Pieśń zwycięska. Do Stefana Batorego, króla polskiego, po zwycięstwie i odzyskaniu inflant w r. po nar. Chr. 1582

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Elegia VII Pieśń zwycięska. Do Stefana Batorego, króla polskiego, po zwycięstwie i odzyskaniu inflant w r. po nar. Chr. 1582 • Rymy łacińskie Jana Kochanowskiego • Jan Kochanowski Oda I. Do Henryka Walezyusza, króla polskiego, bawiącego we Francji
Elegia VII Pieśń zwycięska. Do Stefana Batorego, króla polskiego, po zwycięstwie i odzyskaniu inflant w r. po nar. Chr. 1582
Rymy łacińskie Jana Kochanowskiego
Jan Kochanowski
Oda I. Do Henryka Walezyusza, króla polskiego, bawiącego we Francji
Przekład: Ludwik Kondratowicz.

PIEŚŃ ZWYCIĘSKA.
(EPINICION).

DO STEFANA BATOREGO, KRÓLA POLSKIEGO, PO ZWYCIĘSTWIE
I ODZYSKANIU INFLANT W R. PO NAR. CHR. 1582.



Doride cum cythara et cum dulce sonantibus odis.



DWUNASTO-WIERSZ (DUODENARIUS).
I.

Weź, muzo, lirę, zgromadźmy się w chory,
Hymn słodko-brzmiący zanucę, jak mogę!

Oto powraca wojenny Batory,
Więc czołobitnie zastąpmy mu drogę.
On nie był w próżnych turniejów obozie,
Szukać szermierskiej u Frygijców chluby,
Nie na zwycięskim zapaśniczym wozie
Dąży do kraju i małżonki lubej;
Ale powracać od Dunaju musi,
Wrogów pierzchliwych złamawszy puklerze;
Dobywszy szturmem stu grodów na Rusi,
Wiedzie swe wojsko na ojczyste leże.


II.

Ten mąż rycerski, ten zapaśnik Boży,
I radą wesprze dzieło przedsięwzięte,
I szczerze chrobrej prawicy dołoży.
Starłszy kły czasu ostre i zawzięte,
On starą chwałą olimpijską błyska;
Znikły istmijskie gonitwy olbrzymie,
Umarłych w Delfach Febowe igrzyska,
Nemejskich szermów nieznane już imię.
Trawą zarosły cyrki zapaśnicze;
Lecz serce mężów, co na nich walczyli,
Nie zmarło światu, — rycerskie oblicze
Jeszcze do naszej doczekało chwili.


III.

A król mój, wielki przed innemi wodze,
Tak jasny szatą bohaterskiej sławy,
Że i Mars przed nim ustąpi na drodze,
I znają męże dank jego buławy.
Ale krom tego, jak inni rycerze,
On nie pogardza i nauk przysługą:
Z nich i cześć swoją, i pożytek bierze,
One mu służą i będą na długo.
A jakaż ludzkość w tych piersiach się chowa!
Jaka łagodność przy takiej odwadze!

Gdybym przytoczył i czyny, i słowa,
Rzekłbyś, że chyba pochlebstwami kadzę.


IV.

Ani ten w wielkiej Homerowej odzie
Sławion Ulises omijał zasadzki
Tak przenikliwie, przy wszelkiej przygodzie,
Ani tak bacznie, jako król sarmacki.
Nie tak Ulisses baczny i ochoczy,
Bieżał od morskich potworów przejęty,
Nie tak zamykał i uszy, i oczy
Na głos Syreny i na jej przynęty,
Jako nasz Stefan, co serce zawarłszy,
Gdzie wszelka rozkosz, gdzie wczas i zabawa,
Swoją prawicę i umysł monarszy
Na twarde prace ochoczo podawa.


V.

Jak, na ojczystej będąc jeszcze niwie,
Szczerze pracował w wojowniczej szacie,
Na jakich wojnach hetmanił żarliwie
W krwawym pomiędzy królami rozbracie,
I jako z pięknych korzystał przykładów
(Bo w jego rodzie wodze i książęta.
Bo on Attylów, bo wnuk Huniadów),
Kto inny może dokładniej spamięta.
Ktoś w późne wieki te dzieła wysłowi.
Pomnieć je będą i cudzy, i swoi,
Przeszłość, i przyszłość — kiedyś śpiewakowi
Wdzięczne wspomnienie do serca się wpoi.


VI.

Zwyciężyć zamach zawiści piekielnej,
Jest to rzecz godna Herkulowej siły;
Tobie jednakże, o Batory dzielny!
Tę wielką własność losy przysądziły.
Gdzie zamierzyłeś, wraz doszedłeś celu,

Dali ci serce Polacy z ochotą,
Boś w twoim kraju bogatszy od wielu,
Każdego swoją przewyższyłeś cnotą.
Danie ci złożyła Sarmacya cała,
Kiedy, po króla wybornego zgonie,
Głośnym okrzykiem ciebie zawołała
Na swój sierocy tron po Jagiellonie.


VII.

Prawa królewskie przeleliśmy na cię,
Obiór ku twojej przechylił się szali,
Panowie rada i naród w senacie
Najpierwej imię twoje zawołali.
I wszystkie ludy cnej sarmackiej ziemie
Słowo wyborców stwierdziły zaszczytnie,
I w pomazańców Bożych dyademie
Rycerskie czoło promieni się, kwitnie.
Głośno po kraju od końca do końca
Radosne wieści powtórzyły uście,
Żeś ty ogłoszon, jako nasz obrońca,
Żeś panem naszym wybran po Auguście.


