Pieśń o Waligórze

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

IV.

PIEŚŃ O WALIGÓRZE.

Pod turniami ciemne rosną smreki,
W ciemnych smrekach jasne złotogłowy.

∗                              ∗

Z skalnych szczytów spieszy Waligóra,
Nito potok, nito mgława chmura.

Od krzesanic silniejsze ma nogi,
Krzesanice ściera w piarg ubogi.

Śpiewający pospiesza ku hali,
Głaźne złomy do przepaści wali.

W głębi żlebów czyni huk daleki —
Pod żlebami ciemne rosną smreki.

Na okrajach budzi szum echowy —
W ciemnych smrekach rosną złotogłowy.

∗                              ∗

Ku szałasom zeszedł Waligóra,
Nito potok, nito mgława chmura.


Na lipcowej przystanął zieleni,
W rannej zorzy oko mu się mieni.

W rannej zorzy, co wyzłaca jedle
I w jeziornem topi się zwierciedle.

W rannej zorzy, co żegna niebiosy,
Aby umrzeć w drobnych kroplach rosy.

W rannej zorzy, co przed słońcem gaśnie,
Rzucającem krwawe, falne jaśnie;

Rzucającem światła białe rzeki,
Gdzie pod turnią ciemne rosną smreki;

Rzucającem rozprysk skier różowy,
Gdzie w smreczynach rosną złotogłowy.

∗                              ∗

Jasno, krasno na kwietnej polanie,
Waligóra nad jeziorem stanie.

Twarde ręce zanurzy we wodę
I obmyje w głębiach liczko młode.

Toporzysko zatknie w świeżej ziemi,
W krąg oczyma wodzi błękitnemi.

Czujnie w przestwór rozległy się wsłucha,
Z ramion biała opada mu cuha.

Dzwonią dzwonki, hale gwaru pełne,
Mkną perciami owce srebrnowełne.

A od strugi po rośnej dolinie,
Od szałasów w słońce piosnka płynie:


Skalną nutą wonny przestwór porze
O szabelce, zaciętej w jaworze.

Hej, Janiczku! waliłeś-ci skały,
Gdzie twe silne ręce się podziały?!

Hej, Janiczku! szalałeś-ci z nami,
Krew ci z rany cieknie potoczkami!

Zczerwieniłeś do dna górskie rzeki,
Ze krwie twojej ciemne rosną smreki!

Hej, ty krwawy losie Janiczkowy —
Z krwie rycernej rosną złotogłowy...

∗                              ∗

Ku szałasom podszedł Waligóra,
Twarz mu płonie, jak zorzna purpura.

K’tobie, dziewko, serce mi się spieszy,
Orzeł z głaźnej wyleciał pieleszy...

Wielka tęskność idzie skroś mej duszy —
Niedźwiedź ryczy w niedostępnej głuszy.

Z obcych dziedzin niosę ci korale —
Szedł Janiczek hyrny w wielkiej chwale.

Mam ci złoto, zagrzebione w knieje —
Hej! Janiczku! co się z tobą dzieje?!...

Otwórz okno, pokaż krasne usta —
Twarz Janiczka zbielała jak chusta...

Otwórz wrota, pokaż jasne oczy —
W krwi Janiczek, jak w strumieniu, broczy.


Nie zapomnę takich ust na wieki —
Pod turniami ciemne rosną smreki.

Nie zapomnę źrenicy stalowéj —
W ciemnych smrekach rosną złotogłowy.

Nie zapomnę śmiechu, co mnie rani —
Szumi jawor na wysokiej grani.

Hej! wy oczy, świecące nad zorze! —
Szablę zaciął Janiczek w jaworze.

Hej, wy usta, wy zdradne szyderce —
Powal grań tę, a oddam ci serce!

Powal grań tę, roztrzaskaj na piargi,
Posmakujesz smaku mojej wargi.

Gdy się w przepaść złom za złomem stoczy,
Jak w jezioro spojrzysz w moje oczy.

Ni za koral, ni za garniec złota,
Do komory otworzę ci wrota;

Za tych turnic głośny zwał daleki —
Pod turniami ciemne rosną smreki.

Za tych smreków szum i trzask echowy —
W ciemnych smrekach rosną złotogłowy...

∗                              ∗

Wraca w turnie walny Waligóra,
Z orlich skrzydeł wyskubuje pióra.

Z gniewnych oczu skry żelazne ciska,
Gniewnie szarpie niedźwiedzie kudliska.


Przez strumienie skacze rozpienione,
Setne kłody odrzuca na stronę.

Idzie, sunie od wczesnego rana,
Popod wierchem wyprężył kolana.

Sparł się w kłębach, pięście wgrzebał w boki,
Wrył się w ziemię, zmierzył szczyt wysoki.

