsce patrząc, tutaj śpi na wieki
Józef Sułkowski!...


Napoleona był on adjutantem,
Jak lew za życia mężny — i przy zgonie,
A imię jego pali się brylantem
W polskiej koronie.

Republikanin z cnotami rzymskiemi
Bił się w ojczyźnie, we Włoszech, w Egipcie, —
Ptaki herbowe! wy kwiat z jego ziemi
Na grób mu sypcie!

Po długich bojów męczeńskiej krwawiźnie
Zwycięskie orły w snach mu się niech marzą
I niech o wielkiej dumając ojczyźnie,
Śpi pod ich strażą!...






NOC W KRAKOWIE.
1813.

Już odeszli... W komnacie, śród ciszy,
Słowo: «Odstąp!» waruje i dyszy,
Echem szeptu z obocznej alkowy
W ciemnych kątach pełzają namowy,
Stoi Zdrada i kłapie paszczęką...
Pistolety nabite pod ręką!...

Dość dla Polski wojennych pożarów,
Odstąp, Wodzu, francuskich sztandarów!
Dość krwi polskiej granatom, kartaczom,
Każ na odwrót zatrąbić trębaczom!
Ściągnij warty i pojrzyj na stronę:
Biały orzeł ci niesie koronę!...

Noc gwiazdami usiana... śpi Kraków...
— Bóg powierzył mi honor Polaków!...
Zdrada stoi i czyha za progiem...
— Z tobą, Polsko, chcę mówić i z Bogiem,
Wy mi dajcie ordynans i wolę!...
Pistolety nabite na stole!...


Od wrót Moskwy czerwonej w pożodze
Twoi wierni, jak łachman, na drodze!
W głuchych zaspach, stężałych od lodu
Krew twojego zastygła narodu,
A czerwona ich śmierci ofiara,
To purpura pod stopy Cezara!...

Zaszumiały chorągwie u dźwierzy,
Doniesione na sercach żołnierzy,
Głos umarłych zaszeptał z oddali:
«My w swych grobach, jak ziarno, zostali,
A te rany, ciekące krwawizną,
To purpura dla ciebie, Ojczyzno!»

On już ginie! Już jego okręty
Zapadają niezwrotnie w odmęty,
Z orłem złotym i orzeł twój biały
O śródmorskie rozbije się skały,
Widzisz, Wodzu, jak fala się wzdyma!...
Lufy patrzą zimnemi oczyma...

Zdrada stoi na boku i czeka!
Na powiekę się wparła powieka,
Oko w oko zajrzało i patrzy:
Kto z nas dwojga trwożliwszy i bladszy?
Kto z nas dwojga pod wstydu drży łuną?...
Pistolety, jak węże, w dłoń suną...


Znam cię! Twoja goniła mnie ślina
Od Powązek, od armat Raszyna!
Za śladami mych kroków szłaś cieniem,
Godząc z bruku wydartym kamieniem!
I o serca odbita pawężę
Powróciłaś! — Lecz ja cię zwyciężę!

Zgasły gwiazdy i ciemność na sali
I Duch tylko, jak płomień, się pali!...

— Naród żąda odwrotu swych znaków!
— Mnie powierzył Bóg honor Polaków!
— Imię Polski zatracisz, jak morem!
— Żyję Polską! lecz Polską z honorem!
— Ty odpowiesz za Jutro strzaskane!
— Ja odpowiem! I przeto: zostanę!

Nad Krakowem poranna mgła biała,
We mgle trąbka ułańska zagrała,
Z mgły wysnute cudowne zjawisko
Nad książęciem pochyla się nizko,
W oczy patrząc, co jej się nie zlękną,
Masz mnie — szepce — Śmierć piękną...
Śmierć piękną...






TRĘBACZ Z JABŁONNY.
I.

Ostań z Bogiem, ty strzecho słomiana,
Pozdrowienie tym łąkom i łanom!
Daj buziaka, dziewczyno kochana,
Czas pobudkę zatrąbić ułanom.
Już czekają kamraci w parowie,
Rychło piosnkę znajomą zanucę,
Bądźcie zdrowi, serdeczni ojcowie!
Bądźcie zdrowi! Powrócę! powrócę!

Pod trębaczem kłusuje koń biały,
Trąbka wzywa w dalekie gdzieś strony,
Chorągiewki na słońcu powiały,
Jadą wioską ułańskie szwadrony.
Lud z chat wybiegł i stoi na szlaku,
Łzawe oczy rękoma zasłania,
A przed pułkiem, na wronym rumaku,
Śliczny książę z uśmiechem się kłania.


Gra wesoło ułańska muzyka,
Wojsko mija kołowrot wioskowy,
Hej, trębaczu! zatrzymaj konika,
Słyszysz jęk ten: «Bądź zdrowy! bądź zdrowy!»
Tam pod Męką dziewczyna szalona
Ku błękitnym pacierze śle stronom,
A krzyż nad nią wyciąga ramiona,
Błogosławiąc ułańskim szwadronom...


II.

Na biwaku pod Lipskiem z wieczora
Płoną ognie w jesienny mrok szary,
Groza cięży na sercach, jak zmora,
Wiatr ponury łopoce w sztandary.
Brzęknie szabla, koń parsknie spętany,
Szept się wzbije podobny modlitwie,
Gwarzą z cicha, ćmiąc lulki, ułany
O cesarzu — o księciu — o bitwie...

Ale chmurnie gawędzą wąsacze,
Już nadzieja im złota nie błyska,
Ktoś tam w kąt się zasunął i płacze,
Łzy na żółte mu kapią wąsiska.
Próżno wiarus przeczucie odpycha,
Ono w sercu, jak żmija, mu syczy...
Śmierć na boku stanęła i czyha,
Łup wybiera... i liczy... i liczy...


A w namiocie wódz smętny wspomina
Krew i laury Raszyna, Sabacza,
I tęsknoty nań przyszła godzina:
Każe wołać z Jabłonny trębacza.
Zadumaną na ręku wsparł głowę,
Coś za gardło go dławi, coś straszy:
«Graj mi, chłopcze, piosenki ludowe,
Proste piosnki wsi twojej... wsi naszéj...»


III.

Jak to w karczmie w niedzieli dzień Pańskiej,
Gdy ze skrzypką zmagają się basy,
Chłopska śpiewka mknie z trąbki ułańskiej,
Śmiga ptakiem na bory, na lasy.
Mgła jesienna po ziemi się włóczy,
Jakieś widma w niej płyną tułacze,
A książęciu to mazur zahuczy,
To mu dumka sieroca zapłacze.

Trębacz siedzi w namiocie u proga,
Wódz oczyma na gwiazdach zawisnął...
Wodzu! wodzu! gdzie tobie dziś droga?
Wodzu! wodzu! sen gaśnie! sen prysnął!
Widzisz śmierci krwawego anioła?
Widzisz grób ten i napis na grobie?
A pieśń płacze... i płacze i woła:
«To po tobie! po tobie! po tobie!»


I lecący do wspomnień ołtarza,
Nocną ciemność przebija wzrok łzawy,
Ostatniego podarku cesarza,
Marszałkowskiej nie widzi buławy.
Jemu kurna majaczy się chata,
Bór sosnowy, krzyż z Męką, sad wonny,
Tam ulata... ulata... ulata
Za piosenką trębacza z Jabłonny.






POGRZEB KSIĘCIA
JÓZEFA PONIATOWSKIEGO.

Czarnemi kapy wóz okryty sunie,
Na czarnych kapach białe orły lśnią,
Śpisz w krwawych laurach stu bitew piorunie
I twoje orły zakrwawione śpią!
Rży koń za trumną, grzmiąc kopytem dumnie,
Rozdyma chrapy i rwie się ku trumnie!

Koń twój rycerski na boje wspomina,
W których pod tobą, jak grom, w ogień gnał,
Śniegi Smoleńska i pola Raszyna,
Gdyś szedł z bagnetem pod paszczęki dział!
Dwu go ułanów ledwo strzymać zdoła,
Koń klęskę czuje i na pana woła!

Długą, daleką, obcą idąc drogą,
Toczy się czarny z twemi zwłoki wóz:
Precz, złote mitry! Cóż ci dodać mogą,
Gdyś ty już chwałą ponad króle wzrósł!
I jeden tylko w równej z tobą chwale:
Ten, co ma konać na śródmorskiej skale.


Grają żałośnie ułańscy trębacze
I warkot bębnów leci w siną dal,
Wiatr o chorągwie łopoce i płacze,
Szpad wydobytych zimna płonie stal,
Z oczyma w ziemi, zaprawieni w boje,
Idą posępne grenadyery twoje...

Drzewa, jak widma, stoją w mgle u drogi,
Pada z nich rdzawy, krwią ociekły liść,
Na trumnę wodza nieme patrzą wrogi,
Co miał inaczej do ojczyzny iść!
Otwarli drogę żałobnej kolumnie
I salutują — honorowi w trumnie!

Patrzcie, wrogowie: Tyle nam zostało
Z zwycięskich bojów śród tysiąca pól!
Sztandar bez plamy i to martwe ciało
Jeszcze krwawiące od ostatnich kul!
Wawrzyn na ranach, potrzaskane miecze
I krwawy orzeł, co skrzydłami wlecze!

Lecz nam tych prochów zazdrościć możecie,
Bo jest w nich świętość dla potomnych lat,
A kiedyś o nim pójdzie pieśń po świecie
I do wieśniaczych zawędruje chat —
I będzie Polak śnił od pacholęcia,
By mu Bóg zwrócił to, co wziął od księcia!


Krzyż na rozstaju... z pługiem chłop na glebie...
I prochy serca zajękły, jak dzwon!
O, Polsko moja! dla Ciebie! dla Ciebie —
I męka duszy! — i życie! — i zgon!
I te ostatnie w śmierci słowa moje,
Które Ci rzucam, jak pacierz i zbroję!...

Z mgły się porannej wynurza Warszawa,
Jarzącem światłem gore Święty Krzyż...
Zwinęły skrzydła Zwycięstwo i Sława!
Pułki w rozsypce! — A ty, Wodzu, śpisz!?
I ciebie właśnie Polska w grób układa,
Któryś nie wiedział, co podłość i zdrada!

Z bronią u nogi stanęły wąsacze,
Wyległo miasto głuchych ulic wzdłuż...
O, strasznie patrzeć, jak wojownik płacze,
Co bluzgał śmiechem na zabójczy nóż!
Nie było dla nich postrachu i trwogi,
A teraz łzy im lecą z twarzy srogiéj!...

Dzwon się za dzwonem jękiem rozkołysze,
Grzmi piorun armat, jak mu w bitwach grzmiał!
Ponieśli wodza bojów towarzysze,
Na ich ramionach lepiej będzie spał;
A nim w loch poszedł z tej pościeli bratniéj,
Wierny mu rumak zarżał raz ostatni!...


Rżyj, wierny koniu! Niech twe smutne rżenie
Z łoskotem bębnów i gromami kul,
Jako ostatnie zbudzi go wspomnienie,
Ostatnie echo od bitewnych pól!
I niech mu padną na śmiertelną ranę
Białemi skrzydły orły chorągwiane!

A kiedyś, Wodzu, gdy wstaniesz w legendzie,
Znowu pod tobą parsknie wierny koń,
Burka, jak skrzydła, szumieć z wiatrem będzie
I zamigota nieskalana broń!
I po swej ziemi będziesz leciał zbrojny:
Strażnik honoru i pobudka wojny!...






ELEGIA,
POŚWIĘCONA PAMIĘCI JÓZEFA KSIĘCIA PONIATOWSKIEGO.

Toczy Elstera swoje mętne wody,
Między kamieniem brzegi okutemi,
Nad jej falami stań, wędrowcze młody,
Z dalekiej, obcej zatułany ziemi.
Październikowy wiatr po chmurach goni
I z drzew pożółkłe otrząsa listowie...
Ach, tobie rzeka może więcej powie!
Może ci tajnie głębin swych odsłoni!...

Jak pogubione białych orłów piórka,
Polskie wspomnienia błąkają się w świecie,
Gra im melodya starego mazurka
Na zapomnianym prababek szpinecie.
Lecz w sercu polskiem tak się zbiegły razem
I w taką świętą splotły się koronę,
Że ich nie wydrzeć ogniem i żelazem,
Bo w jedną całość z sercem są stopione!


«Bóg mi powierzył...» szemrze fala cicha,
Echo z ojczyzny szeptem odpowiada,
Liść się ostatni na drzewie kołycha
I, jak łza twoja, do Elstery spada.
Obcymi dźwięki brzmi przechodniów mowa, —
Ale tyś stanął u takiego celu,
Jak gdyby z wszystkich grobowców Wawelu
Szła tutaj Polski dusza narodowa!

Jękliwie biją te żałobne dzwony,
Które na drogę wiodły go powrotną,
I wóz się toczy — i smutne legiony
Idą bez wodza kolumną samotną.
Bojowy rumak w podkowy uderza,
Srebrnem wędzidłem niecierpliwie trzęsie, —
A łza, co cieknie po żołnierskiej rzęsie,
Spłynie na syny i wnuki żołnierza!...

Prosty sarkofag jest w wawelskiej krypcie,
W nim wodza Polski śpią rycerskie zwłoki —
I jemu kiedyś mogiłę usypcie
Obok tamtego — pod polskie obłoki!
Niech nad nią lecą poranne skowronki,
Wiosennej zorzy zwiastując rumieńce, —
A polskie kwiaty z jego polskiej łąki
Może się jeszcze zwiną w lauru wieńce!...


