Pieśń fal

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Pieśń fal
Pochodzenie Czapka topielca
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1931
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
PIEŚŃ FAL

Wśród wielu legend, wierzeń i przesądów marynarskich, utrzymuje się jedno podanie na prawdziwem oparte zdarzeniu. Starzy marynarze odbywający rejsy po oceanie Atlantyckim utrzymują, że gdy okręty ich mijają małą skalistą wysepkę Deserto Grando na pokład, do uszu ich wraz z poszumem fal dolatują skądś z głębin, przytłumione, smętne tony skrzypiec. Dzieje się to oczywiście tylko w jasne, księżycowe noce, gdy powierzchnia oceanu niezmącona najlżejszym wiaterkiem srebrzy się tajemniczem światłem miesiąca. Nie wszyscy też mogą usłyszeć tę skrzypcową melodję głębin. Tych którzy ją słyszeli, i tych którzy jeszcze usłyszą jest niewielu. A i ta drobna garstka niechętnie się do tego przyznaje i trzyma w tajemnicy zasłyszaną melodię wód oceanu. Ci bowiem w których uszy i serca wniknęła są wybrańcami losu. Pieśń fal brzmiąca w noc księżycową i w ciszy morskiej przynosi szczęście temu kto ją usłyszy. Wierzenie to na prawdziwej jest oparte historji. Oto ona...
Przed pięćdziesięciu mniej więcej laty gdy jeszcze burty statków nie miały stalowego pancerza, a żelazne kadłuby ich wolno i z trudem rozpieniały oceany i morza i gdy widok białego żagla był bardziej powszednim niż dziś potężne kolumny kominów wielkich transatlantyków, na niewielkim żaglowcu, białym barku „Mewa“ odbywali długie rejsy między portami Europy i Ameryki ojciec i syn Szordowie. Wytrawnym wilkiem morskim był stary Szorda, kapitan dalekiej żeglugi. Siwe, już mgłą starości powleczone oczy jego nie zmieniały swego spokojnego, upartego wejrzenia, gdy po wietrze pomyślnym nalatywał szkwał gwałtowny i darł żagle na strzępy. Wąskie, zaciśnięte, zlekka sine wargi nie drgały, gdy przychodził orkan i burzę rozpętywał czarną. Stary kapitan dużo burz przeszedł w swem życiu i już nie przerażała go żadna. W sztormy najsroższe, gdy wiry i kłębowiska spienionych fal zmiatały wszystko z pokładu, na mostku kapitańskim, na rozstawionych szeroko nogach tkwiła krępa, zlekka przygarbiona postać starego Szordy i z pod brwi krzaczastych spozierała spokojnie we wściekłe oblicze następującej wichury. Nie lękał się wichrów stary kapitan. Znał je. Wiedział czego się od nich spodziewać, jak walczyć, jak poskromione wykorzystać dla białych żagli „Mewy“, dla pędu lotnego, który go nosił już od lat wielu po wszystkich wodach świata. I skał się nie lękał podwodnych ni prądów zdradzieckich. Znał je też. Znał wszystkie napamięć. Niczego się nie lękał stary Szorda. Wszystko już przeżył, zwyciężył i przetrwał. Jednego tylko się bał, jednego nie znał i nie mógł poznać. Syna swego się lękał i nie mógł zrozumieć stary kapitan. Niepodobnym do ojca był młody Szorda. Takież oczy niebieskie patrzyły w świat z pod brwi gęstych, lecz jakże inny, jakże odmienny był wyraz tych oczu! Rozsiadła się w nich jakaś zaduma głęboka, jakaś myśl uporczywa wyzierała ze spojrzenia tych oczu marzycielskich, błąkających się wiecznie i szukających czegoś w nieobjętych przestworzach. Urok i podziw piękna wystrzelał z błękitu oczu młodego Szordy. Tego piękna, które otaczało i wnikało w duszę młodzieńca. Odbijała się w źrenicach tych, masztów strzelistość, żagli biel śnieżna, lazury niebios pogodnych i czerń chmur fantastycznych, złoto promieni słonecznych i srebro poświaty księżyca, djamentami się mieniące w harmonijnym ruchu fal.
