Pieśń o głodźe/Część I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Jasieński
Tytuł Pieśń o głodźe
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy Niezależnych
Miejsce wyd. Kraków
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



I



daj tważ do kolan swoih pszytulić.
krew z twoih palcuw zliżem.



z odżuconymi bezwładńe
rękami
ulic
leżało Miasto kszyżem.



pszybili go do źemi ćwiekami lamp
jażące białe gwoźdźe wżarły śę,
jak kszyki.
pszyszła noc
i pszylgnęła do krwawyh ramp
palącą hustą werońiki.

okropna,
lepiej deszczem po tważy tłuc,
jak tyh
ukszyżowanyh na bramah rajuw.
krople czarne,
maleńkie,
natrętne,
wyżucone z krwią razem zpowrotem
z płuc
po czarnej pooranej szynami tważy
spłynęły łzami tramwajuw.


jeszcze i jeszcze
bezkształtne, wypukłe
domy czarne, obślizgłe, karmione deszczem
napęczńały, jak gąbki,
napuhły,
rozlały śę, rozpełzły rozdęte, stulice
wystąpiły ńa hodńiki z ćemnośći,
zsunęły śę,
pszyćęły kszyczącą ulicę
— ludźe !
— pomużće !
— rozgńotą !


wypłynęły w uśćisku skrwawione wnętsznośći

i bez jęku wylały śę w błoto.


a czarne śćany rosną,
ćągną śę do gury.
zasłońiły całe ńebo,
zakryły szczyty,
jakby ogromne ołowiane hmury
na źemi użądźiły meeting.


ńe będę żył, jak kato, ńi walczył, jak samson.
głud, ktury rośńe we mńe, ćiska mną w gorączce.
był człowiek, ktury ńe jadł, nazywał śę hamsun
i zrobił na tym puźńej sławę i pieńądze.


na wytartej kanapie, skręcony w sześć
leżę prężąc do gury zśińały profil.
dźeń odhodząc wył długo zjeżywszy szerść,
a teraz noc mi śpiewa swe dźiwne strofy...


zaraz sufit bez szmeru zsuńe śę w pokoju.
pszygńeće pomaleńku
ćiho i jasno.
wolno tynk śę na śćanah rozdwoił,
jakby pokuj wargami mlasnął.

śćan rozmokńętyh bezzębne dźąsła
poruszyły śę wolno.
żują cmokając.
nagle stuł po podłodze zapląsał
i piec podskoczył, jak pajac.


coraz bliżej i bliżej zsunęły śę śćany.
ńe odephnąć rękami pełznącyh tapet.
ćiho...
na palcah...
jak pies śćigany...
już tylko za parapet...
TERAZ !!


a ku ku !


głową w duł.
cztery okna
i
trrrah !
o miękki asfaltowy materac.


polećało.
zatańczyło.
upadło.

i jeszcze
odbity, jak od gutaperkowej posadzki
lecę.
odskakuję od gzymsuw, jak piłka,
z deszczem
i w gurę wystszelam świece.


gumową czaszką o bruk
i wyżej
hop !
odbijam śę zpowrotem.
do gury i na duł.
z rozpostartymi rękami lecę pod strop
i znowu na źemię spadam.


już myśli, jak kobiety, walą śę z nug,
oćężałe,
jak kłęby w zbużonym ruszće.
jeszcze hwila i czaszka tszaśńe o bruk.
— pomużće !
— pomużće !!
— pomużće !!!


pszybiegli wystraszeńi.
otoczyli kołem.
w rozpostartego wparli pszerażone oczy.

— ńe bujće śę.
— ńe kszyczće.
— ńic ńe zwihnąłem.
— pszyćiśńijće mńe.
— mocńej !
— odskoczę !!


pohylili śę.
pszygńetli.
zagrali na trąbce.
blizkie zmieszane tważe, pszestraszone trohę.
dwuh wyśadło z karetki i wsadźić mne w głąb hce !
na skołataną głowę wćągną mi pończohę !!


położyli na miękkie.
... daleko.
... pszyszłość.
... długie źelone palmy kołyszą śę w czaszce.