Wodzu! Nikt nigdy nie przeżył tak górnie
Losów narodu w sercu swem człowieczem,
Jak ty, gdyś złożył w śmierci swej, jak w urnie,
Życie ojczyzny pod strzaskanym mieczem!
Ono z niej bujnym wystrzeliło kwiatem,
A z tego życia i śmierci przymierza
Tyś wyniósł Polski obronę przed światem
I nieskalany pióropusz rycerza!...

Sto lat minęło, a w sercach narodu
W tej samej zjawie trwasz polskiemu oku:
Z oczyma w niebie — i w rycerskim skoku
Do ostatniego w zaświaty pochodu!
Na koniu, rwącym skroś dziejów zamieci,
W burce rozwianej w skrzydła orlich ptaków,
Do Boga duch twój leci! — sto lat leci! —
A Bóg — nie zwraca honoru Polaków!

Szumi Elstera, mętne wody toczy,
Coś opowiada urwanemi słowy,
W obcych przechodniów obojętne oczy
Patrzy wzrok chłopca mocny i surowy.
Oni nie wiedzą, jak mu serce rośnie,
Jak duch się pręży, gdyby ostra szpada! —
I że ta jesień — mówi mu o wiośnie,
I że ten wieczór — o dniu mu powiada...


Wodzu! jak wiarus z pod twojego znaku,
Co klęknął z płaczem pod twoim obrazem
I wołał: «Książę! czemuś z sobą razem
Nie dał mi zginąć w ostatnim ataku!»
Tak naród cały, zapatrzony w Ciebie,
Z równą miłością, wierną i pamiętną,
Chce czuć w swem sercu twego serca tętno
I z ręki Boga honor twój — wziąć w siebie!...






LIST Z GIBRALTARU.

Jaśnie Wielmożny Panie Pułkowniku!
Iżeś był zawdy, jak ojciec żołnierzy,
Tedy niech, pełne serdecznego krzyku,
Z za mórz do ciebie to pisanie bieży!
Nie wypowiedzieć w człowieczym języku,
Ani litermi wydać, jak należy,
Onych utrapień, łez i niepokoi,
Jakie tu cierpim — podkomendni twoi!

Dziewięć lat mija, gdy w niewolę wziętych,
Do tej nas twierdzy przywieźli Anglicy —
I w kazamatach dzierżyli zamkniętych,
Jako zaś bydło lokują rzeźnicy!
Czerwonych jeszcze z ran nieobeschniętych
Promyczek słonka nie doszedł w ciemnicy;
A ten, co skonał — w inszych zazdrość budził,
Że głos ceklarza już go nie obudził!


Póki człek sterczał w szeregu na szkapie,
Wśród harmat ryku i kartaczy błysku,
Nie czuł, że tęskność za gardziel go łapie,
Trzymając krótko, jak konia przy pysku.
Wiedziałeś jedno: ściśnij szablę w łapie
I hulaj!... Ale tu — na tem skalisku
Do drzwi tęsknica od świtania puka,
A gryzie, psiamać! jakby wściekła suka!

Gorzej nam jeszcze, gdy już na robotę
Z więzienia wyszli-m ryć oskardem skały:
Każdy przez fale szafirowo-złote
Płynący statek, każdy żagiel biały
Każe bić sercu, aż wzdyma kapotę,
A samo — rzekłbyś — pęka się w kawały,
Widząc swobodne morze — okręt — ptaka...
Niema bolączki, jak bolączka taka!...

Gnijem za żywa, robactwu oddani,
Mrąc od choroby i od dusznej męki!
Bogdajby lepiej byli nas Hiszpani
Nie wypuścili z drapieżnej paszczęki!
Jaśnie wielmożny! Toćże my hułani!
Toć nam przez woli właśnie, jak przez ręki,
I we śnie jeno raźnie serce skacze:
Gdy do ataku grają nam trębacze!


Tedy się nieraz budzą z płaczem zuchy
I łzy wzajemnie ukrywają sromni,
Bo niźli chorość — i głód — i łańcuchy,
One wspomnienia kaleczą ogromniéj,
I to nam tylko dodaje otuchy,
Że przecie Cesarz o nas się upomni,
I będzie umiał onej nędzy dociec,
Wódz Naczelny i Pułkownik-ociec!

Boć są tu tacy, z którymi wojował
Jeszcze w Italji — i z nazwiska wiedział,
A innym krzyże ręką swą darował,
A mnie samemu pod Ulm: „Brave“ powiedział...
A choć niejeden już dezerterował,
By zaś u Boga na przypiecku siedział,
To reszta czeka codzień do uśnięcia,
Licząc na Niego i naszego Księcia!






ŚWIĘTA HELENA.

Na granitowej samotnej skale
W milczeniu stoi potężna mara...
Walą o granit spienione fale
I hymn pokłonny biją wspaniale,
Przypadające do stóp Cezara.

On nie w swej trumnie w świątyni złotéj,
Gdzie sto sztandarów nad grobem wieje,
Lecz na tym szczycie ludzkiej Golgoty
Zegaru wieków liczy obroty —
I czeka więzień na wielkie dzieje!

I śni, że słońcem buchły popioły,
W szarej kapocie posąg kamienny;
Odeszły z gloryą wojny anioły.
Jest sam! jak żywioł między żywioły!
Jest sam! wieczysty! groźny! niezmienny!


Bieleje w słońcu żagiel rozpięty,
K’niemu się zwraca twarz marmurowa:
I przepływają ciche okręty,
I dalej lecą po fali wzdętéj —
I nie przyniosły Wielkiego Słowa!

W zabójczej orgii kłębią się ludy,
Ohyda śmierci nad zgliszczem lata!
I, dzierżąc srebrnik, jak owo wprzódy,
Konwulsyą śmiechu drga Judasz Rudy:
Ni krew, ni męka nie zbawią świata!

Nurza się w nocy szczyt granitowy,
Gaśnie zachodu łuna czerwona;
Biją w mur jutra szalone głowy —
Czegóż im trzeba? — Golgoty nowéj?
Czy nowej szpady Napoleona?!

Wtedy, gdy latał z orłem Legionów
Od sfinksa pustyń do bram Kremlinu,
Na rozdeptanych zwaliskach tronów
On widział państwo ludzkich milionów,
Przepromienione potęgą czynu!

Na błocie świata we krwi skąpanem,
Z Boga hetmaniąc duchom płonącym,
Grzmiał w mrok i podłość miecza taranem,
I miał być ludów Chrzcicielem Janem,
Powrót Chrystusa obwieszczającym!


Szumią ponuro morskie lazury,
Nędzna, jak niegdyś, świata arena.
Bijąc w twarz słońca czarnemi pióry,
Tyś, Arymanie, wygrał raz wtóry! —
I z morza wstała Święta Helena!

Do umęczonej wygnańca głowy
Umarłych pułków pieśń leci stara,
Długiej niewoli krusząc okowy
Nad nim się chwieje orzeł bojowy...
I wierny Polak u nóg Cezara!...

To wschód, to zachód wody sczerwienia,
Fala za falą goni zdaleka,
A pod gwiazdami nic się nie zmienia
W zgniłej, duszącej nędzy istnienia
I Duch na skale — czeka i czeka...

Lecz kiedyś, kiedyś pod zórz szkarłatem
Znów cudotwórcze skłębią się sceny
I On wcieleniem wstanie skrzydlatem,
By starym z posad zatargnąć światem
Z pustych granitów Świętej Heleny!...






DO FRANCYI NAPOLEOŃSKIEJ.

Francyo! W stu bitwach, gdyby grom, twe imię
Grzmiało na światy od brzega po brzeg.
We krwi kipiącej i w prochowym dymie
Jakieś się widma kłębiły olbrzymie,
Idący w zorzach patrzył na nie wiek.

Rycerskich Franków długo kryte gniewy
Jak rozpętanych buchły fale mórz.
Wolności ludów rodzajne posiewy
Od wód i lądów budziły odzewy,
Wołając światu: «Stwórz się nowy, stwórz!»

On wiódł je. Boski duch Prometeusza,
Zaklęty w nowy, bohaterski myt!
Szara kapota... trójróg kapelusza...
I dusza! — bezkres wchłaniająca dusza,
By rwać się w słońcu na narodów szczyt.


Francyo! Nad każdym z synów twych — korona,
Nad każdym w gloryi wawrzyn wodza lśniał...
Ich krew, jak królów purpura czerwona,
A ponad nimi wzrok Napoleona
Stalowo zimny pod paszczami dział.

Francyo! Jak siostra, szłaś ty z nami razem
Przez szalejący piorunami szlak,
Nad armat bronzem i szabel żelazem,
Nad żywych sławą i poległych głazem
Złoty i srebrny kołysał się ptak.

Broń grenadyera z ułańskim pałaszem
Krwi związał ślubem śmierć ziejący spiż...
Żyjesz, cesarzu, pod polskiem poddaszem —
I, jak relikwia, wrył się w sercu naszem
Pięcioramienny twojej legii krzyż!...

Ucałowany siną wargą dziada,
Gdy go wytrąca z rąk wiarusa zgon,
Na wnuka krzyż ów puścizną przypada
I wnuk pamięta: biały koń, twarz blada,
U nóg chorągwie.... Ach, to On! to On!

Francyo! gdy marły bohatery twoje,
I oni biegli na śmiertelny sztych,
Skruszone miecze i spękane zbroje
Oplotły razem pamięci powoje
I nie wiesz sama, co twoje? co ich?


Świętej Heleny z fal stercząca skała
Na oceanie czerni się, jak grób...
Trumna w łańcuchach, a w niej — skamieniała
Ta twarz z marmuru przeraźliwie biała —
I złoty orzeł u cezara stóp.

I czuwa gwardya w nieruchomej grozie
I marszałkowie szpad dobyli wraz,
Jak w ogniu bitew, na leżach, w obozie,
Jak w grobach wspólnych — tak w apoteozie
I nasze orły macie tu — i nas.

Warknęły bębny, trąby apel grają
I wstaje dawny, zapomniany świat,
Całuny mogił z martwych ciał spadają,
Budzą się zmarli: Niech wstają! niech wstają!
Francyo i Polsko, wy im sypcie kwiat!

Wy im kwiat sypcie, co ze wspomnień rośnie,
I pieśń, co kwitnie z wielkich tęsknot dusz,
Może, ku tamtej obrócone wiośnie,
Znów się sercem zwiążecie miłośnie,
Wołając światu: «Stwórz się nowy, stwórz!»






STARA GITARA Z WSTĄŻKĄ
RÓŻOWĄ.

Stara gitara z wstążką różową,
Dawno wyblakłą, jak uschły kwiat,
Sennie podzwania piosnkę echową,
Cudną piosenkę trzydziestych lat;
Drzwi od przeszłości sercu odmyka,
A głupie serce, jak dziecko, śni, —
Stara gitara akademika,
Co na paryskim cmentarzu śpi...

Ze strun porwanych tęsknotą wionie
I smutnym wdziękiem umarłych muz;
Brzęczy tak słodko pieśń o Filonie,
Żal za Justyną i gajem brzóz...
Bieg srebrnej wody, dworek schylony,
Miesiąc, co z ciemnych wyziera chmur —
I takie lube gitary tony,
Jak cichy szelest anielskich piór...


Jeszcze za mgłami dzień krwawej sławy,
Jeszcze nie w burzy spokojna łódź...
Skromny salonik starej Warszawy,
Białe panienki, w mundurach młódź...
Ktoś o cesarzu wspomniał wzruszony,
Ktoś z gwiazdą legii łzy otarł z lic —
I księcia Reichstadt walc ulubiony
Przywołał Jenę i Austerlitz...

Stara gitara ze ściany wieje
Szarfą koloru powiędłych róż,
Akademika dziwne koleje
Szemrzą mi struny zagłuchłe już:
Świętsza od innych przyszła kochanka
W złotej purpurze ognistych łun —
I runął piorun! i Warszawianka
Grzmiała z bijących, jak dzwony, strun!

Echa od Francyi... Noc pełna grozy..
Ze starych mogił strząśnięta pleśń...
Słońcem nadziei tchnące obozy...
Żołnierskim rytmem idąca pieśń...
Gitaro! dokończ drugą połowę!
Gitaro! akord ostatni twój!...
Ktoś woła: «Dziewczę! bywaj mi zdrowe!...»
Ktoś jęknął: «Żegnaj, o kraju mój!...»


Wlecze się droga cudza, nieznana,
Cierń okrwawionych czepia się stóp...
Jakaś tam w sercu wieczysta rana,
Jakiejś tam wiary ogromny grób...
Dłoń mi widmowa oczy przymyka,
Jak szmer westchnienia piosenka brzmi:
Stara gitara akademika,
Co na paryskim cmentarzu śpi...






NOC BELWEDERSKA.

Kto idzie? Brat!... Broń szczękła... mignęły dwa cienie....
Hasło... Odzew... i głuche zapadło milczenie...
Jak widety, czernieją słupy drzew nad drogą...
Baczność! zblizka liść suchy zachrzęściał pod nogą:
Cień trzeci... czwarty... piąty... Zmrok listopadowy
Wysrebrzył się gwiazdami... szept krótkiej rozmowy,
Trzask odwodzonych kurków... Z poza chmur ciemnicy
Odblask na młode lica padł: Akademicy!