I gdy oczy młodzieńca chłonęły te dziwy przyrody ręką Stwórcy z odmętu chaosu dobyte i rzucone na nieogarnione tło wszechświata — w duszy i myślach jego brzmiały nieustannie piękne, czarowne pieśni. Muzykiem był młody Szorda. Muzykiem szczerym, prawdziwym, oddanym sztuce swej duszą i ciałem. Był dyletantem. Nie znosił utworów znanych, przegranych i prześpiewanych przez świat cały splugawionych pogwarem sal koncertowych i szumem wielkich miast co obnosiły je na ustach nieczystych po swych rozwrzeszczanych, hałaśliwych ulicach. Nie znosił tonów i dźwięków co nie były tylko jego własnością, lecz dobrem publicznem, dostępnem każdej małej, głupiej i ciasnej duszyczce. Krótko mówiąc młody Szorda był kompozytorem nieuznanym przez nikogo, twory swej bujnej muzycznej fantazji chowający tylko dla siebie i Boga, któremu te dzieła krwi, mózgu i nerwów składał w podzięce za piękno, które chłonął duszą artysty. Wszystko, co chłopak widział, słyszał i czuł zaklinał natychmiast w tony skrzypiec. Dziwaczne to były melodje. Nie lubił i nie słuchał ich nikt. Raziła w nich niesamowitość jakaś, dziwactwa najwymyślniejsze, zaniedbanie całkowite najelementarniejszych kanonów muzyki, brak rytmu, tempa, pauz, harmonji. Nikt nie rozumiał i nie mógł zrozumieć, że z poza potwornych okresów melodji, z poza dźwięków fałszywych i dzikich wyziera zaklęta w ton muzyczny jutrzenka promienista wynurzająca się z bieli pian morskich, kształt fantastyczny chmury czarnej, drganie rytmiczne upalnego powietrza w południe, urok krwawych barw zachodzącego słońca. Nikt nie wyczuwał wśród muzycznych herezji krzyku mew żałosnego, grzmotu i łyśnięć błyskawic, łopotania żagli, szmeru łagodnego wiaterku lub wycia wichury, trzasku masztów i rej.
Ktokolwiek słyszał te dziwactwa to słuchał ich uchem nie duszą. Dlatego też nikt nie rozumiał tego, co przez grę swą chciał powiedzieć młodzieniec. Gra to była wstrętna i dokuczliwa dla wszystkich jednakowo. Najbardziej jednakże nie lubił jej stary Szorda. Ona właśnie była tym elementem w duszy syna, groźnym, niezrozumiałym i wrogim dla ojca. Bał się jej i walczył z nią już oddawna stary kapitan.
Rozpoczęła się ta walka wzgardliiwem skrzywieniem ust, gdy po powrocie z długiego rejsu do domu ujrzał był skrzypce w ręku małego synka. Zapytał wtedy swej młodej żony, urodziwej exśpiewaczki szynków i zaułków portowych — coby to miały znaczyć skrzypce w ręku jego syna, w ręku syna marynarza? Odpowiedziała, że chce by syn jej znał, rozumiał i kochał muzykę tak, jak kochała ją ona sama.
— Bzdury! — tem jednem słowem Szorda, kapitan dalekiej żeglugi, objął całokształt matczynej fantazji i określił swój do niej stosunek.
Z początku tylko pogardą niezmierną darzył stary wilk morski tę całą imprezę muzyczną, przekonywując siebie, żonę i synka, że jego szczera krew marynarza płynąca w żyłach młodego muzyka wzburzy się wkońcu przeciwko „bzdurom“ i każe przyszłemu kapitanowi odrzucić skrzypce precz, poza kres swoich upodobań i pragnień. Później wszakże, gdy za każdym razem wracając z morza do domu słyszał w nim muzykę brzmiącą od świtu do nocy i widział nienawistne pudło skrzypiec — począł twierdzić kategorycznie, że nigdy nie zezwoli na to, by syn jego, syn marynarza z dziada pradziada, miał zostać jakimś tam muzykantem.
