Piękna doboszanka/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Piękna doboszanka | |
| Pochodzenie | Biblioteczka Historyczno-Geograficzna Nr. 21 | |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” | |
| Data wyd. | [1926] | |
| Druk | Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“ | |
| Miejsce wyd. | Warszawa | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
Dawne to dzieje, bo czasów króla Jana Kazimierza sięgające, a jednak po dziś na Wołyniu w okolicach Równego przetrwała w podaniach ludowych, przyobleczona w legendę, jakich tam sporo wśród ludu istnieje, historja o pięknej doboszance, która zasłynęła na szerokim świecie swą niezwykłą, przecudną urodą i świetnym losem, jaki ją spotkał, aby, niestety, zakończyć się tragicznie.
W połowie XVII w. w Równem na dworze jednego z największych ówczesnych magnatów, Aleksandra Koniecpolskiego, wówczas Chorążego Wiel. Kor., później Wojewody sandomierskiego, podniesionego przez Cesarza Ferdynanda III do godności Księcia Św. Imperjum Rzymskiego, dziedzica po ojcu hetmanie Stanisławie Koniecpolskim i po matce Krystynie z Lubomirskich, hr. na Wiśniczu i Jarosławie, tak rozległych dóbr, że obszar ich był daleko większy od niejednego księstewka udzielnego w Niemczech, — doboszem nadwornej milicji był niejaki Hrehory Mach, chłop na schwał.
Wysokiego wzrostu, barczysty, twarzy wyrazistej, marsowej, z sumiastym wąsem, pełen fantazji i animuszu, był Hrehory jakby urodzonym doboszem i gdy podczas parady kroczył ceremonjalnym marszem na czele nadwornej milicji, wymachując zgrabnie pod takt muzyki swą halabardą, wszystkie dziewuchy dworskie, a nawet i niejedna białogłowa z fraucymeru księżny Chorążyny wpatrywały się w niego, jak w obraz, tak dorodnym był dobosz Hrehory. Niestety, był on już dla niewiast bezpowrotnie stracony, jako że przed kilku laty, poznawszy w Kolbuszowej, dokąd jeździł z ks. Chorążym, nadobną Maryś, dozgonne śluby z nią zawarł, a owocem tego związku była mała Jadwiżka, jedyna i ukochana córka dobosza.
Hrehory Mach był ulubieńcem księcia Chorążego, to też zażywał on na dworze rówieńskim pewnej konsyderacji, tembardziej, że małą doboszankę trzymali do chrztu oboje Jaśnie Państwo i im to zawdzięczała ona tak mało rozpowszechnione wśród ludu tamtejszego imię Jadwigi. Ten zaszczyt i łaska, jakiej dostąpił dobosz Hrehory, miały i konkretniejsze skutki, gdyż oboje państwo obsypywali swą chrześniaczkę darami i często dopuszczali przed swe oblicza, zatrzymując ją na zamku, gdzie mała Jadwiżka była ulubienicą wszystkich.
Tymczasem lata biegły, Jadwiżka rosła, piękniała coraz bardziej, wkrótce też rozwinęła się ponad wiek. Młodzież dworska zaczęła się kręcić koło pięknej doboszanki, zalecając się do niej. Jadwiżka jednak nie zwracała uwagi na te zaloty, z niechęcią, a nawet z pogardą niemal odrzucając wszelkie zabiegi dorodnych i dziarskich chłopców dworskich.
Od najmłodszych lat piękna Jadwiżka marzyła nieustannie o jakimś... królewiczu, który, jak w bajkach zasłyszanych w świetlicy dworskiej, zjawi się pewnego dnia, aby ją porwać i uwieźć do zaczarowanego zamku, stokroć piękniejszego od rówieńskiego...
Roztropni i kochający rodzice postanowili wydać Jadwiżkę jaknajprędzej zamąż, słusznie przewidując, że zostawszy żoną zacnego i dzielnego człowieka, gospodynią, a wkrótce zapewne i matką, zapomni o dziecinnych, nieziszczalnych marzeniach, tak nie licujących z jej rzeczywistem położeniem, a któremi bezwątpienia nabiła sobie głowę, przypatrując się od dziecka tym bogactwom i wspaniałościom, jakie znajdowały się na zamku rówieńskim...