Cisza... a w tej dławiącej, jakby zmora, ciszy
Błąka się tajemnica... Czujny duch ją słyszy...
Wzdryga się z niepokoju, chce rozerwać ciemnie,
Twarzą w twarz chce jej spojrzeć: Ktoś ty jest?... Daremnie!
Krok tylko słychać lekki, jakby po tej ziemi
Stąpało Przeznaczenie stopami krwawemi,
Co kiedyś płomienistym wykrzyczy językiem
O tej garstce młodzieńców pod króla pomnikiem.


Milcz! Wybił zegar świata! W otchłań nocy czarnej
Ogniem lunęło z chmury od łuny pożarnej.
W dali coś drga! — coś kipi! — coś grzmi! — To Warszawa!
Na niebie, jakby rzeka rozlała się krwawa,
We krwi park, we krwi gwiazdy lśniące w podobłoczach,
Sobieski — nieznajomi z piorunami w oczach
I to widmo, co obok krwawą nogą krąży:
Stary browar na Soku zażegł Podchorąży!...

I znów ciemno: zgasł pożar... ale tam... bez szmeru —
Patrz! — pomyka mar szereg w stronę Belwederu...
Już pod pomnikiem pusto... już króla oblicze
Wytęża wzrok za nimi w gęstwie tajemnicze.
Idą... cicho jak wizya... nagie drzew szkielety
Zadygocą od grozy... na mgnienie bagnety
Iskrą błysną miesięczną... I los się dokonał!
I nagle wrzask ogromny wybuchnął — i skonał...

A Warszawę czuć buntem: skroś nocne odmęty
Słychać suchy grzmot strzałów, rumaków tętenty,
Warkot bębnów na alarm, jęk ponury dzwonów,
Ostry dźwięk trąbki z koszar zerwanych szwadronów,
Palbę ręczną, jak odgłos gradowego szumu,
Niezrozumiały pomruk dalekiego tłumu
I grom, co raczej w sercu, niźli w uchu dzwoni.
«Rewolucya! Do broni! do broni! do broni!»


A tamci z Belwederu lecą. Nito ptaka
Skrzydła czarne, opończa wieje Nabielaka,
Jak wtór żywy swej mściwej bojowej piosence
Biegnie Goszczyński z krwawym karabinem w ręce;
Już most! już widzą: trupy na stosach listowia,
Skrawe światła kagańców... kłąb ludzkiego mrowia...
Jakieś wielkie westchnienia, lecące na gwiazdy,
Ura! Niech żyje Polska! Salwa! galop jazdy:
Kirasyery!...

Tam — obacz! Podchorążych maszeruje szkoła...
Wysocki z szablą nagą u kolumny czoła;
Tak broń podniósł ku niebu, kiedy przed momentem
Młode lwięta Ojczyzny zaklął sakramentem
I wołał, płomień święty w każdej czując żyle:
«Z piersi naszych uczyńmy wrogom Termopile!»
Teraz idzie natchniony, jakby od modlitwy,
Jest wodzem Polski! Polskę prowadzi do bitwy!

Trąbka. Jazda naciera. Oddział otoczony,
Jakby na Saskim placu łamie się w plutony,
Sprawnie, na głos komendy i szabli błyśnienie,
Rozsypuje się w łańcuch, wsiąka w groźne cienie,
Z za drzew, z za płotów, z pustki pali w tyralierce,
Czarne siecze powietrze iskra po iskierce,
Klątwy, dziki kwik koni, pierzchających wrzawa
I wielki krzyk tryumfu: «Formuj się!» Warszawa!


Miasto śpi. Wyludnione sinieją ulice,
Pozatrzaskane furty, zgłuchłe kamienice,
Okna gmachów, jak martwe wielkoludów oczy,
Z pogaszonych latarni swąd i dym się toczy,
Bojaźń — Zdrada — Niepewność przyległy pod dachem,
Domy, jak groby, mroźnym zalatują strachem,
Z tysiąca strun życiowych nie drgnie żadna struna,
Jakby miasto wymarło od ciosu pioruna.

Podchorążowie idą... Widzisz w mdłej poświacie
Twarze w prochowej sadzy, junackie postacie,
Granat mundurów, płaszcze, orły na kaszkietach,
Krew czarnemi plamami schnącą na bagnetach.
Podchorążowie idą... Zew grzmi... bęben warczy,
Od murów się odbija, jako miecz od tarczy;
Za broń! za broń, kto Polak! za wolność! za prawo!
Podchorążowie idą! A ty śpisz, Warszawo!

Stój! Jenerał Trębicki z szablą, jak do cięcia,
Leci do Belwederu, do Wielkiego Księcia.
«Jenerale! Pod białym opowiedz się ptakiem!
Prowadź nas! kraj cię woła! Pomnij, żeś Polakiem!»
I wstrzymują rumaka i wznoszą ramiona.
Trębicki z dumną twarzą słucha: raczej skona,
Niźli złączy się z buntem! Grożą! a on hardo
Śmierć — żołnierz nieugięty! — wyzywa z pogardą.


Z pianą gniewu na ustach, ze szpadami w dłoniach
Rwą Hauke z Meciszewskim na dyszących koniach,
Despotyzmu narzędzia, tyranom powolne,
Napowrót chcą w obroże zakuć szyje wolne.
«Jakobiny! do koszar! Precz! zegnijcie grzbietu!»
I huknął w Podchorążych wystrzał z pistoletu.
O, swobodo! krew zlała twe graniczne słupy:
Trębicki — Meciszewski — Hauke: krwawe trupy!

Naprzód! Leć, orle biały, w pęd do przyszłych losów!

Od Arsenału bije gwałt zmieszanych głosów.
Ciężki tupot piechoty, która kłusem bieży,
Łoskot dział zataczanych rękami żołnierzy,
W dźwierze kute żelaznych drągów dźwięczne razy,
Górujące nad wrzaskiem dowódców rozkazy,
Rozlana od Nalewek skrzy się łuny smuga...
Biegiem! Wylot Bielańskiej! jeszcze moment! Długa!
Arsenał!...

Nim wzniesie sztandar buntu, jak wielki chorąży,
W pozornym się letargu Stare Miasto grąży,
Od pełni biorąc barwy zielono-błękitne,
Jak na warcie czuwają domy starożytne.
Rynek pusty, lecz z okien, przymkniętych napoły,
Patrzą oblicza groźne, jak zemsty anioły,
Bo tu każdy głaz w bruku, każdy mur pamięta
Zmartwychwstalne podwójnie Wielkanocne święta!


Z za węgłów ktoś się czai, w głębiach mrocznych sieni
Drżą słowa od jarzących gorętsze płomieni,
Czuć, że siła potężna trzyma je na smyczy,
Gdy puści, pierś rozdęta, jak bawół, zaryczy,
Gdy puści, nic nie zdzierży tej ćmy, co lawiną
Runie w miasta ulice: których spotka — zginą!
I będzie, jakby wiódł ją duch Kilińskich blady,
Stawiać zdrajcom szafoty i grzmieć z barykady!

Mrok pełza po zaułkach, jak potworne macki,
Z mroku wątła się postać wynurza: Mochnacki!
Wątła, ale piorunna tą godziną cudu,
Ciskający gromami Jowisz! trybun ludu!
Krzyknął: «Polska!» i bramy, jak Sezam, rozpękły,
Krzyknął: «Do broni!» serca, jako dzwon, oddźwiękły,
Sypie się tłum roboczy z suteryn, z poddaszy,
Wołają: «Karabinów dajcie nam! pałaszy!»

W krwawych światłach pochodni wichrzą się, jak fale,
Ślusarze, krawcy, szewcy, stolarze, kowale.
Prosty lud, z tych, co wznoszą i co burzą trony,
Zapałem nieprzytomny, ofiarą szalony,
Pamiętny Kołłątaja, Kościuszki, Racławic,
Z dłońmi czarnemi, z okiem w płomieniach błyskawic,
Dobywa starych krucic, nóż o mur nastala
I krzyczy Mochnackiemu: «Prowadź na Moskala!»


Pstry widok: gołowąsy i srebrzyste dziady,
Ten z siekierą, ten dumny z rdzawej szwedzkiej szpady,
Ów z halabardą, inny z tureckim bułatem,
Broń ze skrytek wyjęta pali się szkarłatem,
Czamary, kurty, fraki, kapoty, kontusze,
Rogatywki, kołpaki, czapki, kapelusze,
Ten z czasów Stanisława, ten z pruskich, ten z Księstwa,
A z ust wszystkich «Do broni!» grzmi, jak pieśń zwycięstwa.

Do broni! głosów tysiąc powtarza to hasło.
Do broni! z okien, z sieni, z wnętrz domów zawrzasło.
Do broni! jak piosenkę śpiewają dziewczęta.
Do broni! woła przeszłość z mogiły odklęta.
Do broni! zbór kamienic modli się prastary.
Do broni! od zbudzonej odhuknęło fary,
Do broni! na wiślane gdzieś topiele goni.
Do broni! lud warszawski łańcuch rwie... do broni!

Poszli!...

Pod Arsenałem ciżba kłębi się i miota,
Walczą moskiewska gwardya i polska piechota,
Czwartakom, pomawianym o łaski książęce,
Do utarczki drżą serca i palą się ręce.
Skoczyli! bagnet kąsa zjadliwy, jak żmija,
Żołnierz kurczy się, pręży, uderza, zabija,
A śród furyi bojowej, dyszącej z bagneta,
Humor dziecka ulicy strzela, jak rakieta.






GROCHÓW.

Jeszcze nad tobą, o Grochowie stary,
Wiatr w postrzelane łopoce sztandary,
Jeszcze po nocach zaciągają warty
Szalone widma, krzyczące: «Pułk czwarty!»
Grzmią kopytami, jak podziemne dzwony,
Białych ułanów lecące szwadrony
I, jak dwa gromy, w wieczornej omroczy,
Palą się sępie Chłopickiego oczy...

W narodowego koralach różańca,
Mszę odprawiając nad relikwią prochów,
Wspomnij, o Polsko, śmierć wolskiego szańca,
Noc Belwederu, Olszynkę i Grochów!
Zapadły w ziemię mogiły bez znaku,
Jakby je matka wtuliła w objęcia,
Lecz ty ich wszystkich pamiętasz, Polaku!
I są w pacierzu twojego dziecięcia!...


Z kopuły nieba kapie jasność blada,
Cerkwie warszawskie w księżycu się złocą,
Schodzi w ulice wieczór listopada
I grozi miastu niewolą i nocą.
Knut w cytadeli i szpiegi na czacie,
Tętent kozaków i patroli wrzaski...
Koledzy moi! Czy wy pamiętacie?
Ogarek świecy... Kicki... Bogusławski...

A cóż nam Hurko! A cóż podła zgraja
Tych, co po klasach krzyku ducha strzegą!
Gnębione dziecko jak pies się przyczaja,
Lecz psią ma wierność dla kochania swego!
O, matko Polko! wskroś nieludzkie męki
Wiodłaś swe syny katorżniczą drogą,
I ryte w sercu wolności piosenki
Buchały kwiatem pod najeźdźcy nogą!

Olszynka... Grochów... Jakim dziwnym dźwiękiem
Dwa te wyrazy na duszę się kładą!
Jak gdyby ułan stanął pod okienkiem
I: «Za Ojczyznę!» krzyczał twarzą bladą.
Jakieś dalekie majaczeją wschody
I zgon ofiarny, który pęta skruszy,
A jutro rano: «Prebłagij Hospody!...»
Mundur na piersiach — i sakrament w duszy.


Trzech setek armat ryczy kanonada,
Zda się pod trupem ziemia się rozpęknie, —
O, dziecko polskie! za twojego dziada,
Który tam zginął, niech twe serce klęknie!
O, dziecko polskie! święć się krwi szkarłatem
I wołaj: Wolność! i bij w kratę lochów! —
Bo jeśli Bóg jest nad tym podłym światem,
Toś ty zbawione przez Wolę i Grochów!

W dymy się fabryk stary Grochów wsnuwa,
O dawnych dziejach ni widu, ni słychu,
Tylko nad polem anioł grobów czuwa,
I zrywa kwiaty i gada po cichu.
A kędy stąpnie, tam się jęk rozlega,
Jakby westchnienie rannego człowieka, —
A to wołają żołnierze z noclega:
«Czyli noc jeszcze? Czy zorza — daleka?»

Śpijcie, żołnierze, wołający zorzy
Z nieznanych mogił, z piachów, z trzęsawiska,
Dzisiaj nad nami Sąd się czyni Boży,
I łańcuch pęka, i Jutrzenka blizka!
Szkatułka babki otwiera się stara,
Gdzie leżą dawne skrwawione wspominki —
I będzie teraz łez przeszłości para:
Krzyż Zmartwychwstania — i krzyżyk z Olszynki!

A to już wszystko snem jest i legendą...

Kiedyś, gdy — wolne — dzieci nasze będą
Mówić o Tobie Polsko uśmiechnięta,
W złoty odwieczerz, pod lip pszczelnych graniem,
Staniesz, Przeszłości, jak patronka święta,
Nad w świat idących pokoleń posłaniem
I dasz — szczęśliwym — pocałunek prochów...

Ziarno różańca spadło... Grochów... Grochów...






MARSZ SKRZYNECKIEGO.