VIII.

Nie będą pono winie mię ziomkowie,
Że jeno gwarzę słowy bezładnemi,
Jeżeli k’rzeczy po krotce wysłowię,
Jaki naówczas był stan naszej ziemi.
Bo twoja dzielność wyraźniejszą stanie,
Cześć dla mądrości twojej się obudzi,
I przyszła świetność, o chwalebny panie!
Będzie jaśniejsza dla potomnych ludzi.
Jakież nieszczęście nad nami wyrosło!
Jak od niezgody umierała prawie
Ziemia lechicka, kiedy, wziąwszy wiosło,
Jąłeś sterniczyć na sarmackiej nawie!


IX.

W jak krótkim czasie zniszczyłeś rozruchy,
Krzepkiemi cugle osadziłeś zgraję!

Wszedłeś, jak gwiazda życzliwej otuchy,
Co, skoro błyśnie, już burza ustaje,
Już płyń, okręcie, na morzu swobodnie!
Gdy berło nasze z ręki Jagiellonów
Śmierć wytrąciła, zeszli się przychodnie
Zagarnąć spadek opuszczonych tronów;
Z kraju Francuzów przyszło książę zacne,
Starowny Henryk — długo się kłopota,
Aby, przemogłszy umysły niełacne,
Pozyskał na się rozdzielone wota.


X.

Siła pracował: przeciwnych niemało,
Nie wszystkie serca szły za nim spokojnie;
Nie wszystkie dusze zarówno łechtało
Rzęsiste złoto, co rozsiewał hojnie;
Nie każdy wierzył, że wypełniać zacznie
Co przyobiecał; dosłyszałeś w kole,
Jako niemądrze i jako niebacznie
W ręce Francuza składać Polski dolę.
Lecz gdzież do tyla ostry wzrok człowieczy,
Coby w przyszłości wyczytywał snadnie?
Lub coby, patrząc na pierwiastek rzeczy,
Zdołał wywróżyć, co nadal przypadnie?


XI.

Bo w tylu klęskach dźwignionych na sobie,
Co na Sarmatów cisnął los zajadły,
Wśród niebezpieczeństw, jakowe w tej dobie
Z Walezyuszem na Polskę przypadły,
Żaden poeta lub wieszcz zawołany,
Żadnaby mądrość nie zgadła głęboka
Tego: co przyjdzie, że ów król wybrany,
Co ledwo siedział na tronie pół roka,
Nosi w swem sercu tajemne zamiary —
I w ciemnej nocy, omyliwszy czaty,

Zrzecze się berła i pańskiej tyary,
I ujdzie z tronu, jak więzień z za kraty.


XII.

Jak straszna wróżba, ten rozgłos się toczy
I w całej Polski obiega przestworze, —
Srodzy mężowie, do swarów ochoczy,
Znowu do boków przypasali noże.
Lud się rozdzielił na stronnicze szyki,
Czerń w rozmaite rozrywa się strony,
Nie szczędzą mieczów i gróźb zapaśniki,
Nie mogąc spoió myśli poróżnionej.
Jedni chcą losy znów ważyć na szali
I nowy obiór głosi czerń zhukana,
Gdy drudzy, w słowach i czynach wytrwali,
Skłaniają serce na dawnego pana.


XIII.

Jedni chcą sejmu, bo już klęski syci,
Drudzy upornie roją swe zamiary.
Wśród tych niesnasek poczciwi Lechici
Ojcowski zwyczaj przypomnieli stary:
Złożyli wiecę — tam w rozwadze ścisłej
Jedni z Francuzem trzymają z ochotą,
Drudzy skłaniają wyborców umysły
Na dom cesarski, wsławiony swą cnotą.
Wątpliwa wszakże, czy szorstkie pokrzywy,
Czy kwiatby zeszedł na ojczyste łany,
I jaki owoc, dobry, czy szkodliwy,
Na naszym gruncie zostałby posiany?


XIV.

Siła obradnych, i młodsi, i starszy,
Za rodakami swe wota stanowi,
I radzi radę, aby tron monarszy
I dyademę przysądzić Piastowi.

Rady przeciwne — jak wichry we fladze,
Od których żagiel rozedrzeć się gotów, —
Aż inni wkońcu, tusząc w swej odwadze,
Skwapliwie śpieszą do twoich namiotów.
Nie śpią francuzcy gromadą zuchwalczą,
Nie śpią cesarscy w tej stanowczej chwili,
Choć się wzajemnie spierają i walczą,
Choć się ich serce k’jednemu nie chyli.


XV.

Cesarz rozkazał — więc poszli w zawody,
Zebrali wojska dzierżone w zapasie...
I cóż? Sarmaci dalecy od zgody
Dwoistych królów obwołali dla się:
Jedni cesarza, chlubę Austryaków,
A drudzy ciebie, bo znając cię z młodu,
Mogli wywróżyc z nieomylnych znaków,
Jakeś sprawował berło Siedmiogrodu.
Z obojej strony rozbiegły się posły,
I obu królów ubierano w togę,
I w miastach polskich jęki się rozniosły,
I wszystek naród uderzył na trwogę.


XVI.

 
We dnie i w nocy naród niespokojny
Drżał, wróżąc klęski na ojczystej niwie;
Obraz domowych pożarów i wojny
Lękliwym oczom stawił się straszliwie.
Bo już z obu stron obozy wytknięto,
Z obu stron wojska gromadzi się siła,
I tu i owdzie warownie zajęto,
Miedziana surma wojnę ogłosiła.
Struchlał po wioskach lud wojen świadomy,
A mało licząc na bezbronnej strzesie,
Zabrawszy dziatwę i rzuciwszy domy,
Uszedł, nie bacząc, gdzie noga poniesie.