Z biegiem czasu, gdy miłość młodego Szordy do sztuki wzrosła jeszcze i spotężniała, ojciec sposępniał, stał się dla rodziny surowym, twardym, nieugiętym. Zabronił stanowczo gry na skrzypcach podczas obecności swej w domu. Zdarzyło się kilkakrotnie, że zdruzgotał w przystępie gniewu skrzypce, a łzy syna przyjął obojętnie z pogardą. Walka ta jednak była nierówną i przewaga znajdowała się bezsprzecznie po stronie matki i syna. Stary kapitan przeważną część życia spędzał na morzu, do domu zjawiając się rzadko, a i to na dni kilka zaledwie. I właśnie w te długie okresy nieobecności jego małe mieszkanko rozbrzmiewało śpiewem i muzyką. Położenie to uległo gwałtownej i zasadniczej zmianie dopiero po śmierci matki młodego Szordy, skoszonej przedwcześnie suchotami grasującemi w ciemnych i wilgotnych zaułkach portowych. Po śmierci żony stary kapitan zabrał podrastającego już syna na pokład swego okrętu. Twarde i znojne rozpoczęło się teraz życie dla młodego muzyka. Oddany pod rozkazy kucharza z instrukcją — nie pobłażać, harować musiał w kambuzie, przy rondlach i kotłach od świtu do nocy. Schudł, sczerniał od sadzy i przybladł z przepracowania, stał się smutny, apatyczny i obojętny na wszystko. Wieczorami tylko, po pracy, leżąc na swej kojce w kubryku i wspominając dawne „muzyczne“ czasy ożywiał się trochę, coś tam mamrotał do siebie, podśpiewywał, wymrukiwał jakieś urywki melodyj i pieśni, co nieprzerwanie grały mu w duszy. Bacznie acz niepostrzeżenie obserwował syna stary kapitan. Interesował się każdym jego czynem, każdym ruchem, najdrobniejszym grymasem lub skurczem drobnej twarzyczki. Cierpiał i bolał nad nim z nim razem. Kochającą myślą i sercem ojcowskiem schylał się z nim razem nad rozżarzoną blachą kuchenną, szorował kotły i noże, płakał w duszy, rozpaczał i gdy u syna z powodu skaleczeń kapała krew z ręki u ojca broczyła — z serca. Twardym jednak i nieugiętym był Szorda, kapitan dalekiej żeglugi. Gdy ujrzał, że praca kuchcika zbyt przygniatająco działa na umysł chłopaka, podwyższył go do stopnia marynarza pokładowego i wcielił do jednej z wacht. Tam znowu bosman dostał zlecenie — nie pobłażać, dawać jak najwięcej i jak najcięższej pracy, posyłać do żagli na reje w miejsca i momenty jak najbardziej niebezpieczne i groźne. Po kilku miesiącach tej próby ojciec zaczął brać syna do swej kapitańskiej rupki i uczyć go nawigacji, locji, zapoznawać z używaniem logu i mapy, wtajemniczać w arkana sekstansu, chronometru i drogowskazów słońca i gwiazd.
Wyraźnie chciał stary kapitan, by syn objął po nim komendę na pokładzie i prowadził „Mewę“ po oceanach i morzach, jak jego ojciec, dziad i pradziad. Niepokonane jednak trudności spiętrzyły się w duszy syna przed wolą ojca. Twarde, znojne, grube i ściśle materjalne życie, jakie prowadził chłopak na statku, wywołało reakcję i zamiast wybić muzyczne „bzdury“ z jego głowy, stworzyło potrzebę sztuki, wznieciło głód intelektu i rzuciło już teraz zdecydowanie i bezpowrotnie duszę młodzieńca w krainę dźwięków i pieśni. Korzystając z zakotwiczenia się „Mewy“ w jednym z większych portów Europy, młody Szorda wyszedłszy na ląd kupił za zaoszczędzone z wypłacanej mu skrupulatnie zapłaty skrzypce i smyk i wróciwszy na pokład ukrył je pod posłaniem w swej kojce. Od tego czasu rozpoczęła się zażarta i nieubłagana walka ojca z synem. Stary kapitan, który o ile mógł znieść jeszcze jako tako skrzypce w domu na lądzie, o tyle na morzu, na pokładzie swego okrętu dostawał prawdziwych napadów wściekłości i furji, gdy usłyszał dolatujące skądś z wyżyn masztów synowskie dziwolągi muzyczne. Posyłał wówczas na górę pierwszego z brzegu marynarza z rozkazem sprowadzenia siłą na pokład krnąbrnego skrzypka. Gdy syn stawał przed obliczem ojca i władcy wtedy ten władca z furją rozbijał skrzypce o burtę, a syna samego bił długo i zapamiętale, przymawiając: Nie hańb mnie swemi bzdurami... nie hańb ojca swemi bzdurami... bądź marynarzem, jak Bóg przykazał, jak twój pradziad i dziad...