Idzie zadumy szara godzina,
Serce się tłucze, jak ranny ptak,
Stara melodya wieje z pianina,
Ach, taka stara — a młoda tak!
Sen śni się jakiś, dawno strzaskany,
Z oczu coś cieknie: krew to czy łza?
Lecą ułany! lecą ułany!
Marsz Skrzyneckiego na śmierć im gra!...

Dziewczę klawiszy ledwo dotyka,
Jakby dotknęło najkrwawszych ran...
Z pod Ostrołęki płynie muzyka
Do ułańskiego potomka ścian.
Szumem sztandarów bije mu w skronie,
Piorunem szabel uderza wzrok...
Słońce za chmurą... głóg na zagonie...
I szare życie... i szary mrok...


Wyrwał się z frontu koń rozhukany,
A na nim jeździec, jak wichru bóg:
Lećcie, ułany! lećcie, ułany!
Do ziemi proga! za ziemi próg!
Tyle nam szczęścia, co w tym rozpędzie,
Co w tem szalonem tętnieniu krwi!
A na tych polach grób jutro będzie!
A w grobie: życie dla przyszłych dni!

Mknie tryumfalnie marsz staroświecki
W świat ten sam niby, a nie ten sam...
Okiem z marmuru patrzy Skrzynecki,
I piękna dama wygląda z ram...
Otwórzcie okno: może już świta?
Może od zorzy pali się dal?...
I spazmem łkania za gardło chwyta
Taki okropny, gryzący żal!

Od pobojowisk grają armaty,
Marsza ostatnie akordy mrą,
Żółtych rabatów ścielą się kwiaty,
Młodą, gorącą zalane krwią!
Wylata dusza za snem w pogoni,
Za snem! za szczęściem! O, marszu! dzwoń!...
I warczą bębny, i trąbka dzwoni,
I słuchacz rwie się: «Za broń! na koń»!.


Cicho tak — cicho wieje z pianina
Starej melodyi urwany dźwięk,
Ledwo klawisze muska dziewczyna,
A jednak taki wydały jęk!
Sen śni się jakiś, dawno strzaskany,
Z oczu coś cieknie: krew to czy łza?
Lecą ułany! lecą ułany!
Marsz Skrzyneckiego na śmierć im gra!






ŚMIERĆ SOWIŃSKIEGO.

Przy ostatniej bijącej armacie
Lont zapala Sowiński jenerał,
Ramię w ramię śmierć stoi na czacie,
Patrzy chciwie, jak będzie umierał,
A on szczudło w armatnie wbił koło
I zwycięsko do góry wzniósł czoło.

«Witaj, śmierci! czekałem na ciebie,
W oczy twoje bez drżenia poglądam,
Gdy się Polska w posadach kolebie,
Takiej właśnie, jak jesteś, pożądam,
I na krzyż ten przysięgam na łonie,
Że tu legnę w Ojczyzny obronie!»

Wali hurmem wróg w boju rozjadły:
Grenadyery gwardyjskie, dziw-chłopy!
Polskie szańce ostatnie upadły!
Ura! ura! zdobyte okopy!
Ziemia pękła do rdzenia wstrząśniona:
Wyleciała reduta Ordona!


Wzwyż wionęły w kurzawie ich duchy!
Strzępy trupów na miejscu bateryi!
Już nie dla nich niewoli łańcuchy,
Ani pustki lodowe Syberyi!
Chwilę temu — z pod prawa wyjęci,
Teraz — Polski patroni i święci!

Wróg się wstrzymał w bitewnym rozpędzie,
Ale nowe popchnęły go tłuszcze...
«Wnijdą tutaj! — lecz mnie już nie będzie
Żywy — obcej tu nogi nie puszczę!»
I krzyk wraży się rozległ na wale:
«Wola wzięta! Złóż broń, jenerale!»

Ten, co wyrzekł — nie powie już słowa!
Skonał z kulą i z echem wyrazu!
Krew bluznęła w twarz wodza ponsowa,
A wódz twarz miał zimniejszą od głazu.
Wystrzelony pistolet w tłum rzucił
I wzrok na nich, jak płomień, obrócił.

Drżą szeregi! żołdaków strach pęta:
Ten wzrok orła straszliwszy od stali!...
Świszczy kuła — i pierś już rozcięta,
Ciało stygnie — lecz duch się wciąż pali!
Duch się pali, mrok światłem nasyca:
Rozjarzona nad Polską gromnica!


Umarł! oni patrzyli w zdumieniu
I dreszcz dziwny przeleciał przez żyły:
Może wtedy coś drgnęło w sumieniu,
Może skrzydła się duszy zbudziły,
Wstydu łuną w twarz bijąc żołdaka,
Kiedy patrzał na śmierć tę Polaka!

Jenerale! Ty stoisz przed Bogiem,
A twa ziemia — spójrz — jaka znów krwawa!
Uderz szpadą złamaną przed progiem
I zamelduj jej mękę i prawa!
Byłeś szańców Ojczyzny patronem,
Bądź jej posłem u Boga i dzwonem!

Bij w dzwon szpady! niech ona wymodli
To, co wolnym się ludom należy,
Bo ten naród się nigdy nie spodli,
Nigdy szyi nie ugnie! — a wierzy!
Przez śmierć twoją, o stań się, Godzino!
I tych innych, co giną... co giną!...






DESZCZ LISTOPADOWY.

Szarą ciszę nagły przebiegł dreszcz,
Dziwne echa w kątach się ozwały...
Bije w szyby monotonny deszcz:
Jakby bębnów dalekie sygnały...

Z ulic, ciężką powleczonych mgłą,
Jesień czasów zimne kły wyszczerza...
Deszcz miarowo w szyb uderza szkło,
Jakby kroki starego żołnierza...

Z okien widać pełny grobów trakt,
Coś skrzy na nim, czerni się i bieli...
Deszcz o szyby gra i dzwoni w takt,
Jakby trąbki umarłej kapeli...

Każda żyłka kurczy się i drży,
Cwałem serce zrywa się szalone...
Deszcz na szybach roztapia się w łzy,
W łzy czerwone — czerwone — czerwone...






IMIONNIK.

Jakby senna harfiana muzyka
Zaśpiewała piosenką miłosną,
Ze starego kartek imionnika
Dawno zgasłą zapachniało wiosną.
Coś tam płacze, coś tęskni szalenie,
Jakby serce żywem czuciem drży...
I wionęło dalekie wspomnienie...
Grób i uśmiech... kochanie i łzy...

Jak na trąbce pobudka radosna
W takt zadzwoni zapału i męstwa...
Dawna, dawna, bohaterska wiosna
Z orlich czasów Warszawskiego Księstwa...
Wielka zorza na szlaku podniebnym...
Loch otwarty, jak spełniony sen...
I śród ptaków złotego ze srebrnym
Z róż i laurów malowane: N...


Nad zgliszczami piękna Sława wzlata
I kwiat sypie na sarmackie zimy...
Wierszyk polski z francuskim się brata,
Ktoś z legionów kreśli włoskie rymy...
Tkliwych westchnień niepomny Filidy
Dafnis biegnie na ofiarę krwi...
Godło czasu: chorągwie i dzidy —
I dewiza: «Honneur et Patrie...»

Wodza słowa z pod Lipska ostatnie:
Jęk narodu posłany do Boga...
Dwu rąk blizkich uściśnienie bratnie:
Tam do Francyi... tam do Polski droga...
Włosy czyjeś, napis serce rwący:
«W życia wiośnie znalazł chlubny zgon...»
I liść suchy z tej wierzby płaczącéj
Z nad mogiły, gdzie spoczywa — On...

Pamięć w sercu pozostała na dnie,
Ale inny maj zawitał świeży...
Tak ułanom na konikach ładnie,
Tacy dzielni gwardyi grenadyerzy!
Ledwo wstanie nad Warszawą słońce,
Na Plac Saski publiczka, jak w dym...
W imionniku serce gorejące
I sztabowy adjutancik w niém...


Lecą, lecą słóweczka z pod piórka...
Nieostrożną kartkę wyciąć może?
Gra kapela dawnego mazurka,
Jakieś dawne majaczeją zorze...
Czujne gwiazdy... sztafety i ronty...
Łuny w górze, w dole oczy skrzą...
W imionniku któryś tam dziewiąty...
Wpół zatarty, wpół zalany łzą...

Coraz nowa rodzi się piosenka
Na pożółkłych stronicach sztambucha...
Potem: krzyżyk: Kicki — Ostrołęka,
Potem: przejście granicy... noc głucha...
Stary sztambuch, jak ogród cmentarny,
Zda się, jeszcze tchnie mogilna woń...
I kawałek wstążki modroczarnéj
Przylepiła kochająca dłoń...

Jakby senna harfiana muzyka
Zaśpiewała piosenką miłosną,
Ze starego kartek imionnika
Dawno zgasłą zapachniało wiosną.
Coś tam płacze, coś tęskni szalenie,
Jakby serce żywem czuciem drży...
I wionęło dalekie wspomnienie...
Grób i uśmiech... kochanie i łzy...






PIĘCIU POLEGŁYCH.

Jest w duszy polskiej ukryty zakątek,
Gdzie błądzą ciche lat umarłych cienie,
Leży tam kamień grobowych pamiątek,
A pod kamieniem krwawi się Wspomnienie.
A kiedy blizka zbierze się drużyna
I drzwi zamknięte i okna zawarte,
To Polak — kamień duszy swej odklina,
I wydobywa tę krwawiącą kartę...

Zeszłaś, jak teraz, o, polska jesieni,
(U kolan matki byłem dzieckiem małem),
Barwił się cmentarz w złocie i w czerwieni,
W czerwieni, w złocie nad mogiłą stałem.
Leżały na niej jakieś biedne kwiatki,
Ręką sierocą rzucone ze drżeniem...
«Zmów pacierz» — mówię. I cichy szept matki
Jął pierś dziecięcą zakrwawiać — Wspomnieniem.


Padały liście z cmentarnych gałązek,
Szeptała powieść o dawnych żałobach,
A jam raz pierwszy obaczył z Powązek
Ojczyznę moją całą w grobach... w grobach...
Świst kul w ulicach... Ludu pieśń gromowa...
Na pięciu trumnach cierniowe korony...
Przesiąkłe łzami matki mojej słowa,
Polskiego dziecka chrzcie błogosławiony!

To, co przeżyło jedno pokolenie,
Drugie przerabia w sercu i w pamięci:
I tak pochodem idą cienie... cienie...
Aż się następne znów na krew poświęci!
Wspomnienie dziadów pieśnią jest dla synów,
Od Belwederu do śniegów Tobolska,
I znów przez wnuków grzmi piorunem czynów...
Pieśń, Czyn, Wspomnienie — to jedno: to Polska!

Jakże się skryła dusza dziecka w siebie,
Na takim krwawym wychowana karmie...
Pamiętam dzień ten i cmentarz — i ciebie,
Przy nagim grobie stojący żandarmie!
Kędyś, aleją długą, staroświecką,
Szedł smutny Chrystus, jakby ścieżką polną...
<«Teraz ukradkiem przeżegnaj się, dziecko,
Bo tu otwarcie żegnać się nie wolno...»>


Głąb piersi naszych tak się nam mogili,
Jak w leśnych grobach stoi ziemia nasza,
Bezkwietną wiosnę wszyscyśmy przeżyli,
Do wydartego tęskniący pałasza.
Oczyma buntu patrząc w twarz przemocy,
Kryliśmy nasze myśli i modlitwy, —
I skrzyp szubienic śnił się nam po nocy,
Jak śni się innym pobudka do bitwy...

Pięciu poległych... Wieczory cichemi,
Wśród domowników i przyjaciół grona,
Płakał w pokoju płacz duchów, płacz ziemi,
Legenda czarna, legenda czerwona.
Wstawały z mogił poświęceń anioły,
Przypominane i znajome twarze,
Otwarte groby... zamknięte kościoły...
I wielka północ na Polski zegarze...

O, miasto moje! o, Warszawo święta!
Skroń zniżam kornie do twoich kamieni,
Bo w każdym głazie czyjaś łza zaklęta,
I krew się czyjaś na każdym czerwieni!
A gdy myśleli, że cię złożą w trumnie,
Że padniesz, ziemią przysypana krwawą,
To ty z uśmiechem tak hardo, tak dumnie
Męczeński krzyż swój dźwigałaś, Warszawo!


Kładą tablicę na samotnym grobie,
Może ją kładą w blaskach słońca wschodu,
Ale, mogiło, zawsze stał przy tobie,
Zawsze pamiętał — wieczny duch Narodu.
On jest skarbnikiem uczuć, które biegą
Z serc pamiętliwych z pałaców, z poddaszy...
I nie zapomni z grobów tych żadnego,
Co nic nie mają... prócz pamięci naszéj...






1863.

Szumi las... szumi las
W porankowy złoty czas...
Hen, w dal siną echa płyną:
«I za was, i za nas!»

Osiodłane konie rżą,
Płoną oczy, szable lśnią;
Na polanie w zórz świtanie
Z młodych piersi piosnki grzmią...

Bije lasem bujny śmiech...
Wstaje w borze tysiąc ech...
I polata w strony świata,
Do słomianych, kmiecych strzech...

Od kościołka dzwoni dzwon...
Mknie lazurem srebrny ton...
Głos pacierza w strop uderza:
«Daj potomnym zbierać plon!...»


A tam niesie wiatru wiew
Wron krakanie z poza drzew:
Lecą czarną zgrają gwarną...
Czują łupy... czują krew...