XVII.

Tutaj widziano zacność wiekopomną,
Jakiej przykładów w dziejach nie znajdziecie:
Królu! godzieneś, by twą duszę skromną
Jak przynależy opiewano w świecie.
Gdy bowiem państwo, troskliwe o władzę
I przez zazdrosnych zabiegów niemało,
Mając ulegnąć cesarskiej powadze,
Na jego stronę swe serce skłaniało;
Ty, pełnym żaglem pływając wesoło,
Twój silny rudel wstrzymałeś na chwilę,
I sam zwolniwszy twej Fortuny koło,
Chciałeś zaniechać jej obrotów tyle.


XVIII.

Widziała ziemia, jakeś w dobrej myśli
Chciał cesarzowi ustępować danku!
Gdyby on jeno szedł ku dziełu ściślej,
Nad swemi prawy czuwał bez przestanku;
Ale, dość mając królewskich oznaków,
Puścił bezczynnie dalszych starań wodze,
I sam nie przyszedł po berło Polaków,
I ciebie, mężu, chciał wstrzymać na drodze.
Cieniem królewskiej władzy i imienia
Chciał puścić tuman w twe rycerskie oko:
Rychło postrzegłeś, że nie w tor sumienia,
Jedno chciał działać zdradziecką przewłoką.


XIX.

Oziębłe serce dostrzegłszy z daleka,
Nie chciałeś czekać w niewolniczym tłumie;
Bo pocóż łaski świadczyć dla człowieka,
Po którym nie znać, że wdzięcznym być umie?
Czyniłeś wszystko dla przyjaznej zgody;
Lecz skoroś widział, że przyjaźń umknęła,
Więc się ważywszy na wszelkie przygody,
Jąłeś prawicę do wielkiego dzieła.

W kierunku losów puściłeś swe nawy,
Z fortunnym wiatrem twój żagiel się śliźnie,
I załatwiwszy doma twoje sprawy,
Poszedłeś, królu, ku nowej ojczyźnie.


XX.

Szedłszy nawiedzić święte progi Boże,
Serdecznieś westchnął do rodzinnej chaty,
I wzrok ostatni siejąc po przestworze,
Takeś jej mówił: O moje penaty!
Piastunko moja, rodzicielska ziemi!
Żyzna w swych plonach, bogata, gościnna,
Sławna po świecie mężami wielkiemi,
Nie żal mi ciebie, o ziemio rodzinna!
A jeśli losy życzliwe pozwolą,
Że kiedyś stanę przy zaszczytnym kresie,
Sława, co wtedy będzie moją dolą,
Do macierzystej ziemi się odniesie.


XXI.

Bo żądny czynów ku chwale żywota
I marną drzemkę mający w ohydzie,
Bystro polecę, gdzie zawezwie cnota,
Nie patrząc trudów, co pokonać przyjdzie!
Będę pracował i ręką, i głową,
Bo mię wybrali cni obywatele, —
Nie gwoli biesiad, nie na taniec zową.
Widzę w tym kraju niesnasek tak wiele,
Widzę rozruchy, ale się nie trwożę:
One do czynu wołają me męstwo,
Bo gdzie się snadniej laur zaszczepić może,
Jako na polu, gdzie krew a zwycięstwo?


XXII.

Jak wyrzucona kostka mojej doli!
Błogosław, Boże, mi iść potrzeba!
I poświęć ścieżki moim stopom gwoli!

Tak, zacny królu, wołałeś do Nieba,
To był twój pacierz. Ze słowy takiemi,
Kornie klęknąwszy, jak syn najżyczliwszy,
Dałeś całunek macierzystej ziemi;
Potem, świątynie Pańskie nawiedziwszy,
Na grzbiet rumaka poskoczyłeś raźno,
Co stojąc tętni w swe kopyta chyże,
Przeżuwa, brzęcząc swą tręzlą żelazną,
I parska w nozdrza, i uszami strzyże.


XXIII.

I poniósł pana — znał się na swej chwale,
Czuł kogo niesie, iskry miał na oku,
I piękną głowę podnosił zuchwale,
I w pełnym ognia sadził się podskoku.
Ciebie natenczas, pożądany panie,
Otoczył orszak wybrany na sejmie;
Słyszałeś zewsząd życzliwe wołanie,
A sameś wszystkich pozdrawiał uprzejmie.
Widna życzliwość na pańskiej osobie,
Słowem i wzrokiem radowała z dali.
I tak w oznakach serdecznych ku sobie
Wciążeście długą podróż odbywali.


XXIV.

Zaledwoś przebył skaliste Karpaty
I wszedłeś w pola — już gońcem po przedzie
Wieść pożądaną, że monarcha jedzie,
Po ziemi polskiej ogłosiły czaty.
I rakuszańskie nadzieje i plany
Ujrzano, jako dożyły swej straty;
Od dawna bowiem ten odgłos był znany,
Że ów zostanie panem nad Sarmaty
I w płaszcz szkarłatny będzie obleczony,
Kto pierwszy stanie na naszej granicy.
Tak mówił naród i obiedwie strony,
Tak poradzili sami przeciwnicy.


XXV.