Wśród zalotników, poważnie starających się o względy pięknej doboszanki, znajdował się jeden, który najbardziej przypadł do gustu doboszowi. Był nim młody kozak dworski, Bartosz Zatorski, również jak Hrehory, ulubieniec ks. Chorążego.
Jemu też, nie wiele namyślając się i nie zważając zupełnie na jawną niechęć, okazywaną mu przez piękną Jadwiżkę, oddał ją za żonę, pomimo, że zaledwie rok piętnasty ukończyła. Rad był, że mu dziewka nie zmarnieje. A szkodaby jej było bardzo, Jadwiżka bowiem była cudnie piękna i w gruncie, poza przewróconą niesamowitemi marzeniami główką, wcale dobrą dziewuchą.
Piękna doboszanka — rada, nie rada, musiała się poddać woli ojca i wkrótce stanęła przed ołtarzem, aby zaprzysiąc wybranemu przez rodzica małżonkowi dozgonną miłość, wierność i posłuszeństwo...
Bartosz był dzielnym i pięknym mołojcem, z Jadwiżką stanowili dziarską i wyjątkowo dobraną parę, to też gdy w wiejskiej cerkiewce miejscowy paroch błogosławił tę dorodną parę na wspólną drogę życia, wszyscy z zachwytem patrzyli na tych dwoje młodych, którym zdawała się uśmiechać pogodna, szczęśliwa przyszłość.
Pod koniec 1668 r., kiedy Jan Kazimierz, znużony rządami pełnemi burz i ciągłych niepokojów tak zewnątrz, jak również wewnątrz kraju, zrzekł się, tyle przed dwudziestu laty upragnionej korony, Warszawa przedstawiała nader smutny obraz ogólnego rozprzężenia.
Jeszcze nie zdołano zatrzeć krwawych śladów, pozostałych po napadzie Szwedów i po długich wojnach ze zbuntowanem kozactwem wiarołomnego Chmielnickiego, gdy w tem wybuchła wojna domowa.
Marszałek Wielki Koronny i Hetman Polny Jerzy Lubomirski, stronnik domu rakuskiego, przeciwny wniesionej przez Jana Kazimierza na Sejmie w 1661 r. sprawie wyboru za życia króla jego następcy w osobie Henryka Juljusza ks. d‘Enghien, połączył się z konfederacją wojskową, zawiązaną z powodu niewypłacenia żołdu i, poparty przez szlachtę wielkopolską, z orężem w ręku stanął w obronie „kardynalnych praw“ Rzeczypospolitej.
Z historji wiemy, jak niefortunnie dla króla zakończył się ten rokosz. Wojska królewskie zostały pobite pod Częstochową i Mątwami, a Jan Kazimierz, widząc, jaki obrót wzięła sprawa, nietylko, że przyrzekł ogólną amnestję rokoszanom, lecz słowem królewskim zaręczył, iż za życia swego nie będzie popierał niczyjej kandydatury do tronu.
Działo się to w 1666 r., w rok potem umarła królowa. Jan Kazimierz stracił w Marji Ludwice nietylko wierną towarzyszkę życia, lecz i najlepszego oraz wytrawnego doradcę.
Wszystkie te niepowodzenia i ciosy, jakie dotknęły króla tak w życiu publicznem, jak i prywatnem, a po części i ostatnie upokorzenie, wywołane rokoszem Lubomirskiego, wpłynęły na Jana Kazimierza, że w 1668 roku doprowadził do skutku zamiar abdykacji, z jakim się już od lat kilku nosił.
W takiej właśnie chwili ogólnego zamętu i rozgwaru Warszawa, jak zwykle w czasie bezkrólewia, roiła się od mnóstwa jawnych i tajnych agentów i emisarjuszów różnych pretendentów do korony. Zdarzało się nieraz, że pomiędzy tajnymi emisarjuszami trafiały się niewiasty, zazwyczaj młode i piękne, to też w podobnych czasach nie zwróciło specjalnej uwagi pojawienie się w Warszawie cudnej urody, młodej kobiety Aleksandry Zborowskiej.