Szumi las... szumi las
W ten jesienny złoty czas...
W kraje świata pieśń polata:
«I za was, i za nas!...»






ZWALONYM KRZYŻOM, ZAPADŁYM
MOGIŁOM...

Po ciemnych, cichych, zadumanych borach
Zapadłe w ziemię stoją nizkie groby,
Pieśń je kołysze o wiosny wieczorach
Wspomnieniem krwawej a rycerskiej doby,
I ptak nad nimi tak żałośnie śpiewa,
I łzy spadają z szumiącego drzewa.

Niegdyś tu grała pobudka junacza,
Niegdyś kipiące paliło się życie...
Dziś nad mogiłą ległego tułacza
Chłopska dziewczyna pomodli się skrycie,
Dzieciak przyklęknie, biegnąc na jagody,
I kwiat zakwita... i śpi żołnierz młody...

Szczęśliwy! lasy grają mu rodzinne,
Rodzinne niebo patrzy na mogiłę,
I proch wymarza jakieś lata inne,
I umarłemu sny się roją miłe,
Czuje, jak ziemia żywem tętnem bije...
Na świecie wiosna! Ona żyje! żyje!


A tam daleko, na śnieżystym stepie,
Widnieją krwawe, nie zatarte ślady,
Kruk czarnem skrzydłem nad trupami trzepie,
I Anhellego duch się snuje blady...
Słychać z kopalni grzmot ciężkiego młota,
A w kącie siedzi... gdybyż śmierć!.. tęsknota!...

Tęsknota! Boże! takim strasznym dzwonem
Bije ten wyraz o wygnańcze łono!
Za wszystkiem drogiem, za wszystkiem straconem,
Za chatą własną, za matką, za żoną,
Za kwiatkiem w polu, za niebem, za listkiem,
Za psem domowym! za wszystkiem! za wszystkiem!

O, gdyby leżeć na polanie leśnéj
Z głowicą szabli potrzaskanej w ręce
I czuć, jak ziemią idzie powiew wcześny,
Jak wiosna idzie, czekana w piosence,
Jak przez mogiły idzie, i jak one
Drżą, szczęścia pełne, i z martwych zbudzone!

Ale tam echo wiosny nie dolata,
Tej naszej wiosny, ubranej w pierwiosnki,
I tylko sercom śni się polska chata,
I łan zbożowy, i znajome piosnki,
I krzyż z Chrystusa miłościwem licem,
Co jest tej ziemi stróżem i dziedzicem.


Krzyżom zwalonym, zapadłym mogiłom,
Kopalniom czarnym w srebrnej dalekości,
Leżącym w grobie zmarnowanym siłom,
Żałobnym szczątkom okrwawionych kości,
Duchom, zbawionym przez życia męczeństwo, —
Pamięć — kochanie — i błogosławieństwo!...






CHOPIN’OWSKA CUDNA
LECI PIEŚŃ!...
I.

Od dalekich, ośnieżonych pól,
Od dalekich, wbitych w ziemię chat,
W pieśń zaklęty leci krwawy ból,
Sieje gorzkie na swej drodze łzy,
Wspomnieniami, westchnieniami drży,
A z łzy każdej wstaje cudny kwiat...

A z łzy każdej wstaje cudny kwiat,
W ludzkiem sercu farb tysiącem skrzy,
Dzwoni piosnka z dawnych, z dawnych lat
I zatacza coraz szerzej żal.
A tęsknota woła w dal, hen... w dal...
Po zgubione marzenia... po sny...

Po zgubione marzenia... po sny
Idzie tułacz wieczny: ludzki duch.
Polatują zimne grobu tchy,
I widziadeł wynurza się ćma.
Spada szara, ciężka, gruba mgła,
Dzwon żałobny uderza o słuch...


Dzwon żałobny uderza o słuch,
Pęka wieko trumien, znika pleśń.
Na cmentarzach gwar życia i ruch
I zamarły odzywa się ból...
Od dalekich, ośnieżonych pól
Chopin’owska cudna leci pieśń...



II.

Tak się skrzypki rozgrały,
Aż dziewczynom wre krew.
Tak się skrzypki rozgrały,
Że w mazurku świat cały
Krąg zatacza po kręgu.
A słońce w widnokręgu
Mrze — czerwone, jak krew...

Tak się skrzypki rozgrały...
Nie wiesz: śmiech to, czy płacz?
Tak się skrzypki rozgrały,
Aż pierś rwie się w kawały.
W mazurkowej dźwięk nuty
Wkradł się inny — przykuty
Głos: śmiech — nie wiesz — czy płacz?

Tak się skrzypki rozgrały,
Dźwięczą, jęczą: hej! w tan!
Tak się skrzypki rozgrały,
Aż się nieba spłakały,

Aż w melodyi mazurka
Z krwawej rany krew ciurka...
Dalej, chłopcy! hej! w tan!



III.

Cicho... cicho... tarabany
Biją... trąbki grają...
Cicho... cicho... to ułany
Z wioski wyjeżdżają...

Otworzone na ścież chaty!
Przed chatami matki,
Siwe ojce: srebrne kwiaty...
Rwij się, rwij, piosenko...

Płoną barwne chorągiewki,
Parskają koniki
I ułańskie lecą śpiewki,
Skroś rycerskie szyki.

A przy wiejskim kołowrocie,
Jak maki, bławatki,
Stoją one w zorzy złocie...
Rwij się, rwij, piosenko...

Jeszcze słychać: «Bywaj zdrowy!»
Jeszcze: «Żegnaj, miła!»
I przylata wiatr echowy,
Zimny, jak mogiła.


Serca tęsknią, oczy płaczą,
Dni jaśniejszych świadki...
Tam za lasem kruki kraczą...
Rwij się, rwij, piosenko...



IV.

Jesienną cichą nocą
Martwe gwiazdy migocą.
Sine niebo spoziera,
Jak pierś ludzka zamiera
Jesienną cichą nocą.

Budzi się w trumnach próchno,
Bory i dwory głuchną,
Leżą pola i łany
W drętwej grozie nieznanej...
Budzi się w trumnach próchno.

Starych zamków zwaliska,
Gdzie srebrem księżyc błyska,
Do życia znowu wstają,
Ludne umarłych zgrają
Starych zamków zwaliska...

Polonez na ruinie
W półmroku nocnym płynie:
Tu mignie hełm rycerski,
Tu brzęknie śmiech szyderski.
Polonez na ruinie...


Trupie czaszki i oczy...
Nie łza — krew z nich się toczy.
Pochód szumny i dumny
Przez mogiły i trumny —
Trupie czaszki i oczy...



V.

Więc wstań, piosenko, wstań!
Ty smutna a budząca!
Ty łzawa a gorąca!
Nieś sercom swoją dań!

Nieś życie, które trwa
W każdym duchu, co czeka
Na jutrzenkę człowieka,
Co ją skrywa wciąż mgła.

I mów, piosenko, mów,
Że słońce, które gaśnie,
Choć zgasło — będzie jaśnie
Płonęło jutro znów!






DO LITWY.

Litwo! nie jesteś ty już dawną Litwą!...
I Anioł Unii, zasłoniwszy lice,
Na zrysowane pogląda świątnice,
Gdzie niegdyś górna dwu narodów dusza
Jedną do czynu rwała się modlitwą...

Litwo! Twa cicha, twa słomiana strzecha
Zawarła wrota, jak serce człowieka,
I róg Wojskiego już nie budzi echa...
I cała przeszłość, jako sen, ucieka...
Prastara Litwo Pana Tadeusza...

Litwo! Jagiełłów zbrojny mąż na znaku,
Od Piastowego odlatując ptaka,
Gniewną ostrogą krwawi bok rumaka
I przez złączone w śmierci dziadów kości
Goni ku obcym z świętych mogił szlaku!...


Litwo! gdzie twoi śpiewacy miłości?!...
Oto ofiarna czara, jak grób pusta,
I nienawiścią dyszą bratnie usta...
A tam — z ogromnej wieków dalekości —
Idzie duch smutny Zygmunta Augusta...

Przez bitew pola, przez doliny płaczu,
Przez mrok potępień i przez chwały zorzę
Idziesz z mogiły, o królu tułaczu!
Szukać swych ludów bijącego serca,
Co, jak dzwon, grzmiało na lądy i morze...

Śpią cicho w grobach żałosne Reytany
I śpiewak Litwy śpi z królami razem,
Na cichej Rossie, pod omszonym głazem,
Lirnik wioskowy rozkwitł w darń kobierca,
A serce żywych, jako dzwon — strzaskany!...

Litwo! pieśń twoja, ta arka przymierza,
Zrodzona w święte Promienistych lata,
Dziś w pierś litewską, jak w kamień, uderza
I w sercu brata — nie znajduje brata!...
Pieśń, jak błysk miecza i jak szept pacierza...

Od Bazylianów jeszcze echa dzwonią
I w Ostrej Bramie twarz ta sama świeci,
Z uliczek Wilna, z gwiazdami nad skronią,
Długim pochodem suną Filareci...
Dziady bez wnuków... Ojcowie bez dzieci...


Widm nie puszczając, co stoją za progiem,
Z siół twych i grodów, z powietrza i z ziemi,
Widm umęczonych drogi dalekiemi, —
Litwo! Tyś sama większym sobie wrogiem,
Niźli był niegdyś tamten wróg krzyżowy!

Jeżeli kiedy siwy chłop litewski
Nad wyoranym rdzawym mieczem stanie,
Może się tobie przyśni sen królewski
I, zadumanej pochylając głowy,
Dawną purpurę obaczysz — w łachmanie!...

Wspomnij! lecz choćbyś zapomniała o tem! —
My — na Wawelskie Konradowe lochy!
Na Grunwald, grzmiący skroś wieki z łoskotem!
Na bezmogilne Jasińskiego prochy! —
Miłość niezłomną ślubujem z powrotem!...

I czyli razem, czy duchową bitwą
W jeszcze chmurniejsze pogrążeni cienie, —
Nie przestaniemy i na jedno mgnienie
Braterską ciebie pozdrawiać modlitwą:
Błogosławiona bądź, o Siostro!... Litwo!...






WILNO.

Po twych ulicach błądzę zadumany,
W starych zaułkach na kamieniach siadam,
Głosem znajomym mówią do mnie ściany
I z duszą murów o umarłych gadam.
Z oddali dzwonów pacierz gra wieczorny
Modlitwą żalu stęsknioną i pilną, —
I sercu gościa, czci pełnemu kornéj,
Ze wspomnień swoich zwierzasz się, o Wilno!

Gwiazd cichych oczy na niebie migocą,
Na miasto głuche zapada milczenie,
Kędy się zwrócę tą majową nocą,
Drogie i święte idą ze mną cienie.
Wstają obrazy, widziane od dziecka,
W «nocnych a długich rodaków rozmowach»,
Grób się rozpęka — i pieśń filarecka
Po zardzewiałych uderza okowach!...


U Ostrej Bramy złote lampki gorą
I ludzkie serce pała z niemi razem:
W pustej uliczce, samotniczą porą,
Późny przechodzień klęknął pod Obrazem.
Twarz Jej przejasna takie blaski miecie,
Taką nadzieją Boskie oczy płoną,
Jakby już wszystkich zatułanych w świecie
Miała «powrócić na Ojczyzny łono!...»

Nocą majową, pełną gwiazd i kwiatów,
Wśród murów swoich kamiennej ballady,
Wierne pamięci ległych w grobie światów,
Ty mi, o Wilno! odprawujesz Dziady!
W marzeń na jawie chwili wniebowstępnéj,
Pod dumnym chrzęstem litewskiego znaku,
Jasiński, «młodzian piękny i posępny»,
Na rozhukanym cwałuje rumaku!...

Księżyc, jak strażnik, wyjrzał z chmur załomu
I gród prastary osrebrzył po krańce,
Tak błogo w ciszy zwiedzać dom po domu,
Kiedy je dawni zaludnią mieszkańce:
Groźbą rozpaczy do niebiosów grzmota
Płomieniejąca Konradowa cela,
A nad ofiarą Zana i Czeczota
Bucha czerwone słowo Lelewela!...


Z pustego okna kamiennej arkady,
Skroś lat przepadłych zawarte wierzeje,
Smutnego Julka cień pogląda blady
W usiane liśćmi Jaszuńskie aleje.
Jesienny wicher stare drzewa targa,
Jesienne liście złotym deszczem płyną,
Wiecznemi łzami płacze wieczna skarga:
«Ludko! pamiętasz, pod tą jarzębiną!...»

Nad świętym Janem lecą echa szumne,
Jakby orlemi poniesione pióry,
Dawną powagą dostojne i dumne,
Akademickie ocknęły się mury:
Zagrzmiał potężnie hejnał staroświecki,
Mierzący hardo na zamiary siłę,
I wódz młodzieży uniwersyteckiéj
«Dusi centaury» i «pcha świata bryłę!»

Gdzieś tam, daleko, «na paryskim bruku»,
Płyną godziny, jak więzienne lata,
A myśl w dni klęski, gdyby strzała z łuku,
Do wileńskiego wylatuje świata.
I staje postać u pamiątek urny,
Która zamyka jego sen litewski:
Po swej młodości «pochmurnej i górnéj»
Z królewskiej trumny tęskni duch królewski.