Jednak wszystkie te poniewierki, kary i bicia mijały bez skutku. Posiniaczony, obolały muzyk w najbliższym porcie kupował za uciułane grosze nowe skrzypce i znów dzikie, zwarjowane melodje brzmiały na masztach, bagszprycie, w triumach, w komorze łańcuchowej, jednem słowem we wszystkich kątach i zakamarkach statku, gdzie można było ukryć się i grać. W tej ciągłej z ojcem walce o sztukę, syn nabierał przebiegłości i sprytu, nie dawał się ujrzeć i złapać, chował się krył, chował i krył skrzypce, walczył o nie zażarcie i wściekle i grał. Grał ciągle, grał bez przerwy i odpoczynku, grał poza służbą i na służbie, grał w dzień i w nocy o zmierzchu i o świcie. Ogarnęła go jakaś manja muzyczna, jakaś wola potężna odtwarzania dźwiękami wszystkiego co widział, słyszał i czuł. Zdawało się, że duch zmarłej matki-śpiewaczki wcielił się w syna, wzrósł, spotęgował stokrotnie, stał się mocarny i wielki i grzmiał oto symfonją zaświatów na bezmiarze wód oceanu.
Pieśni wichrów i mórz, pieśni drzemiące żywiołów budził młody Szorda swym smykiem, ubierał je w szaty tonów skrzypcowych i ciskał w przestworza. Burzom, ciszom i szkwałom odpowiadały echem struny skrzypiec manjaka. Wschody i zachody słońca rodziły pieśń powitania i pieśń pożegnania. Jasne, upalne południa tworzyły wspaniały „Hymn światła“. Huragany, wichry i wiatry wygrywały na strunach lotne „Marsze pędu“. Błyskawice i gromy nieciły w skrzypcach „Rapsodje grozy“. Każdy rys, każde poruszenie żywiołów grało echem skrzypiec w ręku młodego muzyka. Jedynie cecha najcharakterystyczniejsza morza, jego życie, istota, sens i treść najgłębsza nie została odtworzona smykiem młodego skrzypka. Milczała, głuchą była i niemą. Milczała niezmartwychwstała i z niezmierzonych płaszczyzn wód oceanów i mórz nie cisnęła się na struny skrzypiec — „Pieśń fal“. Bał się ją wygrać ten syn marynarza i artystki. Lękał się profanować tę pieśń czarowną głębin morskich co brzmiała wspaniałym rezonansem w jego duszy. Drżał na myśl, że tonem fałszywym, porywem serca przyziemnym, nieumiejętnym ruchem smyka sparodjuje, zohydzi to co w całej twórczości jego było najlepsze, najdroższe, najświętsze, acz nie stworzone jeszcze, zagrane tylko na nerwach najczulszych, na strunach najwrażliwszych muzycznego jestestwa jaźni.
Kochał tę pieśń fal oceanów i mórz świata całego, której nie odpowiadały wylękłe, niegodne jej zabrzmieć w unison biedne struny jego skrzypiec. Wielokrotnie już, w burze huczące i w jasne światłem miesiąca noce chwytał za skrzypce i chciał zagrać tę melodję, co rwała się z jego duszy w świat szeroki i zawsze bezradnie opuszczał ręce.
— Nie jestem godzien — szeptał z rozpaczą i bólem — nie potrafię, nie umiem...
Miłość ogromna do morza nie pozwalała mu wyśpiewać niedoskonale tego hymnu, który był duszą nieogarnionych głębin wód.
Jednakowo ukochali morze stary i młody Szorda. Różne tylko były przejawy tej miłości. Podczas gdy ojciec wielbił je pracą swych mięśni i mózgu, syn składał w hołdzie dar swych nerwów i serca. Krew matki artystki nie pozwalała, by dar ten był nędzny, mierny.
Długo, długo łopotały żagle na masztach „Mewy“, długo sztaba jej rozpieniała powierzchnię mórz nim z poszumem fal zmieszały się dźwięki ich pieśni. A stało się to niezadługo przed śmiercią syna i ojca Szordów.