Hej, wy zęby, wy turniczki marne,
Jeszczeć ja was łokciami ogarnę!

Hej! ty dziewko, juhaśna tęsknico,
Jeszczeć spojrzę w twoje szydne lico!

Rozkrzyżował ręce na dwie mile,
Do wierszyczku zmógł się drugie tyle.

Zgiął się w kabłąk, wichru wchłonął parę,
Aż mu lasy oddechnęły stare.

Z czoła strząsnął lipca płomień lity,
Zwarł oburącz przystopne granity.

Pot się leje od słonecznej spieki —
Na przystopach głuche rosną smreki.

Dech zapiera ogrom granitowy —
W głuchych smrekach rosną złotogłowy.

Zatrzeszczały granne fundamenty,
Stał się rumor w okrąg niepojęty!

Z hukiem w gruz się rozsypały turnie —
Waligóra patrzy górnie, chmurnie.

Mgły kotłują, z głębnej lecą kaźni,
Ryczą, jęczą upiorowie głaźni.


Czerwonemi sieją lęk oczyma,
Chmura-potwór pręży się i wzdyma.

Ponad światem gęsta noc się wlecze,
Tną ją w strzępy błyskawiczne miecze.

Cios za ciosem w graniach się odbija,
Płacze w Raju Przeczysta Lilia.

Pomrok zaległ niebieską posowę,
W mroku rośnie widmo Chrystusowe.

Jak dwa ciemne, falujące morza,
Tak mu spływa włosów fala boża.

Jak dwa wielkie, zczerwieniałe stawy,
Dwie źrenice leją odblask krwawy.

A na skroni takich kolców jeże,
Jako świerków pięćsetletnie wieże.

W licach smutku nieustanne wieki —
O samotne, głuche, ciemne smreki!

Miłosierdzia połysk całunowy —
O wy w smrekach jasne złotogłowy.

∗                              ∗

Ku szałasom idzie Waligóra,
Nito pobrzask, nito srebrna chmura.

Idzie cały w światłościach miesiąca,
Z kosodrzewia krople deszczu strąca.

Usty chwyta wychłodłe powietrze,
Serce jego smętniejsze i bledsze.


Pełną piersią głęboko oddycha,
Przed nim płynie tęsknica przecicha.

Na upłazy płynie, na manowce,
Gdzie spoczęły w strągach białe owce.

Ku przymglonej, sennej płynie hali,
Gdzie w szałasie światełko się pali.

Puść, dziewczyno! tam, gdzie turnie żyły,
Dziś jeziora szklą słoneczne bryły.

Gdzie jeziorne świeciły się oczy,
Tam po piargach jaszczurka się toczy.

W gruzy runął boży tum wspaniały,
W cztery strony rozprysły się skały.

Jedna matkę ugodziła w łono,
Mąż od drugiej legnął z jękiem: »Żono!«

Padł od trzeciej ojciec, troską zżarty,
A kochanka zginęła od czwartéj.

Nad jeziorem boża-męka stoi,
Podarunek miłośnicy mojéj.

Puść, dziewczyno, daj na żałość leki,
Na okrajach ciemne rosną smreki.

Masz dla serca ratunek gotowy —
W ciemnych smrekach rosną złotogłowy...

Biedne złotogłowy!

Dwie Janiczek wypróbował prace:
Podważ staw ten, rada ci zapłacę!


Hej! ty szablo, Janiczkowa broni,
Niewart serca, kto cię nie miał w dłoni!

Nie na górze-ś, ani też w jaworze:
Gdzieś jeziorne ukrywa cię łoże.

Siklawice wyżeń i potoki,
Przyjdą roki! czarodziejskie roki!

Hen, w doliny wyżeń wszystkie rzeki —
Na urwiskach ciemne rosną smreki...

Ciemne, szumne, smreki!

Wydmij morze do niebios posowy —
W ciemnych smrekach rosną złotogłowy...

∗                              ∗

Nad jeziorem stanął Waligóra,
Patrzy w wodę, a woda ponura.

Chmurne szczyty w lej się zwarły na dnie,
Cisza w koło, ani głaz nie padnie.

Ani śniegu płat się nie odłamie,
By się stopić w tej przepastnej plamie.

Śmierć to głaźne zajęła grodziszcze,
Czasem tylko świstak gdzieś zaświszcze.

Czasem tylko orzeł zatrzepoce,
Ciężkich skrzydeł rozpinając moce.

Czemu, halo, stężałaś, spokojna,
Gdy w mem sercu wre krwawiąca wojna?


 
Czemu, góry, nie padacie w złomy,
Gdy w mej duszy piarg i gruz widomy?!

Czemu, śniegi, w miał się nie topicie,
Gdy topnieje płone moje życie?!