Tyś miał przeprawy, gdzie rzeki się sączą,
Góry i skały niedostępnych szczytów;
Lecz je przebyłeś fortunnie i rączo,
I pierwszyś stanął na ziemi Lechitów.
A on, któremu przybywać tak snadnie,
Miedzowy sąsiad i tak chciwy cześci,
Nie przybył dotąd; któż jeszcze nie zgadnie,
Kogo Fortuna i Niebo obwieści?
Tak i cesarscy szeptali nad cudem,
Bo wyrok Boży jasno był widziany;
A ty, okolon witającym ludem,
Wchodziłeś do nas, jak gośó pożądany.


XXVI.

Gdzie polska ziemia i gdzie polskie miasta,
Głośnem wołaniem przyjęto cię wkoło:
Lud obwoływał, i mąż, i niewiasta,
I rzeźwa młodzież głosiła-ć wesoło.
Skoroś się zrównał z baszty krakowskiemi,
Coraz się okrzyk powiększał ochoczy;
Wszystek lud z miasta i kwiat polskiej ziemi
Tłumnie wybieżał, by zajrzeć w twe oczy.
Tu lekkie włócznie, tam mżą się puklerze,
Tu błyszczy złoto, brylantów potęga,
Tu wylatują na koniach harcerze,
Tu piesze wojsko wije się, jak wstęga.


XXVII.

A wszystek hufy i seciny dworskie,
Z orły, z proporce, swe rumaki toczą, —
Owdzie poważne koło senatorskie,
I stan rycerski, z młodzieżą ochoczą,
I zacna szlachta, każdy pod swym znakiem,
Na pełnych ognia dzianetach przyśpiesza,
A potem wojsko — i cała ta rzesza
Z twoim podróżnym łączy się orszakiem.

I mąż wyborny ze starszyzny koła,
W swych senatorskich współbraci osobie,
Wita twe przyjście, i z narodem woła,
Dziękuje Niebu, wyrokom i tobie.


XXVIII.

I prosi Boga, by twoje przybycie
Było dla ciebie fortunnem najdłużej,
By Polska stała na świetności szczycie,
Jakowej żąda i jakową wróży,
I której wcale dobry już zadatek
Widać w narodzie za twojemi dzieły, —
I prosił Boga, by ci naostatek
Oddał chwalebną stolicę Jagiełły,
Gdzieby twa, mężu, zajaśniała głowa
I cnota wyszła na widniejszy przedział.
Słuchałeś mówcy, i na jego słowa
Takeś do ludu całego powiedział:


XXIX.

Że nie dziecinna chęć k’pańskiej tyarze
Przywiodła ciebie do Krakusa grodu;
Żeś przyjął berło nie w inszym zamiarze,
Jak gwoli trudom na korzyść narodu;
Że lud tak dzielny snadź wiedział, dlaczego
Uczynił wybór, mimo tylu osób;
Że w tym wyborze narodu wszystkiego
Prawicy Bożej nie dojrzeć nie sposób;
Żeś szlachetnemu narodowi gwoli
Gotów królować na wskazanym tronie;
Nie śmiejąc Bożej przeciwić się woli,
Ochoczo głowę poddawasz koronie;


XXX.

Z dalekiej, starej siedmiogrodzkiej strony,
Przebywszy Tatrów krzemieniste szczyty,
Żeś przybył do nas, losom ukorzony,

Stanąć na czele Rzeczypospolitej.
— Bodajby (rzekłeś) dozwoliły Nieba,
By nigdy Polsce płakać nie potrzeba
Mego obioru! — Rzekłeś, dobry panie,
I znów cię rada drużyna otoczy.
Ty w środku innych, jak cedr na Libanie,
Jako bohater, uderzałeś w oczy.
Takiej postaci, takich rysów dzielnych
Ledwo że który bywał ze śmiertelnych.


XXXI.

I takeś, mężu, przez bramy olbrzymie
Wszedł na szlachetną stolicę Polaków;
A lud gromadny obwołał twe imię,
Co się radośnie odbiło o Kraków.
Tu cię wwiedziono w królewskie podwoje,
Tuś sobie wytchnął, i zebrawszy myśli,
Wznowiłeś w sercu całe męstwo swoje,
I w kole stanów złączonych najściślej
Wzniesiono hymny Bogu poświęcone,
I z obrzędami w uroczystej chwili
Dyamentową i złotą koronę
Na pomazańca Pańskiego włożyli.


XXXII.

Królewska dziewa, krew po Jagiellonie,
Jeszcze zwiększyła radość pożądaną,
Godna tych pochwał, co w dalekiej stronie
Słyszałeś, królu, jak jej oddawano.
Dana-ć w małżeństwo wolą swego ludu,
Chcąc zaprzymierzyć z tobą związek ścisły,
Dość położyła zabiegu i trudu,
Aby zespolić niechętne umysły,
Pod jedno hasło zbratać wszystkie stany,
K’jednemu skłonić wszech rodaków łono,
Wrócić krajowi spokój pożądany,
Pod jednem berłem i jedną koroną.


XXXIII.

Choć bowiem ludzi niepomierna garstka
Za twem przybyciem obwołała ciebie,
Wszelak i strona niechętna cesarska
Przygotowała siły ku potrzebie.
Wielu z rycerstwa nieugiętych w trudzie
Nie chciało zdań swych zaniechać ochoczo;
Każdy się spodział, że cesarscy ludzie
Z niemałą siłą na ojczyznę wkroczą.
Wątłe nadzieje i występne żądze
Jeszcze ich serca trzymały w otusze;
Rozsiane wieści, sypane pieniądze
Jeszcze do reszty zatwardzały dusze.


XXXIV.