Była burzliwa, sztormowa pogoda, gdy w nocy z pokładu miotanej orkanem „Mewy“ dostrzeżono światełka na widnokręgu. Była to mała, skalista wysepka Deserto Grando leżąca na połowie drogi z Ameryki do Europy. Potężne porywy wichru pędziły okręt wprost na groźne skały tej wyspy. Kapitan Szorda stał na rozkraczonych szeroko nogach, na kapitańskim mostku i wykrzykując rozkazy głuszył swym krzykiem huk wichru i fal. Załoga cała upadając ze znużenia pracowała nad zarzuceniem zapasowych kotwic, które jedynie, wstrzymawszy statek od dryfu, zapobiec mogły awarji. Pracowały wszystkie wachty, pracował nawet kucharz i steward. Jedynie młody Szorda oczarowany pięknem rozszalałych żywiołów, niepomny na nic unoszony porywami natchnienia stał przy grot maszcie i grał „Pieśń fal“.
Nareszcie. Nareszcie na skrzydłach burzy naleciało nań to natchnienie, którego tak dawno już czekał i które dawało pewność stworzenia dzieła absolutnej doskonałości i piękna. Nareszcie. Nareszcie tworzył „Pieśń fal“. Nareszcie tworzył część pierwszą pieśni zowiącą się „Pieśnią fal huczącego morza“. Półprzytomny, w ekstazie nie słyszał gniewnych okrzyków ojca zapędzających go wraz z innymi do pracy. Nic nie słyszał, nie widział, nie czuł. Zamknął się w sobie, w jaźni swej wraz z wyśnioną melodją i grał. Pod akompanjament wycia wichrów, trwożliwego łopotu żagli i wściekłego huku bałwanów, grał młody Szorda. Grał swą wyśnioną, wymarzoną „Pieśń fal“. Grał jej część pierwszą — „Pieśń fal huczącego morza“.
Dopiero gwałtowne, brutalne szarpnięcie za ramię wyrwało go ze stanu ekstazy. W migotliwem świetle latarń okrętowych odbitem na grzbietach następujących gór wodnych ujrzał bladą z gniewu i wściekłości twarz ojca.
— Darmozjadzie... Podlecu... Zbrodniarzu... — charczał wściekle kapitan Szorda w twarz syna — wyrodny... widzisz przecie... giniemy... a ty grasz... grajku nędzny... pod sąd morski cię oddam! Na reję wyrodku! Na bom-bram! Za karę! Byś zginął... sczezł... Leź!
Zmilkła pieśń. Głucho stuknęły skrzypce o pokład. Sylwetka syna zamajaczyła na wantach i piąć się zaczęła w górę coraz wyżej i wyżej. Znikła wkońcu wśród białych zwałów zwiniętych żagli, w plątaninie lin, w nieprzebitych ciemnościach mroku. Znikła. Kapitan Szorda stał na rzucanym przez fale pokładzie z głową zadartą do góry i patrzał w ten punkt na maszcie, gdzie przed chwilą widział był syna. Lęk jakiś nieokreślony po raz pierwszy w życiu porwał w swe szpony Szordę kapitana dalekiej żeglugi. Może przeczuła coś dusza? Zabiło trwogą serce ojcowskie. Wzrokiem strasznym, przerażonym patrzał w górę, w czerń nocy. Raptem...
Stało się. Od reji bom-bramu oderwał się mały, czarny kłębek i w błyskawicznem pędzie w dół przybrawszy postać ciemnej, bezkształtnej masy głucho plusnął w rozszalałe fale za burtą. Jeszcze krzyk słaby, rozpaczny, uderzył w kir nocy i zaginął w huku srożącej się burzy.
Szorda, kapitan dalekiej żeglugi, długo stał z głową zadartą do góry, z oczami wbitemi w ten punkt, gdzie po raz ostatni zamajaczyła mu niknąca sylwetka syna. Długo tak stał. Może godzinę, może pół godziny, a może i dwie. Nie wiedział już sam. Później, jak zawsze krokiem twardym, i pewnym wszedł na swój kapitański mostek i stanąwszy tam na szeroko rozstawionych nogach, począł wykrzykiwać grzmiące rozkazy, wydawać zlecenia, zachęcać i zapędzać załogę do pracy.