Przybywszy do Warszawy w towarzystwie służebnej, kobiety w starszym wieku i pachołka, Aleksandra Zborowska wkrótce otoczona została rojem wielbicieli, którzy zafascynowani wprost jej urodą i wdziękami, bynajmniej nie troszczyli się o jej pochodzenie, ani o jej przeszłość. Wystarczało im w zupełności, że piękna pani obdarzała ich cudnym uśmiechem i wiele mówiącemi nadziejami...
Aleksandra Zborowska, którą liczni wielbiciele przezwali „Venus polską“, rzuciła się w zawrotny wir szalonych zabaw i uciech, zwiększając z dnia na dzień liczny poczet swych adoratorów, wśród których znajdowali się najwybitniejsi przedstawiciele rodów magnackich.
Powszechnie uchodziła ona za córkę zmarłego w 1649 r. magnata kresowego Marcina z Rytwian Zborowskiego, pochodzącego z senatorskiego rodu, który wydał znanego Samuela Zborowskiego.
Ciekawych, a mniej w sobie zadurzonych, zbywała piękna Aleksandra romantyczną opowieścią, jakoby podczas zawieruchy wojennej została uwieziona przez mamkę do Kolbuszowy i tam przez nią zdala od domu rodzicielskiego wychowana. Uśpiwszy narazie pewne podejrzenia, które pomału zaczęły przenikać wśród coraz zwiększającego się kręgu jej znajomych, Aleksandra Zborowska w dalszym ciągu wzniecała podziw i zachwyt niepospolitą urodą i przedziwnym wdziękiem, jakim czarowała wszystkich.
Wśród licznych bardzo adoratorów pięknej pani znalazł się czasowo bawiący w Warszawie w misji dyplomatycznej, niejaki kawaler Colatti, młody oficer wojsk cesarskich.
Snąć pan kawaler gorącym afektem zapłonął ku cudnej Aleksandrze, skoro nie bacząc ani na brak posagu, ani na cokolwiek wątpliwe pochodzenie swej ukochanej, nie zawahał się ofiarować swej bogdance serca i ręki i wkrótce stanął ze swą ubóstwianą przed ołtarzem. Niezwłocznie po ślubie, jako że misja powierzona baronowi Colatti była ukończona, wyjechali państwo Colatti‘owie do Wiednia.
Warszawa, zajęta elekcją, potem uroczystościami koronacyjnemi nowoobranego króla Michała Korybuta, wreszcie wojną z Turkiem, już dawno zapomniała o pięknej Aleksandrze Zborowskiej, która jak meteor zabłysnęła na firmamencie stolicy i zniknęła. Zaledwie od czasu do czasu któryś z jej dawnych adoratorów przy szklance miodu, rozgrzany nim i wspomnieniem o cudnej Aleksandrze, rzucił wśród gwarnej rozmowy jej imię, lecz wnet wspomnienie to ustępowało miejsca sprawom ważniejszym i nowinom z pola bitew...
Przyjechawszy po ślubie do Wiednia, zakochany i oczarowany wciąż pięknością żony, kawaler Colatti zapragnął w całej pełni zakosztować słodyczy stanu małżeńskiego, ku czemu liczna falanga wielbicieli oraz nieustanne, składane przez nich hołdy pięknej jego małżonce, jak również wir oszałamiających zabaw, stałyby bezwątpienia na przeszkodzie. Wobec tego kawaler Colatti postanowił spędzić miodowe miesiące z ukochaną małżonką w zaciszu domowem, zdala od gwaru wielkomiejskiego.
Nie podobało się to młodej i pięknej pani Colatti, która korzystając z tego, że małżonek jej, zajęty służbą przy dworze cesarskim, często wydalał się z Wiednia, wkrótce rozpoczęła prowadzić taki sam tryb życia, jak w Warszawie. Liczni adoratorzy pięknej Aleksandry, rekrutujący się już nietylko z pośród przyjaciół i znajomych jej męża, lecz również z pośród przygodnie napotykanych, nieustannie ją otaczali, składając jej wcale niedwuznaczne hołdy.