Tę nieżyczliwość i rozbrat swawoli,
Ten zapał czerni, te nadzieje tłumu
Zdołałeś ująć prawo i powoli
Mocą twojego męstwa i rozumu.
Bo niceś pysznie, niceś zapalczywie
Nie chciał brać przed się, lecz z ludem, jak z dzieckiem,
Działałeś mądrze, łagodnie, życzliwie,
Jako ów sternik, co na morzu greckiem
Zaskoczon burzą, nie tuszył w odwadze,
Nie łajał gromom i wichrom zuchwale,
Ani, pływając naprzeciwko fladze,
Na sztych swej włóczni chciał przebijać fale;


XXXV.

Lecz zwalczał burze przez umysł wytrwały:
To zwinął skrzydła rozwieszonych żagli,
To puścił okręt kędy fale gnały,
To schylił maszty, to w biegu się nagli.
I tak cudami wytrwałości swojej
Pokonał szturmy, co biły na głowę,
I jak zwycięzca zawinął w ostoi,
I wrył kotwicę w odsypy portowe.

Tym samym kształtem działając, bez szkody
Wywiodłeś Polskę, choć groźne niebiosy;
A doczekawszy słońca i pogody,
W bezpiecznem miejscu złożyłeś jej losy.


XXXVI.

Ufny w swe twierdze, lud niektórej ziemi
Słodkim twym prawom nie chciał ugiąć szyję;
Więc, zasklepiony baszty cyklopskiemi,
Mniemał, że w murach od ciebie się skryje.
Wiedzieli jednak, że dobrą jest straża,
Ale bezpieczniej gnuśnieć za okopy,
I nikt z narodu, chociaż się odgraża,
Nie wyniósł z miasta przepłoszonej stopy.
Tak żółw leniwy, ośmielony ciszą,
Z rogowej konchy wymknie się nieznacznie,
Spojrzy, że ludzie nie widzą, nie słyszą,
Wytknie pazury i przepełzać zacznie.


XXXVII.

Lecz go znienacka ubodnij żelazem,
Zaczmycha zwierzę, nikczemne i głupie,
Przytuli głowę i upadnie głazem,
Mocno skurczone w rogowej skorupie.
Tym kształtem owi, przymknięci do ściany,
Zrzucili miecze i wojną nie grożą.
Królu łaskawy! znałeś rokoszany,
Aleś zdał pomstę na prawicę Bożą.
Nie chciałeś ludzkich cierpień i katuszy,
Aby okazać, żeś król nie morderca,
I obyczajem rodzicielskiej duszy
Wszystkicheś równie przysłonił do serca:


XXXVIII.

Aby nie tylko twoi bojownicy,
Którzy przy tobie dzień zwycięstwa święcą,
Lecz i przeciwni, wyzuci z przyłbicy

Błogosławili łaskawość książęcą.
Oto domowe dzieła twej prawicy!
Teraz, o muzo! niech się pieśń zadzwoni,
Jako rusińscy setni orężnicy
Nie mogli dotrwać pod piorunem broni,
I na ucieczkę rozpierzchli się w chwili
Od króla mego bohaterskiej stali,
I chwałę wojny jemu odstąpili,
I ziemie swoje łacno mu oddali.


XXXIX.

Święta Pierys, co zna tamte dzieje,
Niechże swą harfą wesprze moje cele!
Nie będę gmatwał, po krotce opieję,
Bo można w krótce wypowiedzieć wiele.
Gdzie wielkie czyny, nic po piewczym trudzie,
Można go opiać piosenką powszedną.
I naród Lachów, i rusińscy ludzie,
Jest to krew stara, słowiańska zajedno;
Lecz insza wiara, insze obyczaje
Z dawien pokrewne rozbratały serce,
Z dawien sarmackie i rusińskie kraje
W zapamiętałej walczyły rozterce.


XL.

Z obojej strony często miecze bierzem,
Chodzim o lepszą sławy lub korzyści,
I rzadko kiedy chwilowem przymierzem
Usypia żmija starej nienawiści.
Siła bezprawi, choć powód ich marny,
Lada gniew męża uzbrajał na męża, —
I teraz ruski hospodar polarny
Żądną źrenicę ku Polsce wytęża;
A widząc dobrze, że ku naszej szkodzie
Snadno mu będzie bój odnowić stary,
Dał swoje carskie hasło po narodzie
I zebrał męża bitnego bez miary,


XLI.

Gdzie warownego grodu baszty sterczą,
Oblężył Połock za litewską miedzą.
Bogate miasto! dobrze o tem wiedzą,
Wzięli je szturmem, śmieją się szyderczo,
Bo chcą nam wydrzeć wszystko na północy.
Inflancie żyzne łechtało go szczerze,
Więc, korzystając z okazanej mocy,
Z całym zamachem w te kraje się bierze,
Przez piękne wioski, przez miasta książęce,
Przez błogie pola, gdzie złoci się ziarno,
Dąży Ruś mnoga i w skrwawionej ręce
Niesie miecz rzezi i żagiew pożarną.


XLII.

Naszedł na miasta, zdobył niespodzianie,
Zapisał leże swej mocnej załodze,
I dalej wiedzie po wytkniętym planie
Różne zastępy po rozlicznej drodze.
Tak się przed laty na tej ziemi czyni,
Tak się tu znęca ich nieprzyjaźń dzika,
Tak za Augusta czynili Rusini
I za krótkiego pobytu Henryka.
Królu! tyś jeden wyzwolił od klęski
Ziemię, po której wrogi plondrowali;
W przecz im swój pałasz stawiając zwycięski,
Rzekłeś: Tu koniec! nie pójdziecie dalej!


XLIII.

