Zanim pieśń moja, od zalęku blada,
Głos wzniesie cichy, — mnie o przebaczenie
Mistrzów największych uprosić wypada,
Że lekkomyślnie, w poetyckiej wenie,
W oktawę powieść moja się układa,
W tę strofę świetną, co jak rozelśnienie
Jest błyskawicy i służyła wiernie
Tym, co na głowie mieli blask i ciernie.
Oni ją wzięli w służbę swą i jeństwo,
Słońca zakląwszy w nią i grom i burze,
Cierpienie ludzi i bogów szaleństwo.
A że ja tylko polne zrywam róże,
Przeto śmiem błagać o błogosławieństwo
Owych, co płyną na burzliwej chmurze
Ponad Helikon, przez powietrzne tonie,
W swój rydwan wieki wprzągłszy, jakby konie.
Więc przedewszystkiem, rymy me, wyproście
Łaskę u ojca wielkiego oktawy,
Po której pędził w chwałę, jak po moście
Rycerz, szaleństwem niesion, Orland krwawy.
Błogosław słudze swojemu, Arjoście,
Który Twą strofę wziął nie dla zabawy,
Lecz by policzyć, ile łez pociekło
W dniach, gdy do nieba Polska szła przez piekło.
A że w wojennym rzecz tę piszę czasie,
Świętych rycerzów pomóż mi, patronie,
Goffreda piewco, nieśmiertelny Tassie,
Którego strofa każda tako płonie,
Jakby brylantów rząd w rycerskim pasie,
Gdy wojowników tłum rozpuści konie,
Dzwoni, jak surma, albo płacze żalem,
Że nie zdobyta jeszcze Jeruzalem.
Zaczem się teraz kłonię Waszej Części,
Lordzie Byronie, jako przed tym mężem,
Co wszystkie burze, smętki, łzy, boleści
W oktawę wiązał złotym rymu wężem,
Abyś mej strofie, co się sobą pieści,
Pobłogosławił — lutnią i orężem,
A wtedy ona na szmery pogłuchnie,
Jak wolność głośno krzyknie i krwią buchnie.
I ty mi także pobłogosław nieco,
By nie za wiele — upiorze historji,
O, Aretino boski, coś z Arezzo
Przez wszystkie biedy dążył aż do glorji,
Co mogła słońcem być, a była świecą,
Zlepioną z tłuszczu weneckiej Signorji,
Ewangelisto piąty, synu szewca,
Bowiem w oktawie dzielny byłeś piewca.
Lecz się mym prośbom sposobność nadarza
W swoich świątyniach poczynić starania,
By dopuszczonym być aż do ołtarza,
Bo któż protekcji szukać mi zabrania
U Jegomości króla sekretarza,
Który oktawą czynił przekładania,
Rymem przyciężkim, chropawemi zgłoski,
Dobrze urodzon imć Piotr Kochanowski.
Zaś Lubomirski w poetyckich bolach
Wyzwolonego opiewa Tobjasza,
Item Chrościński, na ematskich polach
Bój wiodąc, Parnas krwią oktawy zrasza,
I inni, co w niej chodzą, jak w sobolach,
A ponad nimi wielka duma nasza
Krasicki galant tocząc bój bezkrwawy,
Tnie pastorałem mnichy w rytm oktawy.
A ty nasamprzód mi błogosław, lacki
Mistrzu nad mistrze, wśród wielkich — olbrzymie,
Umiłowany, jasny mój, Słowacki!
Sto się wulkanów w twoim pali rymie,
W twej strofie słońce ma swój warsztat tkacki
I nicią złotą twoje przędzie imię,
A w słów twych gąszczu, jakby w gąszczu drzewa,
Chmura słowików skryła się i śpiewa.
Dłonią rozbiłeś słońce na okruchy,
A każdy okruch stał się jedną zwrotką,
I rozkazałeś, by powietrzne duchy
Zleciały wszystkie, śpiewające słodko,
Z pól zbierać jasność, z kwiatów zbierać puchy
I wić poemat, alpejską szarotką
Przetkany czasem, jak gwiazdą, co błyska
Ponad kaskadą, lecącą z urwiska.