Gdzie Świętojurska kończy się ulica
I plac Łukiski znagła w oczach stanie,
Z kozła mój stary zeskoczył woźnica
I zdjąwszy czapkę, szepnął: «Tutaj, panie...»
Biczyskiem w ziemię uderzył — i w ciszę
Obaj-śmy czujne wytężyli duchy, —
A mnie się zdało, że huk strzałów słyszę
I jęk na wzgórzach zduszony i głuchy...

Nim się do końca noc Dziadów odświęci,
Nim do apelu wezwie dzień surowy,
Jeszcze mi trzeba cisnąć kwiat pamięci
Na twą mogiłę, lirniku wioskowy!
Strunami lutni, złożonej pod głazem,
Twojej się Litwy rozbarwiła krasa —
A gdy kwiat rzucam — to go rzucam razem
Ku niewiadomej mogiłce Ułasa!...

Na wschodzie nieba zorza się czerwieni
I pora kończyć mą wędrówkę nocną,
O, stare Wilno! otośmy sprzężeni
Miłością wierną i jak śmierć tak mocną!
Za chwilę w słońcu staną twoje domy
I groby twoje, i serca twych ludzi,
Ciemność jest bowiem, jako sen znikomy,
Z której się dusza jak ze snu obudzi!


Złoto z purpurą zalały niebiosa,
Zmartwychwstający gore blask zaranny,
Płoną szkarłatem Wilija i Rosa,
Góra Zamkowa i krzyż Świętej Anny.
Zbratany w życia nieugiętym czynie
Z tobą i z twoją relikwią mogilną, —
Pozdrawiam ciebie w porannej godzinie
I do twych wspomnień modlę się, o Wilno!...






OGRÓD SASKI.

Odwieczne lipy i kasztany
Wznoszą do nieba stare czoła,
Codzień z uśpienia świt różany
Do nowych wrażeń starców woła.
Tyle lat przeszło nad ich głową,
Złote poranki, ciemne zmierzchy,
A one stoją jednakowo,
Wznosząc na błękit koron wierzchy.

O czem te drzewa stare gwarzą?
O czem dumają w zmrok perłowy?
Pod ich gałęzi krzepkich strażą
W liści wsłuchałem się rozmowy.
Dziwnie żałosny, zadumany,
Odczułem śpiewne ich chorały, —
Prastare lipy i kasztany
Smutną mą duszę kołysały.


Pomiędzy wielkich drzew zielenią
Stoją posągi obtłuczone,
W łunach zachodu się rumienią,
Jakby swą dolą zawstydzone.
Co dziś po greckich bóstwach światu?
On się fantazyi zrzekł z ochotą!
Drwiąc z poetycznych złudzeń kwiatu,
Na oślep biegnie tam, gdzie złoto...

Czasem gdy siedzę na placyku,
Kędy fontanna szemrze z cicha,
Błyska mi promyk po promyku,
I dawna przeszłość się uśmiécha.
Idą wytworni kawalerzy
I dam bukiecik, pełny wdzięku,
Kawaler w ustach duser świeży,
Dama ma każda serce w ręku...

Król-śpioch, król-tłuścioch, król-pantofel
Do psów celuje na balkonie;
Twarz — istny księżyc, nos — kartofel,
A głowa pusta, choć w koronie.
Czoło pogodne i bez troski,
W sercu zamarły wszelkie żądze;
Przy nim Brühl stary i Sułkowski:
«Brühl! masz pieniądze?» «Są pieniądze!»


Ach! w tych alejach zacienionych
Ileż mi przeszło chwil szczęśliwych!
Ile błysnęło snów złoconych,
Pragnień, do dzisiaj w sercu żywych.
Tu mi jaśniały cudne oczy,
Tum drogą postać czuł przy sobie, —
Dziś dłoń pieściwą robak toczy,
A oczy-gwiazdy zgasły w grobie!

Młody studencik, zapalony
Do napoljońskiej epopei,
Biegałem codzień w owe strony,
Pełny tęsknoty i nadziei;
Snując do pieśni przędzę planów,
Od czystych wzruszeń drżący cały,
Jam szukał starych weteranów,
Którym przewodził «kapral mały».

I nieraz milej, niż z kochanką,
Biegły mi chwile z starym dziadem,
Wspomnienia pełną pijąc szklanką,
Szedłem zwycięskich orłów śladem.
Padały na mnie sławy blaski,
Przeszłości-m wskrzeszał cudną kartę —
I był mi rajem ogród Saski
A w nim aniołem — Bonaparte!...






ZA JEGO TRUMNĄ.
PAMIĘCI BOLESŁAWA PRUSA.

Nad całą Polskę trumna podniesiona
Szła skroś, jak morze, falujące tłumy,
Zda się milionów niosły ją ramiona
Z uczuciem żalu i królewskiej dumy,
Szła tryumfalnie z hymnem dzwonów bicia,
Naród — i trumna, jak świadectwo życia!

Chociaż to pogrzeb, ale tyle słońca
I tyle kwiatów i nadziei tyle,
Jakby ta tłumów rzesza falująca
Szła ku jutrzence, a nie ku mogile, —
To duch, co wiarę krzesał w kuźni bytu,
W serca narodu ufność tchnął z błękitu.

To był twój, Polsko, pochód narodowy,
A w tym pochodzie trumna relikwiarzem,
Jakby się wrócił jakiś psalm echowy
I grzmiał na nowo przed Pańskim ołtarzem,
Jakby wzmożony w przeżytem cierpieniu
Tą trumną Bogu skarżył się w milczeniu.


Cicho tak, cicho szłaś znajomą drogą,
W krepę żałobną osnuta Warszawo,
Co stąpniesz krokiem — dawny ślad pod nogą
Z śladów, co mają do pamięci prawo,
I wyżłobiłaś na drodze pochodu
Szlak jeszcze jeden dla serca narodu.

Nigdy on o tym nie zapomni szlaku,
Ani tej trumny, dnia, ani godziny,
A tyś nad tłumem leciał, wolny ptaku,
I biłeś w skrzydła na ziem okrainy,
I rozpinałeś swoje skrzydła dumne,
Jak biały sztandar, rzucony na trumnę.

Sztandar pokoju, miłości i czynu,
Sztandar, co z jutrem wiąże dawne lata,
A na nim świeże łzy i liść wawrzynu
I godła chwały z czterech krańców świata,
To, co nas broni przed codzienną bitwą,
To, co jest naszą mocą i modlitwą.

Pod taką szedłeś chorągwią w tej trumnie,
A gdybyś spojrzał dobremi oczyma,
Tobyś się w sobie wypromienił dumnie,
Że się tak krzepko serc wiązadło trzyma,
Że się w myśl jedną duchy zestrzeliły
Na ślub wieczysty — u twojej mogiły.


Cisi i mali, nędzni i biedacy,
Serce, co cierpi, duch, który się boi,
Jako do chleba rzucanego ptacy
Tak się garnęli do miłości twojéj;
A tyś ich wszystkich na pierś brał w ramiona
I całą Polskę przyciskał do łona.

Mądry i dobry, wielki, a jak dziecię
Tkliwości pełny i jasnej prostoty,
Jak pilny włodarz chodziłeś po świecie,
W noc najczarniejszą siew rzucając złoty,
I rozwalałeś prostymi wyrazy
Nędzy, ciemnoty, nienawiści głazy.

Duchu żywiący! na twoim pogrzebie
Skroś dzwonów bicia hejnał grzmiał pancerny,
Naród czcił ciebie, a obaczył siebie,
Iż jest, jak niegdyś, potężny i wierny —
A ty tam w górze, za gwiazd nieboskłonem,
Mocnego życia będziesz mu patronem.






ŻYWA HARFA POLSKI.
PAMIĘCI MARYI KONOPNICKIEJ.

I łzy i kwiaty upadły na trumnę...
Na pożegnanie jeszcze pieśń załkała...
A tam na bory, na dąbrowy szumne
Pod zmrok wieczorny idzie postać biała,
Cicha, ku gwiazdom oczy zwracająca,
I w struny duszy, jakby w harfę trąca.

Zajękła żalem dusza siedmiostrunna,
Że już Ojczyźnie dzwoni raz ostatni,
Jak pacierz słodka, jako miecz piorunna,
A tak krzepiąca, nito uścisk bratni,
Dusza-pieśniarka, co zamknęła w sobie
Polskę, żyjącą na ziemi — i w grobie.

Duszo śpiewacza! Na te senne łany
Idziesz w jesiennem słońcu zachodzącem,
Liść z drzew się sypie krwawy, pozłacany,
A niebo w dali srebrzy się miesiącem
I ziemia w blaskach słońca i księżyca
Jest, jak królewna z bajki, cud-dziewica.


Jest, jak królewna zaklęta na smutki,
Na łzy bezcenne i tęsknotę świętą,
A na jej łąkach modre niezabudki
Szepcą: «Pamiętaj!» i kwiatów memento
W tobie na pieśń się wyświęca i leci,
Jak złota gwiazda ducha — skroś stuleci.

Cicho liść pada pozłacany, krwawy,
Pod stopy twemi kobiercem się ściele,
A oto drogą nieśmiertelnej sławy
Odchodzisz, pieśni świetlany aniele,
Patrząc za siebie, jakby tęskniąc za czem,
Ty słyszysz: Polska żegna ciebie płaczem...

Żegna cię płaczem Polska, ziemia twoja,
Pod tem jesiennem, zadumanem niebem.
Ona czar piła z twojej pieśni zdroja
I ducha twego żywiła się chlebem,
I długiem echem od brzega do brzega,
Jak dzwon nieszporny, pieśń się twa rozlega.

Wszystko, coś z piersi wydobyła swojéj,
Wszystko, co miałaś zaklęte w swem łonie,
Wszystko, co budzi, co woła, co koi,
Co gra i dźwięczy, porywa i płonie,
Wszystko to teraz w zmrok październikowy
W krąg twej bolesnej polatuje głowy.


I jakby żywa harfa, pełna dźwięku,
Jak harfa, która duszą jest tej ziemi,
W strony zaświata odchodzisz bez lęku,
Ale ze smutkiem, ale z łzy srebrnemi,
Żałosna krwawem przed drogą żegnaniem
Z tem, co ci było największem kochaniem.

Szumiące lasy, w mgle wieczornej pola,
Przydrożne wierzby i śródpolne grusze,
I ta nędzarzy twarda, szara dola,
I te gorące proste ludu dusze,
Pod starym krzyżem modlitwa bez świadków
I dzieci chłopskie z oczami z bławatków —

Wszystko to, wszystko kochałaś tak wiernie
I wszystko ciebie żegna, gdy odlatasz,
A ty łzy, kwiaty, promienie i ciernie
W jeden pamiątek święty wieniec splatasz,
I idziesz z świata męczeńskich padołów
Wzwyż — anioł ziemi do niebios aniołów...






NA GRÓB
HENRYKA SIENKIEWICZA.

Gdziekolwiek spoczniesz, Króla Ducha Synu,
O, wielki Synu Matki umęczonéj,
Wszędzie na grób twój padnie liść wawrzynu
I łzy rodaków, jak perły z korony.
Gdziekolwiek będą leżały twe kości
Tam, kędyś runął, gdyby wódz śród bitwy,
Staną anioły Sławy i Miłości,
Jak dwaj posłowie od Polski i Litwy.

Bo tobie dzisiaj ziemia twa rodzona,
Tak krwią zbroczona i żałosna taka,
Śle do mogiły królewskiego ptaka,
By nad nią czuwał, aż się Dzień dokona!
Nim do pól wrócisz, malowanych złotem,
Gdy pieśń swobody wzniosą bory szumne,
Orzeł twój biały przypadnie z łoskotem
Zerwanych kajdan na hetmańską trumnę.


Ale ty będziesz miał swój grób królewski
W ojczystej ziemi, kędy polskie dziecię,
Imię twe szepcąc, rzuci polne kwiecie,
Mak purpurowy i chaber niebieski;
Gdzie przyjdzie chłopiec żar rozpalać ducha
I broń nastalać o kamień grobowca,
Gdzie do obcego powiemy wędrowca:
«Patrz! Tej mogiły cała Polska słucha!»

Na swoją biedną, nieszczęśliwą ziemię
Tyś z królewskiego rzucił płaszcz szkarłatu,
I niewolnica w monarszym dyademie
Dawną swą chwałę pokazała światu.
Zmartwychwstająca, choć ranna i krwawa,
Gdy niebo nad nią zorzą się ozłaca,
Ten płaszcz królewski — Ona tobie zwraca,
I swój majestat prochom twym oddawa!...






ULICZNA PIOSNKA.

Uliczna piosnka, urodzona —
Nikt nie odgadnie gdzie —
Z zaułków miejskich skrada się
Na ludne targowiska;
Piorunów zemsty nie ma ona,
Ani wściekłości lwiej;
Gryzący dowcip bije z niej,
Ironia gorzka tryska...

Uliczną piosnkę młode usta
Już nucą tu i tam,
Leci do okien i do bram
Niepochwycona, lekka;
Blednie mieszczuchów twarz, jak chusta,
Bo ten hałastry śpiew,
Pachnie, jak świeża, ciepła krew,
Stryczkiem go czuć zdaleka!


Uliczna piosnka, taka drwiąca,
Wpada w nędzarzy tłum,
Gniewliwy stwarza zgiełk i szum:
O to jej chodzi właśnie!
W otchłanie rzuca promyk słońca,
Na sercach ludu gra;
Już każde dziecko piosnkę zna
I szepce ją, nim zaśnie.