Już każdy z ludzi uwierzyć był gotów,
Że Bóg poświęcił twe rycerskie łono;
Z najpierwszych bowiem wojennych obrotów
Dobrze o celu wyprawy wróżono.
Gdy bowiem zaraz pod Wendeńskim grodem
Stała potężna Rusinów załoga,
Ty, więcej silny umem niż narodem,
Z małemi hufce pokonałeś wroga,

Nie tylko wojsko, lecz w jednymże razie
Został dwoisty tryumf osiągnięty:
Hetmany wojska i najstarsze kniazie
Wziąłeś, skowałeś żelaznemi pety.
................


XLV.

Wzmocniono mury, osypano wały,
Miasto nieśpiące opasano wartą,
W obronnych basztach nabito wystrzały
I krzepkie bramy na głucho zaparto.
Gotują strzelbę straszną a wspaniałą,
Tu słychać okrzyk, a tu oręż brzęczy;
Słowem, zebrano zasobów niemało,
Aby wytrzymać napad oblężeńczy.
Lecz skoroś przybył, zadrgały ich nerwy,
Bo szturm rycerski przypuściwszy biegle,
I mierząc strzelbę armatnią bez przerwy,
Kamienne ściany kruszyłeś po cegle.
................


XLVII.

Sprzyjał ci dalej twój oręż wyborny,
I los ci płużył w najpierwszej jutrzence,
Bo w tejże chwili ważny punkt odporny,
Warownia Suza zdała się w twe ręce.
Pomijam inne, bo i któż policzy
Pobrane miasta, pokonane rzesze?
Raczej na powrót (jako serce życzy)
Za królem moim pod Połock pośpieszę.
Miasto wcielone do ojczystej niwy,
Niechaj się samo wywdzięczy, wysłowi,
Jako je przyjął monarcha życzliwy,
I ile danku winno jest królowi,


XLVIII.

Z monarchą moim, gdy w harce wyruszy,
I Ruś się może postawi do miary;
Lecz czy się zrówna wspaniałością duszy,
Łagodnem sercem, dochowaniem wiary?
Bo kto nie zabit w wojennej potrzebie,
Kto uszedł cało od pożarcia miecza,
Stefan każdego przygarnął do siebie,
Każdemu wolność i byt zabezpiecza.
................


LI.

Szerokie rzeki, nieuhamowane,
Musiałeś pętać mostami i promy,
Przechodzić góry zamglone, zawiane,
Drzeć się na opok urwiste ogromy.
A jeszcze, zimny Akwilon szturmowy,
Mszcząc się za swoje rodaki północne,
Wiał ostrem zimnem na sarmackie głowy
I ziębił dreszczem twe zastępy mocne,
I darł proporce. — Lecz strasznyż dla cnoty,
Strasznyż dla męstwa wypadek złowrogi?
Zwycięsko wiodłeś twe ochocze roty,
Jak gdyby środkiem najrówniejszej drogi.


LII.

Na samo serce północnej krainy
Rycerską stopą nastąpiłeś śmiele,
I tam zaniosłeś twe waleczne czyny
I twoje szczęście w bohaterskiem dziele.
Oto albowiem na Wieliża ściany
Silną prawicą dałeś cios poprzedni,
Choć był po męsku broniony, trzymany;
Dalej i Uświat, ich gród niepośledni,
Uległ przed tobą, i w żyznej krainie
Łuki schyliły swój terem kamienny, —

Miasto obfite, jak sycylskie Enny,
Nie mogło dotrwać szturmowej secinie.


LIII.

Tymczasem wrogi, bite naokoło,
Skoro po klęskach dokładnie poznali,
Że niebezpiecznie nastawować czoło
Na silny zamach bohaterskiej stali;
Więc układają fortelne pozory,
By zachwiać ciebie i twoje szeregi,
To przez pisania, wieści, rozhowory,
To przez obłudne posłance i szpiegi.
Trudno cię podejść przez fortel niewieści,
Boś wychowaniec Marsa i Minerwy;
Choć dałeś ucho pisaniom i wieści,
Nie dałeś folgi działaniom bez przerwy.
................


LV.

 
I jako letni ptaszkowie przed mrozem,
Uszli przed tobą w pierzchliwym zapędzie;
Lecz ty, zwycięsko goniąc za obozem,
Siad swej prawicy wycisnąłeś wszędzie.
Przed tobą Newel zniżył się wysoki
I głośno wsławił twe ramię olbrzymie;
Za Newlem Oziersk bez długiej przewłoki
Poddał swą twierdzę na królewskie imię.
I ty się zdałaś, krzepka Zawołoczy!
Ni cię warowne miejsce nie ustrzeże,
Ni wielka woda, co się wkoło toczy,
Chroniąc i miasto, i forteczne wieże.


LVI.

Już kniaź ustąpił dla naszej korony
I snadno puścił we władanie twoje
Dźwinskie nadbrzeża po obiedwie strony,
By jeno wstrzymać twe dalsze podboje.

Ruszyłeś obóz — twa drużyna hoża
Leciała, myśląc o chwały ogromie.
Ty w nieprzyjaciół schronienia i zboża
Kazałeś puścić rozdmuchnione płomię.
Północny mocarz, co trwożen się błąka,
W Starzycy z całą zamknął się gromadą;
Tam była jego młodziuchna małżonka
I miłe sercu ojcowemu czado.


LVII.