Pyszny, jak szatan, który walczył z Bogiem,
Wyszedłeś z nieba chmurny poza bramy,
By nowe niebo stworzyć tuż za progiem,
I nowe piekło z ludźmi twojej dramy;
Polaków w czyściec zagnałeś batogiem,
A sprawiedliwych powiodłeś w Sezamy,
Gdzie słów djamentem są wybite wrota,
A skarbca strzeże rymu żmija złota.
Kochanka twoja jedna jest: oktawa!
Złocistowłosa, jak grecka królewna,
Która jest czasem, jak anielska zjawa,
Jak srebrna cytra czasem tak jest śpiewna,
A nieraz nocą, jako Judyt krwawa,
Piorun zażegnie w oczach, gdy jest gniewna,
A nieraz, gdy się łez napoi zdradą,
Ma Chrystusową twarz niezmiernie bladą.
A czasem twarz ma znów luciferową,
Podobną gwieździe, co śmiertelnie błyska,
Czasem nad swoją księżyc niesie głową,
Co trupom w bagnach świecił uroczyska,
A nieraz w pysze z warg swych ciśnie słowo,
Co z hukiem leci, jak głaz z osypiska,
Że się na polskiem niebie słońce ściemnia,
Gwiazdy drżą w lęku i drży w trwodze ziemia.
A gdy na rymie, jak na Bucefale,
Heros po dolę swoją jedzie boski,
To jakby jechał po niebios powale
I przez gwiazd grudę pan August Beniowski,
Bo krew wytryska w ziemi, ogień w skale,
Koń brylantowe z kopyt miecie zgłoski,
A wśród tej djablej przez kurhany jazdy
Strofa się w miesiąc zmienia, rymy w gwiazdy.
Oktawa ogniów błyska się ukropem,
Rymów tak osiem gra, jak pieśń organna,
Kiedy tłum ludzki pod kościelnym stropem
Zakrzyknie Bogu polskiemu: hosanna!
A dźwięki lecą i lecą potopem,
Aże zdumieje się Najświętsza Panna
I Bóg zdumieje, słuchając tych wierszy,
Od dnia stworzenia chyba po raz pierwszy.
Rozumiał bowiem przedtem, że Polakom
Los zabrał wszystko, co był zabrać w stanie,
I kazał gniazda zburzyć im, jak ptakom,
A zapomniany anioł spał w kurhanie,
Co teraz chodzi ku gwiaździstym szlakom
I zrywa gwiazdy na niebieskim łanie,
Potem je w strofy, jakby w wieńce wiąże,
Piękny, jak szatan, — rozrzutny, jak książę.
Kręgiem je ciska na wiślane wody,
A gdy jest smutny, plusku fali słucha,
A gdy jest mocen, śpiewa pieśń swobody,
Na włosach wichru gra, gdy noc jest głucha,
Albo zwołuje duchów chorowody,
Którym krew z serca ciepłą strugą bucha,
A wtedy naród w milczeniu przyklęka
I krwią się dawną jego krzepi męka.
Jakoż więc teraz w sercu się ośmielę,
Lepić me strofy z miałkiej ziemi gliny,
Po tym, co w słońcu je kuł, archaniele
I w gwiazd ogrodach swoje rwał wawrzyny?
Jedną mam tylko bladą skrę w popiele,
Więc jeśli on mi pomoże — jedyny,
Wtedy się jeszcze zmienię w wojny barda,
Bo choć zły rym mój, dusza we mnie harda.
Wszystko jest z niego, co w tej woła księdze.
Jak elizejski cień tak za nim chodzę
I z jego śladów kolorową przędzę
Oczyma zbieram, rzuconą na drodze.
Któż bowiem w jego struchlały potędze,
I spopielały w jego słów pożodze,
Własnego głosu dobędzie z gardzieli,
Kiedy z nim boscy śpiewają anieli?
Przeto ktokolwiek czytasz pieśni moje,
Wiedz, że znam grzech mój i me świętokradztwo,
Gdy słabą ręką jego struny stroję
I gnam me słowa, jak oślepłe ptactwo...
Wiedz, że mam wielkie w sercu niepokoje,
Że z jego bolów moje jest bogactwo.
Więc zmiłowania błagam jego ducha,
A on nade mną w chmurach jest — i słucha.