Czemu chłód tu, gdy ja mrę od spieki?
Pod turniami ciemne rosną smreki...

Czemu szał tu nie hula gromowy?
W ciemnych smrekach rosną złotogłowy...

Przewaliłem wierszyk, tak przewalę
I te ciche, urągliwe fale!

Wywróciłem granie od korzeni,
I głąb wasza do głębi się spieni!

Jedną nogę zarył w zmarzłe śniegi,
Drugą w piargi i okroczył brzegi.

Wiśny grzbiecik przełamał nad tonie,
W głąb zanurzył dwie olbrzymie dłonie.

W garście zebrał ciężar srebrnosiny
I przez wirchy wyrzucił w doliny.

Z rąk otrząsnął rozszumiałe piany,
Ku potokom stoczył na polany;

Ku siklawom stoczył na urwiska,
Bielą szumów na świat w okrąg ciska.

Wre i huczy i złowrogo śpiewa
Rozpętana grzesznych dni ulewa.

Szatan wyszedł na rybne wyłowy —
Ciemne smreki! jasne złotogłowy!


Niezmierzoną mgłą i niezgłębioną
W wielkiem morzu szumne biele toną.

Każda fala, każda bryła wodna,
Z dzikim grzmotem wwierca się aż do dna.

Jak olbrzymi, okiem nieobjęty
Zwał ołowiu, topią się odmęty.

A za każdym zwałem rosną kręgi
Wskróś ryczącej, wrzącej wód potęgi.

Z każdym kręgiem, szalejąc radośnie,
Szalejące, wrzące morze rośnie.

Do podniebnej wyrasta posowy —
Ciemne smreki, jasne złotogłowy...

A nad gęstą, bezbrzeżną topielą
Białe żagle ciężkie płótna ścielą.

Łódź ogromna leniwie się wlecze,
Ogromniejsza nad zdumienie człecze.

Nito radło, głębię w skiby orze,
Ogromniejsza nad zdumienie boże.

Snać przebije horyzontu krańce,
Przed nią wirów złowróżebne tańce.

Za nią smuga czarniawego mątu
Ciężko spływa w przepaść horyzontu.

Po czarniawie, co nad dziw urosła,
Stumilowe uderzają wiosła.

Tłum szańskich żegluje wioślarzy,
Sam Lucyfer u steru na straży.


Coraz wyżej niebo się zamyka,
Z wioseł ścieka piekielna muzyka.

W każdym plusku rozsmaganej fali
Stu fal odgłos skarży się i żali.

A skroś wnętrza przeolbrzymiej łodzi,
Skamieniałe milczenie zawodzi.

Mgławe widma w straszny kłąb się zwarły,
Na ich ustach jęk dawno umarły.

Rozpacz łokieć w krzyż kamienny zwija,
Płacze w Raju Przeczysta Lilia.

W dalach giną skamieniałe oczy —
Skroń Chrystusa krwawym potem broczy.

Niezliczone, długie broczy wieki —
Pod turniami ciemne rosną smreki.

O ty święty pocie Chrystusowy!
W ciemnych smrekach rosną złotogłowy.

∗                              ∗

Ku szałasom Waligóra wrócił,
Nie wiadomo, jakie wirchy rzucił.

Nie wiadomo, jaka moc go wlekła,
Czy od nieba przyszedł tu, czy piekła.

Gore serce na świętym obrazie,
A zaś twoje jak kowane w głazie!

Gore serce, mieczami przekłute,
A zaś twoje jako śnieżek lute.


Gore serce, cierniem opasane —
Hej, dziewczyno, ukój gorzką ranę!

Toporczykiem zapuka do dźwierzy,
A dziewczyna na ławeczce leży.

W białe jagnię zatapia się ręką,
Gładzi wełnę srebrnowłókną, miękką.

Gładzi wełnę, ku Janiczku śpiewa —
Hej, gdzie twoja szabla się podziewa?

Nie na szczycie, nie w jeziorze na dnie —
W tajnym borze, wyszukać nie snadnie!

Pod wykrotem, w niedojrzanym lesie —
Gdzież ten wicher, co mi bory zniesie?!

Hyrny Janik trzy wydzierżył prace —
Za tę trzecią rada ci zapłacę!

Zadmij, wichrze, od strony dalekiéj —
Pod turniami ciemne rosną smreki.

Ku szabliczce zadmij Janiczkowéj —
W ciemnych smrekach rosną złotogłowy!...

∗                              ∗

Waligóra krwawą duszą płonie
Ku wichurze, ku dalekiej stronie.

O poranku w gęste zaszedł knieje,
Z środka puszczy chłodny wietrzyk wieje.

Rozkazuję-ć — mówi w swojej mocy: —
Wlecz się za mną, powiewie sierocy!