Uliczna piosnka z suteryny
Obiegła ludny gród,
I do królewskich puka wrót,
Do stóp złotego tronu:
Zrywa się władca z gniewu siny,
Skrzy mu się wzrok, jak lont,
Każe ją chwytać, wlec na sąd:
Ściąć piosnkę bez pardonu!

Pędzą drabantów czujne straże,
Idzie z toporem kat,
Na rusztowaniu stanął rad,
By piosnkę ściął lub spalił. —
Lecz nim wybiła na zegarze
Godzina kaźni jej,
Od lekkiej, drwiącej piosnki tej
Królewski tron się zwalił!...






KRÓL-DUCH.[2]
Warszawo! tę pieśń ci pod nogi kładę
I nóg skrwawionych twoich sięgam głową...
J. Słowacki.

Jesteś tu, Duchu! Wiem, że jesteś z nami!
Że cię z za świata serc przyciągło granie!
Niech milczą usta! — i duchowie sami
Niech z tym, co zeszedł, czynią powitanie!
Oto bijący złotemi skrzydłami
Z harfą Derwida, zaklętą w kurhanie,
On, który każdą drogę przeznał krwawą,
Stoi — i patrzy w serce twe, — Warszawo!...

Czy się twe serce zapytań nie zlęknie?
Czyli nie zadrży w tej rozmowie skrytéj?
Czy uderzone oczyma nie jęknie,
Jak ktoś, co w pieśni był na słońce wzbity,
A dziś-by nawet już nie umiał pięknie
Przeszłości swojej pas rozwinąć lity,
Na którym tęcza i łzy leżą społem?! —
Czy popiołowi dobrze być popiołem?!...


O, nie! Zamilknij ty, przeklęte słowo!
Słyszysz? Orłowe dolatują skwiry!
Śpiąca królowa budzi się królową
I miota szkarłat na grobowe kiry!
Pieśń poświęconą tobie, pieśń echową
Wszystkie dziś serca grają, gdyby liry,
I myśmy razem, jako lutnia złota,
Na której On gra — i nasza tęsknota!

Warszawo! Kędyś zdala — zdala — zdala
Znajome tobie pielgrzymują duchy;
Gnała je niegdyś groźna losu fala,
Jak wiatr z drzewiny liść unosi suchy,
Wracają! serca pamięć je ocala
I z dalekości przyprowadza głuchéj,
Idą szeregiem z trumny rozpękniętéj,
A ty poznajesz dawny sen: odklęty!...

Dawny odklęty sen! I grom uderza!
I błysk pioruna bije w serce twoje!
Ów błysk pioruna i ów płacz pacierza,
Który od mogił zwołał śpiące woje!
A ty na piersiach ryngraf masz rycerza
I swoje groby i zbudzenia swoje
I, na tych duchów pielgrzymkę pochodną
Patrząc, wiesz w sercu, że ich jesteś godną!


Klęknij! I skronią uderz Mu w pokłonie
On ci to bowiem duchy te odklina,
A większe są ich zwycięstwa po zgonie,
Niźli za życia, gdy biła godzina!
Jego dziś idzie zorza — i zapłonie!
I On się sercom ludu przypomina;
Więc Mu, Warszawo, daj nagrodę zgonu,
Ty, któraś sercem jest — Wielkiego dzwonu!...

Daj Mu nagrodę i dank! — ty ofiarna!
I z łez Mu żalu święty zwij różaniec...
Niech — tam daleko — kolumna cmentarna,
Nad którą złoty ducha lśni kaganiec
Zadrży... Ojczyzna idzie gospodarna
Szukać na dawnych bohaterów szaniec
Syna — i prochom na łoże tułacze
Sypie łzy swoje i kwiat... Proch zapłacze...

Cicho... Nad nami czuwa Duch królewski...
Niech milczą usta, a przemówią duchy...
Witaj, Poeto! — i czyń!...






WAGARY.

Niezapomniane młodzieńcze lata!
Szkolne wspomnienia niezapomniane!
Na ciężkich drogach chmurnego świata
Wyście jak balsam na krwawą ranę!
Gdy wstecz obrócę wzrok, taki łzawy,
Wnet się, jak czarem, byt złoci szary, —
Niech żyje przyjaźń od szkolnej ławy!
Niech żyją nasze dawne wagary!

Zgraja chłopaków, psotnych jak licho,
Krzyczy, chichocze, śpiewa, jak ptaki.
Ktoby tam siedział chmurnie i cicho:
Trzebaż gimnazyum dać się we znaki!
Nic nie rozróżnisz wśród srogiej wrzawy,
Klasa turkota, jakby młyn stary, —
Niech żyje przyjaźń od szkolnej ławy!
Niech żyją nasze dawne wagary!


Odrazu poznać upodobania,
Co już od mała w dziecku widnieją;
Ten smętne oczy ręką zasłania
I wiąże rymy barwną koleją;
Ów kreśli piórem najświeższe sprawy,
Lub trafny portret: ot, Francuz stary!
Niech żyje przyjaźń od szkolnej ławy!
Niech żyją nasze dawne wagary!

Więc jeden kiedyś będzie artystą,
Wieniec poety drugiego czeka, —
Ach, któż odgadnie tę przyszłość mglistą,
Co dla dzieciaków taka daleka!
Czy pójdą w życie w promieniach sławy,
Czy — prości duchem — po ścieżce szaréj? —
Niech żyje przyjaźń od szkolnej ławy!
Niech żyją nasze dawne wagary!

Nadeszła wiosna! wabi i nęci!
Podaje pełną uciechy czarę!
Ech, gdy się cały kurs ma w pamięci,
Można opuścić dni szkolnych parę!
Czyż to lenistwo? Boże łaskawy!
Czyż to rozpusta? Nikt nie da wiary! —
Niech żyje przyjaźń od szkolnej ławy!
Niech żyją nasze dawne wagary!


Więc się umawia kilku kompanów,
Zbratanych szczerze sercem i myślą,
I zatopieni w powodzi planów
Owej wycieczki marszrutę kréślą.
Ten tego, inny tego ciekawy:
Godnych widzenia rzeczy bez miary! —
Niech żyje przyjaźń od szkolnej ławy!
Niech żyją nasze dawne wagary!

Rusza na miasto komunik chwacki,
Radość, jak słońce, płonie z oblicza,
Temu z kieszeni sterczy Słowacki,
Ów ma pod pachą tom Mickiewicza.
Zdążając w stronę starej Warszawy,
Na korny pacierz wstąpią do fary, —
Niech żyje przyjaźń od szkolnej ławy!
Niech żyją nasze dawne wagary!

A potem stójka przed każdym domem:
Korabiem dumnym na wieków fali!
Jakże nam «wczora» było widomem!
Myśmy je z murów sercem czytali!
Wstawał przed okiem obraz jaskrawy
I rzucał w łona niestarte czary, —
Niech żyje przyjaźń od szkolnej ławy!
Niech żyją nasze dawne wagary!


Tam na facyatkach i wśród kramików,
Z pomiędzy stróżów, przekupniów, traczy
Myśmy szukali napoljończyków,
Starych, wąsatych, siwych rębaczy!
A gdy się znalazł, Boże łaskawy!
Jakie gawędy! wiwaty! gwary!
Niech żyje przyjaźń od szkolnej ławy!
Niech żyją nasze dawne wagary!

Dzieciństwo... młodość... i łza się kręci,
I taka w sercu tęskna żałoba!
O, nie! nie zniknie nigdy z pamięci
Ta najcudniejsza, ta złota doba!
Leć do niej jeszcze, leć, duchu łzawy!
Czerp odrodzenie z przeczystej czary! —
Niech żyje przyjaźń od szkolnej ławy!
Niech żyją nasze dawne wagary!...






EVVIVA GARIBALDI!

Od polskiej ziemi leci pieśń
Tam, gdzie cytryny kwitną,
Uderza sercem w mogił pleśń
Pod tonią Włoch błękitną;
Na bohaterów pada grób,
Bijąca w słońce z ognia prób
I wolnych duchów stwierdza ślub:
Evviva Garibaldi!

Wionął swobody bujny prąd,
W posadach świat drży stary,
Jakiś się wielki czyni sąd:
Spiskują karbonary,
Próżno katowski krwawić pień,
Kuje się w lochach nowy dzień,
I więzień słucha wiosny tchnień:
Evviva Garibaldi!


Gna rewolucyi rżący koń,
Na koniu anioł krwawy:
O, ludy świata! czas! za broń!
Za broń! i w pole sławy!
Płomieniem bucha zimny głaz,
I odbrzmiewają echa wraz:
Za was, o ludy! i za nas!
Evviva Garibaldi!

«Tysiąc walecznych...» gdzie to? ach!
Piosenka rwie się z łona
I na dnie serca gaśnie w łzach...
Italio wyzwolona!
Z równą ekstazą idąc w bój,
Inną miał drogę «tysiąc» twój,
I ty, Italio, masz dom swój!
Evviva Garibaldi!

Złudna to jeno śmierć a sen
Ległych od ostrej kuli!
Na wysokości stoi, hen,
W czerwonej duch koszuli.
Oni wciąż czynią, żyją wciąż,
Wołając światu: W górę dąż!
Excelsior! kona zbrodni wąż!
Evviva Garibaldi!


O, ziemio moja! wytęż słuch:
Grzmią twoje bohatery!
Jednaki lot ma wolny duch
Z szafotu czy z Caprery!
Pęka żelazo rdzawych krat,
Godzinę wielką czuje świat —
I lud ludowi będzie brat!
Evviva Garibaldi!






DO STAREGO MIASTA.
PO LATACH.

Znów mi się zjawiasz w uroczem widzeniu,
O, Stare Miasto, ukochanie moje!
Oto gdzieś w rynku stoję na podsieniu,
A twego życia płyną barwne zdroje,
Każdy kamyczek w tęczy i w promieniu
Bije mi w oczy, i postaci twoje
Szeregiem idą w blasków zawierusze,
Ciche — i słodkie — i słoneczne dusze...

Jest to jak gdyby rewia duchów senna,
Ja na nią patrzę i komenderuję...
Na modrem niebie gaśnie jasność dzienna,
I Stare Miasto purpurą maluje,
Mieni się szata od zwykłej odmienna,
Jak płaszcz królewski świetnie połyskuje,
A w onych światach czerwieni i złota
Płynie wskrzeszonych duchów cicha rota.


Widzę ich wszystkich! Pękły wieka trumny
I zapomniane otwarły się groby,
Zaludnia domy orszak wizyi tłumny,
Z lat dawno zmierzchłych i z wczorajszej doby.
Oto wąsaty Halabarda dumny,
Oto ów dzwonnik, w srebrnych łzach żałoby,
Na farną wieżę stąpa smętny, chudy —
I grają dzwony widmu Dławidudy!...

Z okna izdebki przy starym kościele
Twarz patrzy słodka księdza kanonika,
Wesołych ptasząt nucą mu kapele,
On się uśmiecha i brewiarz odmyka.
Księże prefekcie! w pokutnym popiele
Nurza się głowa szkolnego psotnika,
Pomódl się za nim i poczciwą dłonią
Krzyż uczyń Pański nad znękaną skronią.

Z daszkiem na oczach, pod murem, jak ślepce,
Idzie Roch Denar z młodym wychowankiem,
Stróż Marcin Wiecheć «Anioł Pański» szepce,
Patrząc ku niebu za jasnym porankiem,
Nocną godziną w odludnej izdebce
Małe okienko pali się kagankiem
I stary kapral po cichu... po cichu
Gada o Bemie na studenckim strychu...


Na starym ganku siedzą trzy boginie,
Dźwięki gitary lecą, szemrzą miękko,
O tym ułanie i o tej dziewczynie
Opowiadają odwieczną piosenką;
Z powiędłych twarzy łza tęsknoty płynie,
A pan Cholewa macha ranną ręką
I grubym basem bierze udział w śpiewie,
Marząc o wielkim ludów świata gniewie.

I nagle z głębi brudnego podwórza
Zagrały skrzypki pana Mateusza,
Głos po mieszkaniach przeleciał, jak burza,
A w onym głosie była żywa dusza!
Każde się lice wyjaśnia, rozchmurza,
Pieśń wszystkie usta do uśmiechu zmusza,
Zda się, do domu weszło złote słońce,
Ogromne, jasne i ożywiające!

I cichną wokół wszystkie inne głosy,
Ten jeden tylko prym trzyma — i śpiewa,
Uderza falą w spokojne niebiosy,
Odbity w echu dołem się rozlewa;
Co to? Na oczach srebrne błyszczą rosy.
Co to? Łzy płyną — razem śmiech rozbrzmiewa,
Dziwne się czynią w ludzkich sercach czary,
Gdy na swych skrzypkach gra Mateusz stary.


I słucha skrzypek pani Maciejowa,
Trzęsąc nad kramem starą, siwą głową.
I pan Bartłomiej dośpiewuje słowa,
Z czapką na uchu i z miną marsową,
Doktor Barnaba goni młodość, płowa
Wiślana fala wtóruje echowo
Dźwiękom, a flisak w marzeń wniebowzięciu
Duma o wiośnie i o pięknym księciu...

Aktor z Onufrem, szewcem z prapradziada,
Przy jednym stole gwarzą uroczyście;
Nad kominami stoi pełnia blada
I stroi dachy w srebrnych blasków kiście,
Stara piosenka, jakby macierz gada,
Lecą marzenia, jak złociste liście,
A z kąta zerka stary Żyd rozszlochan,
To Berek Jawor, z nim płacze pan Johan.