Ujrzał, jak płomień naokoło brodzi,
Obaczył pożar przy samem swem gnieździe;
Więc przerażony siadł do bystrej łodzi,
Szukając salwy w skwapliwym odjeździe,
I w głąb swych krain ledwo uszedł zdrowo.
Twa dłoń nie słabnie, twe oczy nie drzemią,
Lotem się zwracasz na odwieczne Pskowo,
I jąłeś w mury kołatać olbrzymio.
Tamtejszy Ostrow, co się z wody rzecznej
Wynurzał, jako pływająca nawa,
Uczuł na sobie twój cios niebezpieczny,
Zdał się najpierwszy na zwycięskie prawa.


LVIII.

Stąd biorąc drogę do celu w pobliżu,
Pod mur przyszedłeś okólny i twardy,
Tameś podkopał swe gromy ze spiżu,
Burczące miny, moździerze, petardy,
Od których ściana pęknie i rozerwie.
Wprawdzie nie k’myśli był szturm oblężeńczy,
Szedł ci oporem, lub ulegał przerwie,
Ale tuszyłeś, że koniec uwieńczy.
Żaden nie wątpił, że przed twemi szyki
Zaraz się zniży warownia poddana,
Kto widział dzielne twoje waleczniki
I przeznał serce hetmańskie Stefana.


LIX.

 
A jeśli zamek mocno okopany
Nie mogła dostać siła wyborowa,
I jeśli łacno nie zdały się ściany
I stare baszty bogatego Pskowa,
Jednak niemały był przepłoch w narodzie,
Ani ich mocna osłoniła cegła;
Bo Ruś, choć twardo wmurowana w grodzie,
Niejednokrotnej porażce uległa.
Wreszcie, nie śmiejąc iść szablą na szablę,
Chciała wojować fortelnemi dzieły;
Gdyż oto w nocy ich silne korable
Starym gościńcem rzeki podpłynęły.


LX.

Aleś przeniknął ich zamiary blizko,
I takeś zdradę zniweczył na szczęty,
Że jedni w wodzie mieli topielisko,
Drudzy do brzegu przybili okręty
I tam dostali spotkanie z mogiłą.
Także zginęło od sarmackich mieczy
Lądowe wojsko, co zdradą lub siłą
Chciało się gwałtem przedrzeć ku odsieczy,
Wyzwolić miasto od nas niespodzianie.
Silny to zamach, lecz czyż się ostoją
Jakie zamachy, o zwycięski panie!
Przed szczęściem twojem i dzielnością twoją.


LXI.

Nie żaden zamach wstrzymał nas na drodze,
Nie żadna siła, ni miecz ruskich dzieci,
Lecz ostra zima i wzniecone srodze
Wichry i burze, śniegi i zamieci,
I rodak Rusi, Akwilon złowrogi,
Odjął naszemu rycerstwu korzyście;
Bo ścięty mrozem, ów ręce, ów nogi,

Ów życie stracił, zakrzepł wiekuiście,
Temu zdrętwiały powieki na oku,
Ten nos postradał, ten ucha, ten ręki,
Tego śnieg zawiał (o straszny widoku,
Rany, kalectwa i bolesne jęki!)


XLII.

Nie cięciem miecza rozbito nam głowy,
Nie ostrzem grotu ciśnięto po zbroi,
Lecz wiatr północny i mróz polusowy
Pozbawia członków i twarze nam kroi.
Nie bicie z armat zachwiewa i głuszy,
Lecz wicher wściekły bije w nas z łoskotem;
A przecięż żołnierz nie upadł na duszy
I był zwycięzcą, choć nie wiedział o tem.
Bowiem tu w grudniu i słońca już niema,
I widok wkoło ciemny i surowy;
Znał nieprzyjaciel, że ta ostra zima
Płuży mu, ciążąc nad naszemi głowy.


XLIII.

Więc ośmieleni, przez bramy otwarte
Z całemi siły do natarcia biega;
Lecz nie zawiedli naszą czujną wartę,
Ani ubiegli rycerstwa polskiego.
Bo mury miejskie, bramy odemknięte,
Przez które weszli do srogiej zaczepki,
Były już naszym żołnierzem zajęte
I czuwał przy nich posterunek krzepki.
I tak, choć sidła postawiono zdradnie
Na naszą gnuśność, lecz obrona łatwa:
Źrenica bystra zasadzkę odgadnie,
A ręka sprawców sieciami zagmatwa.


LXIV.

 
Starego miasta nie chcąc dać na straty,
Wróg już zaniechał fortelić nieszczerze,

I zamiast dawać od siebie traktaty,
Wolał już kornie prosie o przymierze.
Prędkoż minęły, królu pełen części!
Owe pogróżek nienawistnych lata:
Ruś ci groziła, że przez lat czterdzieści
Żadnym sojuszem z tobą się nie zbrata,
Ani przymierza nie zechce w umyśle,
Ani przymierza żądać nie pozwoli,
Ni posłanników do ciebie nie przyśle,
Aby czynili przyjacielstwu gwoli.


LXV.

Ale w potrzebie pycha się uchyli
I harde serce swoją hardość złoży,
Butna przechwałka w niefortunnej chwili
Bolesnym wstydem czoło upokorzy.
Pyszny się umysł napróżno wynosi,
Lada wypadek, już kornie się kłania.
Słońce rok jeden ubiegło na osi,
Już wróg podaje rękę pojednania,
Już swe zapomniał pogróżki dobitne,
Bo się o naród i kraj boi szczerze;
Oto przysyła posły czołobitne,
Wyprosić łaski, uczynić przymierze.


LXVI.