Reńu !
to ty ?
jak dobże że pszyszłaś.
aksamitnymi rękami po tważy mńe głaszczesz.


pamiętasz wtedy wieczur ...
deszcz za oknem śpiewał.

słuhałem czy hoć jeden nerw Twuj jeszcze drży mną.
na źelonym cmentażu teraz skomlą dżewa
i jest tak bezlitośńe, pszejmująco źimno.


teraz sam, jak podżutek pszez pusty pszytułek,
pujdę pomiędzy ludźi daleki i obcy.
w maleńkim gńazdku serca ńema już jaskułek,
zabili mi ostatatńą źli, ńegżeczńi hłopcy.


hlipiący skowyt z krtańi na wieżh śę wyspinał.
czepia śę Twojej sukńi, pełzńe ku dłońom.
ućekać ńe mam śiły.
nadhodźi finał.
zajadli mali ludźe z psami mńe gońą.


ogromny tłum
z laskami
czarny,
jak powudź
rośńe,
wije śę za mną
długi,
jak ogon.
zamknęli dżwi !

zapuźno !
ńe mam gdźe śę shować !
malutki prosty człowiek podstawił mi nogę !!


już.
już.
dopadli.
stratowali.
zmięli.
podeptanego trupa podńeśli, jak sztandar
wysoko
i na pszedźe,
nad tłumem
obok kapeli
pońeśli.


śńeg padał gruby i w oczah narastał.
szli ludźe ńezliczeńe, bezładńe i tłumńe,
kiedy zakrepionymi ulicami miasta
pońeśli mńe w ogromnej ołowianej trumńe.


szli kśęża z kadźidłami, jeden długi gest rąk
i związek literatuw w cylindrah i krepie
i cehy z horągwiami,
w tużurkah,

z orkiestrą,
a potem tłum śę czarny na rogah doczepiał.


na placu teatralnym tłum rozlał śę w mrowie.
dzwony dzwońiły w dzwony i w dzwonah ih kszyk ńikł,

gdy nagle
straszny,
obandażowany
człowiek
podńosłem śę ogromny,
groźny,
jak wykszykńik !


panowie !
jestem wzruszony.
widźiće, zbladłem.
żegńaće mńe tak piękńe i tyle tu kobiet,
ale zapominaće, że ńic dziś ńe jadłem
i muszę iść zaraz na obiad.


o !
cisza .
i ryk jeden !

kszyki . spazmy . płacze.
hałas powstał i tumult.
kszyczeli : „zmartwyhwstał” !
jakby na pszedstawieńu opery w teatsze
nagle zaśpiewał statysta.


panowie !
ńe klękajće.
ńe płaczće.
ńe kszyczće.
widźiće, stoję zdrowy, cudowny i prosty !
ah, skurcz śę w sobie,
wyksztuś na bruk swoje żyće
i idźće z ńim pod ręce tańcować na mosty.


ńe będźemy już odtąd umierać więcej,
ktużby nas takih pięknyh i olbżymih gżebał.
roześmiejće śę wszyscy,
weźće śę za ręce
i prosto marszałkowską pujdźemy do ńeba.


jak może każdy z nas,
co dźiśaj tańczą,
stać sę martwym,

śmierdzącym,
po kturym śę skrupulatńe wykadza zakrystję.
nas,
z kturyh każdy sam jest żyjącą monstrancją
na serca swego białą euharystję.


pozdejmujće ih z kszyżuw !
ńeh źemią kroczą
ći,
co hćeli pszez wieki umierać za nas.
żyće cudownym sokiem trysnęło nam w oczy,
jak pod nożem dojżały ananas !


... z pszyczajonyh zaułkuw w noc ku spelunkom
czarna zmowa wypełzła,
wije śę, jak skorek.
pohwyćili mńe z tyłu !
wiążą !
ratunku !!
na głowę mi wćągają straszny czarny worek !


pszyszła noc głuhońema i w głowah śadła,
małe kaszlące serce pszyćisnęła ręką.
słyszę !

źemia już dudńi od stup, jak kowadła.
tszymajće !
tętna mi pękną !


z daleka jeszcze.
słońce głowy im paży.
olbżymi głodńi ludźe, czarńi od maszyn !
idźeće,
wiem.
ńe patszće !
ńe tszeba tważy !
każdy z was będźe mesjaszem !!


o wyksztuś śę z twyh piwńic,
wywal śę na wieżh,
jak krew buhńij pszez okna i wszystko zalej
tłumie hamuw,
co ńebo głowami dźurawisz !
jakie ogromne może wyobrażeń !
jakie cudowne dale !


serce olbżymie w krtańi stanęło i skacze.
wypluję pod nogi, w piah wam.
idźeće !
kszyczeć ńe mogę !

ogromńi w zoży pożodze.
trup muj
krwawy,
stratowany,
czerwony,
jak łahman,
z kturego może szmatę na swuj sztandar udrą,
w śmiertelnym zapatszeńu leży wam na drodze,
po kturej pszehodźiće
w JUTRO !


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Jasieński.