Wiew samotny, posłuszny tej wieści,
Cicho w trawach deptanych szeleści.

Na paproci czasami wypocznie,
Co wyzłaca te lesiste mrocznie!

Kępę jagód w uścisk swój uwięzi,
Lub świerkowej chwyci się gałęzi.

Ku wierzchołkom czasami wyrośnie
I zaszumi rozciągle, żałośnie.

Wiew samotny kornym idzie krokiem —
Nad żlebiskiem stanęli głębokiem.

Nachylił się junak krwawoduchy —
Z wnętrza żlebu groźne dmą podmuchy.

Po wilgotnej czepiają się skale,
Kwiat zwarzony senne szepce żale.

Hej, podmuchu, zbratany ze śmiercią,
Pójdziesz ze mną tą kamienną percią!

Idą razem w skaliste zakręty,
Mroźny podmuch, jakby wniebowzięty:

Skacze, tańczy, pierś do skał przytula,
Z gniazd wyrzuca płód halnego króla.

Ze swawoli gdzieś się w załom wtłoczy,
Zmięknie chwilę, w przestwór wlepi oczy.

Potem czarne spostrzegłszy urwisko,
Wraz się k’niemu skrada blizko, nizko.

Rysim skokiem na karku mu siędzie,
Na przepastne strąci je krawędzie.


Wielką krawędź razem w graźnię spycha
I oddechem stłumionym oddycha.

Potem, dziko rozśmiawszy się wkoło,
Pod wierchowe przewala się czoło.

Śmiga k’wyży, jak mgławiczna chmura,
Gdzie wsłuchany stoi Waligóra.

O południu przystanął na szczycie —
Słońce więzgnie w niebieskim błękicie.

Żlebny podmuch przykucnął do ściany —
W okrąg przestwór, ciepłem sfalowany.

Faluj-że mi w słonecznej posusze,
Aż się cały falą twą ogłuszę!

Faluj-że mi, aż oślepnę cały
W płomienistych wirach twej nawały!

Rozpełzły się słoneczne promienie
W ciepłe, groźne, wirujące tchnienie.

Zwichrzyły się w jedną biel złotawą,
W szczyty falną uderzają ławą.

Straszna moc je ponad okrąg ściele:
Padły wichry w przepastne topiele.

Straszna moc je w żlebne granie wgniata:
Wyszły wichry ponad okrąg świata.

Świst nad ludzkie rozpasał się ucho —
Świszcze burza rozgłośnie, a głucho.

Czemś ty, wichrze szczytowy, mej duszy?
Niech z twych tajni orkan gwiazd się ruszy!


Przedwieczystą ruszył orkan tuczą
Stąd, gdzie gwiazdy w swych obrotach huczą.

Czem-ś ty dla mnie, ty gwiezdny orkanie?
Niech przedemną Wielki-Wicher stanie!

Niech przedemną stanie oddech boży,
Co tam — widzę — nowe światy tworzy!

Niech przedemną Wielki-Żar zaświszcze,
Co tam — widzę — światy zmienia w zgliszcze.

Z Wielkim-Żarem z nadgwiezdnego szczytu
Spłynął k’niemu Wielki-Wicher Bytu.

Waligóra szumi wichrem Boga,
Przed nim, za nim szumią lęk i trwoga.

Przed nim, za nim głuchą, ślepą rzeszą
Nawałnice i wichury spieszą:

Te, co na świat sypią ogień wraży,
I szepczące po trawach cmentarzy.

Lecą z świstem ku środkowi ziemi,
Wszystko stopy niszczą żelaznemi.

Ciężkie burze, jak żelazne brony,
Poorały ludzkich żądz zagony.

Piór żelaznych rzędy mają w skrzydle,
W bór tajemny zapuściły rydle.

Jak łan zboża zmiotły go z powierzchnie —
Płacz drzew mrących gdzieś na wieki pierzchnie.

Smug poryty ciemną parą dymi,
Wsiąkającą w wichru dym olbrzymi.


Z środka ziemi nad zsieczonym łanem,
Wichry jednym strzeliły tumanem.

Usta Jęku, oczy Przerażenia
Pod niebieskie wirują sklepienia.

Jeden rozwir, jedna wrząca chmura,
A w rozwirze chmurny Waligóra.

Oszalały, k’niebu się dobija,
Płacze w Raju Przeczysta Lilia.

Wicher boży topi go w swej toni —
Krwawe krople skroń Chrystusa roni...

∗                              ∗

Słońce świeci w zielonej dolinie,
Od szałasów pieśń żałobna płynie.

O Janiczku, co zginął na wieki —
Pod turniami ciemne rosną smreki —

O zaklętej szabli Janiczkowéj —
W ciemnych smrekach rosną złotogłowy.



Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.