Nie tylko k’tobie, bo ci niedowierza,
Bo nadto blizko wieją twe sztandary,
Lecz i do Ojca świętego Papieża,
Na Rzym daleki śle swoje bojary,
By go prosili, aby swojem wdaniem
Zatrzymał twoje rycerskie pochopy,
Abyś je przerwał szczerem pojednaniem
I cofnął nazad twe zwycięskie stopy.
A Papież, widząc, że z pokorą przyszli,
Przyjął, uwierzył, wysłuchał w potrzebie,

Kazał wstać posłom i być dobrej myśli,
I z dobrą wieścią powracać do siebie.


LXVII.

Wybrał legata, zlecił mu staranie,
I kazał w drogę jechać bez odwłoki,
A słowem Rzymu, o sarmacki panie!
Wstrzymać na Rusi twe zwycięskie kroki.
Kornie przyjąłeś apostolskie słowo,
Dzieło u końca przerwawszy, jak sądzę;
Bo już za chwilę oblężone Pskowo
Miało-ć bram swoich otworzyć wrzeciądze,
Bo głód je nęka i znękać już musi,
I twoje wojsko ścisnęło niemało.
Po wzięciu Pskowa, zrozpaczonej Rusi
Jużby ratunku pono nie zostało, —


LXVIII.

Chyba siąść w nawę, skryć kirysem czoła
I Wołgą uciec na pustynne pole.
Ale zwycięzca, dobry syn Kościoła,
Świętego Rzymu uszanował wolę,
I spełnił rozkaz. Winni ci podziękę,
Bo nie ziem cudzych pragnęło twe łono,
Nie dla zaborów wyzwałeś na rękę,
Lecz by ci twoje ziemie powrócono.
Czyż można słuszniej bojować zwycięsko
I dać warunki w szlachetniejszej mierze?
I oto swoją na Inflanciech klęską
Hospodar ruski okupił przymierze.


LXIX.

 
Masz tedy, królu, w bezspornej zalecie
Twojemu wojsku powinszować śmiało,
Że tak pod bronią stojąc przez trzy lecie,
Ani się razu w szczęściu nie zachwiało.

Masz co winszować — prawym obyczajem,
Chociaż walczyłeś za liwońskie niwy,
Nic się nad spornym nie znęcałeś krajem;
Lecz hetman biegły, walecznik prawdziwy,
Na ziemię wrogów obróciłeś płomię
I miecz na winną skierowałeś głowę,
I tameś zyskał w północnym pogromie
Niezaprzeczone wawrzyny bojowe.


LXX.

Czołem ci! czołem! bądź nam wysławiony!
Równego sobie nie znajdziesz nikogo.
O mieczu Marsów! o synu Bellony!
Wrogów ojczystych niedaremna trwogo!
Herkulu polski! tyś kraj znakomity
Wyzwolił z zębów straszliwego dzika,
Co w ciemnym borze niedostępnie skryty
Tylko się gwoli spustoszeń wymyka.
Pod twą maczugą uskromił już ducha,
Już mu nie myśleć o nowej łupieży;
Próżno się miota, i parska, i grucha,
I szczeciniasty grzbiet kolcami jeży,


LXXI.

I kły naostrzą, i oko rozżarza,
I leje pianę po rozwartym pysku,
I smolne boki po murawie tarza, —
Już mu nie leżeć w starem legowisku.
Rolny ziemianin niech spokojnie orze,
Już się doń leśny postrach nie przypyta;
Już niezmrożone na troiste morze
Płyną troistych wielkich rzek koryta.
Dniepr czarnomorski, i kaspijska Wołga,
I Don meocki niech uchylą głowę;
Niech każda rzeka w swą stronę się czołga
I tam rozpowie czyny Stefanowe.


LXXII.

Wieczna twa sława od grodów do grodów
Kozia tac będzie najszerzej, najdalej,
Twoje zwycięstwo na uściech narodów
Na nieskończoną przyszłość się utrwali.
Kraj szczęśliw będzie, — mścicielskie ramiona
Wżdy gromie będą wroga, co się zaciął;
Ojczyzna moja, przez ciebie pomszczona,
Śmielej dziś zajrzy w oczy nieprzyjaciół!
Niechaj Bóg jeno (jak się człek spodzieje)
Da ci wiek długi — i z ojcowskiej czary
Błogosławieństwo ojcowskie wyleje
Na twoją głowę i twoje zamiary!


LXXIII.

Niech jeno Parka przysporzy ci wieku,
Niech młodość z liców rycerskich nie schodzi.
Ojczysta ziemio! ach, po takim człeku
Czegóż się tobie spodziewać nie godzi?!
Może się cofniesz przed szwedzkiemi wrogi,
Coby nas doma nawiedzić ochoczy?
Lub może Scyta przez dnieprzańskie progi
Na twoje grunta choćby nogą wkroczy?!
Pont, jak za dawna granicą nam stanie,
Pustoszne niwy odrodzą się z chleba,
Winna latorośl da sute zebranie,
A mury grodów wzniosą się do nieba.




Cum Stephani impositum est nomen tibi, nempe, coronae
Omen id et magni jam fuit imperii,
Idem vero hominum quod diceris ore Bathorreus,
Flumina designat consilii alta tui.

∗             ∗

Gdyś narzeczon Stefanem, już to samo imię
Wróżyło ci koronę i państwo olbrzymie;
Zaś Batory, nazwisko twoje starożytne,
Znaczy głęboka mądrość i czyny zaszczytne.

Na weselu Jana Zamojskiego, kanclerza i hetmana, z Gryzeldą Batorówną, córką Krzysztofa Batorego, księcia Transylwanii, synowicą króla Stefana, w roku 1583, przy lirze śpiewał Krzysztof Klabonus, muzyk królewski.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jan Kochanowski i tłumacza: Ludwik Kondratowicz.