W końcu ucichła burza, uspokoiły się fale, zamilkły wichry. Promienie wschodzącej jutrzenki oświetliły zarysy białej „Mewy“, stojącej na wszystkich kotwicach o kilka mil od groźnych skał Deserto Grando.
Gdy nastał dzień i groźba awarji już nie zawisła nad „Mewą“, kapitan Szorda zeszedł z mostku, usiadł na zwoju lin i ukrywszy twarz w dłoniach pogrążył się w myślach. Nie przeszkadzał mu nikt, marynarze po ciężkiej, zabójczej, odbierającej przytomność pracy, zapadli w głuchy głęboki sen. Długo trwał w rozmyślaniach Szorda, kapitan dalekiej żeglugi. A gdy słońce minąwszy zenit zanurzyło swą tarczę w bieli pian za widnokręgiem, stary Szorda wstał, podszedł do grot masztu i podniósłszy z pokładu porzucone skrzypce syna i smyk, poszedł z niemi na przód okrętu, na bak.
Mijały godziny. A gdy światło wschodzącego miesiąca wysrebrzyło swym tajemniczym, migotliwym blaskiem lśniące grzbiety fal, do uszu przebudzonej załogi doleciały z baku smętne, rzewne tony skrzypiec. Gdy kilku marynarzy poszło zobaczyć co się tam dzieje, zdumionym oczom ich ukazał się kapitan Szorda, siedzący na zwoju lin ze skrzypcami i smykiem w ręku i grający drugą część synowskiej „Pieśni fal“, grający część drugą elegijną — „Pieśń fal księżycowej nocy“.
Marynarze odeszli, a kapitan patrzył obłędnym wzrokiem na fale i grał.
Znów kilka godzin minęło, miesiąc rozlał po powierzchni morza pełnię swych blasków, a z baku płynęła bez przerwy czarowna, tajemnicza, elegijna „Pieśń fal księżycowej nocy“.
Znów marynarze przyszli na bak.
— Kapitanie — rzekli — czas się odkotwiczyć, czas w drogę!
Nie odpowiedział im nic Szorda, kapitan dalekiej żeglugi. Nie wypuszczał z rąk skrzypiec i smyka i grał. Odeszli marynarze. A kapitan grał ciągle, grał bez przerwy. Zdawało się, że w ciągu długich lat słuchając melodji synowskich wyuczył się w końcu gry na skrzypcach i teraz oto żegnając odchodzącego w zaświaty, kończy jego dzieło, tworzy część drugą improwizacji synowskiej, wykańcza „Pieśń fal“.
Nad ranem urwały się dźwięki skrzypiec płynące z baku. Marynarze poszli zobaczyć co się dzieje z ich kapitanem. Nie było tam nikogo. Tylko koło burty okrętu, w świetle zachodzącego księżyca, kołysały się na grzbietach fal skrzypce, na których przed chwilą grał Szorda, kapitan dalekiej żeglugi. Marynarze odkryli głowy i odmówili modlitwę za duszę swego kapitana. I jeszcze czas długi potem zdawało im się, że w powietrzu brzmi wygrana przez syna i ojca Szordów — „Pieśń fal“.


Po zdarzeniu tem starzy marynarze, których okręty mijają często małą, skalistą wysepkę Deserto Grando, zaczęli opowiadać, że w jasne noce księżycowe na pokład, do uszu ich wraz z poszumem fal dolatują skądś z głębin przytłumione, smętne tony skrzypiec. Nieliczni utrzymują jeszcze, że w wyjątkowo ciche i jasne noce księżycowe, gdy bezmierna płaszczyzna oceanu śpi głuchym snem głębin, pod srebrzystą powierzchnią lśniących w poświacie miesiąca fal, widać mgliste zarysy skrzypiec i smyk prowadzony po strunach parą rąk. Jedna z nich jest obleczona w prosty, zgrzebny rękaw bluzy marynarskiej, na rękawie drugiej błyszczą złote naszywki kapitańskie. Są to podobno, jak twierdzą ci nieliczni, dłonie syna i ojca Szordów, grających zgodnie na jednych skrzypcach i jednym smykiem, cudną, czarowną — „Pieśń fal“.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.