Tak mi się wszyscy zjawiliście, oku
I sercu memu najmilsi i blizcy,
W melancholijnym przypomnień potoku,
Uczuciem wielcy, pychą życia nizcy,
Jak gwiazdy w smutnym dni męczących mroku
Świecicie... Pójdźcie! pójdźcie wszyscy! wszyscy!
A ty najpierwszy z pamiątek kolorem,
Grajku przedziwny, co mi byłeś wzorem.


O, Stare Miasto! Choć po twych ulicach
Znów będę błądził smętnie zadumany,
Już się nie rozlśni oko w błyskawicach,
Ni serce moje zagra, jak organy;
W starej katedrze w srebrzystych mgławicach,
Żaden mi anioł nie wstanie świetlany,
Jak wówczas, kiedym w moich dni rozkwicie
Szedł, niosąc pieśń swą — i serce — i życie.

Jak mi pamiętne wszystkie chwile owe,
Górne zapałem, co rozsadzał łono!
Jak mi pamiętne lata porankowe,
Które do dzisiaj złotem światłem płoną
I, niosąc z sobą odgłosy echowe,
Koją wspomnieniem duszę umęczoną,
Jak mi pamiętna młodość moja cała,
Pieśniarsko dumna i anielsko biała!...

Gdy szarość, nuda i żal mnie otoczy,
Gdy nędza życia serce mi wysusza,
Do ciebie zwracam roztęsknione oczy,
Do ciebie biegnie uskrzydlona dusza,
Młodości mojej wstaje sen uroczy,
Teraźniejszości zamiera katusza
I znów się czuję dumny — silny — młody,
Nadziei pełen i pełen pogody.


Po twych zaułkach szukam dawnych ludzi,
I drżę ze szczęścia, gdy w ich sercach czytam,
Świat się zamarły na mój rozkaz budzi,
A ja zeń barwy do swej przędzy chwytam,
W com wierzyć przestał, znów mnie czarem łudzi,
Jak ptak szybuję i jak kwiat zakwitam,
I znowu-m gotów na życia ofiarę,
Umiłowane moje Miasto Stare!...






W ROKU 1791.
OSOBY:
Książę Józef.
Stanisław August.
(Sala w Zamku królewskim. Okno na plac Zamkowy. Za oknem krzyki radosne tłumu).
STANISŁAW AUGUST (patrzy w okno).

Czy to lud wolny? Czy to czerń szalona?

(Zamyślony).

Jakże mi cięży Jagiełłów korona!

(Po chwili).

Niegdyś myślałem, że z wyżyny tronu
Rozbudzę struny polskiego bardonu,
W półdzikim kącie północnej Europy

Wzniosę gmach sztuki pod błękitów stropy
I w tej sarmatów ojczyźnie surowéj
Na podziw światu wzniosę Wersal nowy,
A Francya z Polską zgłuszą ciemnot chwasty...

(Po chwili).

Stanisław August — i Ludwik Czternasty!

(Po chwili).

Czy lud mój wielki? Czylim ja zbyt mały?

(Po chwili).

Wstrząśnione z posad królestwa zadrżały!
W Paryżu, gdzie się młody sen mój złoci,
Wśród krwi i ognia rządzą sankiuloci
I najjaśniejszy tron ma — gilotyna!

(Po chwili).

A teraz moja szaleje kraina!

(Po chwili).

Chcą swobód! leczyć chcą prastare rany!
Rozumiem ciebie, kraju mój kochany,
Oślepiający blask, co z berła strzela,

Nie zabił we mnie cnót obywatela;
Widzę: z mgły wieków wstaje Jutrznia nowa.

(Po chwili).

Lecz cóż mi powie imperatorowa?!...

(Po chwili).

Wyroki losu w sercu mem się piszą...
Wagi dziejowe chwieją się, kołyszą,
Każdym mym nerwem czuję ich wahanie...
O, dolo królów!


KSIĄŻĘ JÓZEF.

Najjaśniejszy Panie!
Królu i stryju! Biegnę wprost z ulicy,
Sami szczęśliwi dzisiaj w twej stolicy!
Szlachta z mieszczaństwem zbratana pospołem
Nazywa ciebie Ojczyzny aniołem!
I na potencye nie bacząc niczyje,
Woła: «Żyj, Polsko! Dobry król niech żyje!»

(Po chwili).

Tam na Krakowskiem ciżba szła wzruszona,
Widzę marszałka... Tłum go wziął w ramiona...
Krzyczą: «Sejm wiwat! wiwat rząd ojcowski!
Wiwat Ojczyzna! wiwat Małachowski!»
Niosą... Marszałek, wzniesiony wysoko,

Płynął nad ludem... łzą mu błysło oko,
Łez nie ocierał... z twarzy mu leciały,
Jak jasne perły... Starzec srebrno-biały
Wskazał na zamek i wołał: «O, ludu!
Tam król! Tam sprawca wyzwolenia cudu!
Jemu pod nogi błogosławieństw słowa!...»


STANISŁAW AUGUST.

Lecz cóż mi powie imperatorowa?!


KSIĄŻĘ JÓZEF.

Królu! do mojej Ojczyzny — do naszéj!
Ma prawo tylko błysk polskich pałaszy!
Tylko serc naszych bicie, co, jak dzwony,
Na rezurekcyę grzmią na cztery strony
I budzą prochy z mogił pogranicznych,
Świecące krwawo śród łanów pszenicznych —
Tylko te prochy i my, i ty, Sławo!
Do ziemi polskiej mamy polskie prawo!


STANISŁAW AUGUST.

Pepi! Jak łatwo płyną te wyrazy...
A życie twarde, ach, twarde, jak głazy!
Zewsząd niepewność i groźba!


KSIĄŻĘ JÓZEF.

Już dnieje!
Polska się budzi!...


STANISŁAW AUGUST.

Lecz mój tron się chwieje!...


KSIĄŻĘ JÓZEF.

Królu! Nad tron twój, nad królów zaszczyty,
Większy majestat Rzeczypospolitéj,
Szczęście narodu na odległe czasy
I wieść o tobie, co pójdzie na lasy,
Na łąki kwietne i pola szumiące,
I będzie jaśnieć, jak promienne słońce,
Pod chłopską strzechę znijdzie w dźwięcznym rymie
I wieńcem chwały ozdobi twe imię!...


STANISŁAW AUGUST.

Jam śnił, że Polski tron zostawię tobie...


KSIĄŻĘ JÓZEF.

A może tron mój nie tutaj, lecz w grobie...


STANISŁAW AUGUST.

Pepi! jak dziwnie mówisz dziś! Ty, młody!
Brałeś od życia uśmiechy pogody,
Chciwemi usty piłeś rozkosz z czary...
Gdybym twe lata miał, ja, taki stary!
Gdybym twe lata miał!...


KSIĄŻĘ JÓZEF.

Nie wiem, co znaczą
Te słowa... Czasem oczy me zobaczą
Coś, z czego sobie zdać nie umiem sprawy...
Czasem mi błyśnie jakiś płomień krwawy,
Trąbka zadzwoni... z daleka... z daleka...
Orzeł zakracze — i w przyszłość ucieka...

(Po chwili, zadumany).

Pepi... A mnie się czasem w myślach zdaje,
Że mnie inaczej nazwą polskie kraje,
Że w krwi sztandarów i w żałobnym kwefie
Wstanie piosenka — o księciu Józefie!
Na grobach siądzie, strażując niezłomnie,
I polskim sercom będzie mówić o mnie!...


STANISŁAW AUGUST.

To są dzieciństwa, mój Pepi! Tyś może
Znów zakochany?... A w jakim kolorze
Nowa miłostka? Ty... ja... duchy bliźnie...


KSIĄŻĘ JÓZEF.

Chciałbym się, stryju, zakochać w Ojczyźnie!...

Po chwili.

Ojczyzno moja! Dzisiaj dzień twój wielki!
Wschodzą promienie zorzy wskrzesicielki,
Jak mur stanęły zjednoczone Stany,
I kmieć, już wolny, wychodzi na łany
Orać tę ziemię, której dziś się czuje
Nie niewolnikiem, lecz synem!...
Miłuję
Ciebie, o Polsko! Coćkolwiek się zdarzy,
Wszystkich przy sobie będziesz mieć na straży!
Od tych, co rządzą, do tych, co cię w bólu
Żywią i bronią!

(Za oknami muzyka, gwar, rozlegają się dźwięki poloneza 3-go Maja).

Królu! Spojrzyj, królu!
Oczy narodu, jak strzały z cięciwy,
Biegną do ciebie! Naród twój — szczęśliwy!


STANISŁAW AUGUST.

Grają kapele, biją tarabany...


GŁOSY ZA OKNAMI (z muzyką).

Wiwat król! wiwat naród! wiwat wszystkie stany!


KSIĄŻĘ JÓZEF.

Królu! wstał Naród! grzmi, jak pieśń gromowa!...


STANISŁAW AUGUST.

Buja na wietrze chorągiew ponsowa,
A na niej orzeł zrywa się do słońca!
Orle mój! w piersiach fala krwi gorąca
Porusza serce i wierzyć mi każe
W narodu mego najświętsze ołtarze,
Które mu wznosi wiekopomne Prawo!...


KSIĄŻĘ JÓZEF.

Jesteście wolne, Polsko i Warszawo!






SZTANDARY POLSKIE.

Polskich sztandarów ptak[3],
Wieczystej chwały znak,
W błękitny wionął szlak,
Dumnie, jak wprzód!

Błysnęła zorza z chmur,
Znalazła w sercach wtór,
A orzeł bielą piór
Osłonił lud!

Hej, ludu! czoła zniż:
Twe orły wieją wzwyż:
Tak szły na armat spiż
Za dawnych dni!

Swobody głoszą wieść!...
O! Ty je umiesz nieść
I ginąć za ich cześć
W potokach krwi!


Pod tych sztandarów wiew
Wolności dźwięczał śpiew,
Za wolność ciekła krew
Przez tysiąc lat!

Kto ich nie umie czcić,
Kto zrywa wieków nić, —
Ten z nami nie wart żyć!
Ten nie nasz brat!

Pod nowej zorzy wschód,
U złotych jutra wrót,
Nie pyta: skąd twój ród?
Ten sztandar nasz!

Gdzie wolny duch się wzbił,
On zawsze pierwszy był
I święcił krwią swych żył
Swobody straż.

Więc cześć sztandarom tym,
Co w mroku długich zim,
Wzwyż duchy wiernym swym
Umiały wznieść!

Za kaźń męczeńskich lat!
Za noc więziennych krat!
Za świętych ofiar kwiat
Na wieki cześć!






«WARSZAWIANKA».

Orle biały! Znów zadniało!
I swobody gwiazdy lśnią!...
Wolne skrzydła rozwiń śmiało
Nad Ojczyzną, zlaną krwią!
Po kajdanach rany rdzawe
Z okrwawionych zedrzyj piór,
Uderz sercem o Warszawę,
A rubieże dadzą wtór!...

Sen o Polsce niepodległéj
Jak sakrament w sercach tlał,
Na fundament krwawe cegły
Niósł jej Naród z polskich ciał!
A gdy krzyk dziś w niebo bije,
Od Bałtyku do Tatr grzmi,
To dlatego Polska żyje,
Że, Narodzie, żyjesz ty!


Choć w królewskiej twej koronie
Tylu pereł jeszcze brak,
Berło Chrobrych w krwawym szponie
I Batorych dzierżysz znak.
Nim pioruny nie przegrzmiały
Do granicznych wzbij się wrót, —
Z tobą leci, Orle biały,
Leci z tobą Naród, Lud!

O, Młodzieży! Chwała tobie!
Od pokoleń tobie cześć!
Wzięłaś szablę śpiącą w grobie,
Aby żywym — życie nieść!
Wawrzyn sławy? Cóż z wawrzynem!
Na mogiły wawrzyn rzuć!
Ty krwią swoją, swoim czynem
Wolną Polskę będziesz kuć!

Wolna Polska! szept w modlitwie,
Co z dziecięcych ustek brzmi,
Myśl ostatnia ległych w bitwie
Na posłaniu z młodej krwi,
Sen wygnańca w śnieżnej dali,
Katorżniczy ludu chrzest,
Pieśń, co budzi, gniew, co pali, —
Wolna Polsko! — Tyś to jest!...


A jeżeli gwiazdy zgasną,
Gdyby świt się znowu śćmił,
My cię, Orle, krwią swą własną
Nakarmimy, abyś żył!
I zbratani serc orędziem,
Gdzie się mogłeś lata kryć,
Wolni duchem — wolni będziem,
Wolni, z Orłem w sercach, żyć!


6 Listopada 1916 r.






Przypisy

  1. Legia polska weszła do Rzymu d. 3 maja 1798 roku, a więc w siódmą rocznicę ogłoszenia konstytucyi.
  2. Wiersz ten miał być wygłoszony w Teatrze Wielkim na przedstawieniu uroczystem w setną rocznicę urodzin Juliusza Słowackiego. Cenzura jednak ówczesna nie zgodziła się na to.
  3. Na czele Pochodu Narodowego w r. 1905 niesiono chorągwie polskie z 1831 i 1863 r. O tych sztandarach mówi wiersz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Artur Oppman.