Piękna pani Colatti przyjmowała je chętnie z czarującym uśmiechem i wiele obiecującym uściskiem swej drobnej i pięknej rączki. Wkrótce niektórzy z gorących, choć platonicznych wielbicieli pięknej Aleksandry stali się jej niemniej gorącymi, choć bynajmniej nieplatonicznymi kochankami, a na domiar złego liczba tych ostatnich zwiększała się coraz bardziej.
Kawaler Colatti, spostrzegłszy niestety po niewczasie, że „bóstwo“ jego, o ile jest cudnem, o tyle, jeżeli nie więcej jeszcze, niewiernem, nie czując się widać na siłach walczyć jednocześnie z tyloma rywalami, opuścił żonę i prawdopodobnie, pragnąc na zawsze pozbyć się niezbyt miłego, jak się okazało, ciężaru — drapnął gdzieś...
Bliższych szczegółów o tem krótkotrwałem pożyciu małżeńskiem pięknej Aleksandry nie posiadamy. Jedyny człowiek, który rzeczowo mógłby coś o tem powiedzieć, niefortunny małżonek, kawaler Colatti, jak już wyżej wspomnieliśmy, przepadł gdzieś i nigdy już więcej nie pojawił się na drodze życia swej żony, piękna zaś Aleksandra oczywiście nie miała żadnego w tem interesu, aby szerzej rozwodzić się o tem swem pożyciu.
Opuszczona małżonka, o ile nam wiadomo, nie wzięła zbyt tragicznie ucieczki męża, jesteśmy nawet gotowi przypuszczać, że uwolnienie jej z krępujących ją cokolwiek więzów małżeńskich było trochę po jej myśli.
Ambitną i piękną kobietę nie mogło zadawalniać podrzędne stanowisko, jakie zajmował jej mąż przy dworze cesarskim, co się zaś tyczy majątku kawalera Colatti, to ten nie był znów tak wielkim, aby mógł wystarczyć na kosztowne zachcianki i nieustające zabawy, jakich pożądała piękna pani.
Wogóle wybór, jaki Aleksandra Zborowska, wychodząc zamąż za Colatti‘ego, zrobiła w Warszawie, z pomiędzy swych licznych wielbicieli, w liczbie których byli o wiele dostojniejsi i bogatsi od kawalera Colatti, zdaje się wskazywać, że piękna Aleksandra uważała tego ostatniego, a właściwie małżeństwo z nim, poprostu za jeden z pierwszych szczebli drabiny, po której pragnęła dostać się tam, gdzie ją bujna fantazja i ambitna natura popychała.
Rozumiała dobrze Aleksandra, że naiwnie sklecona bajeczka o jej znakomitem pochodzeniu z rodu Zborowskich na dłuższą metę nie ostoi się, przeto w planie jej było, po pierwsze wyjechać narazie z kraju, gdzie lada chwila mogła być zdemaskowana, powtóre: zdobyć sobie przez zamążpójście nazwisko i pozycję, mogące ją uchronić od zbyt nieprzyjemnych następstw, w razie, gdyby chciano uchylić zasłonę, ukrywającą jej przeszłość...
Poślubiając kawalera Colatti, pozyskała Aleksandra i jedno i drugie, a że ją obecnie Colatti porzucił, tem się najmniej frasowała, nie traciła przez to ani nazwiska, ani stanowiska. Więcej ją martwiła ta okoliczność, że nieuprzejmy małżonek zostawił ją zupełnie bez żadnych środków do życia, ale i na to znalazła środek dość prosty, choć nieco ryzykowny.
Korzystając z jawnego opuszczenia i ucieczki kawalera Colatti, podała „niepocieszona“ małżonka prośbę do Cesarza Leopolda, oskarżając Colatti‘ego, że ją uwiózł z klasztoru, poczem poślubiwszy, zabrał jej sto tysięcy dukatów w klejnotach, a obecnie haniebnie porzucił w obcem mieście, wobec czego dopraszała się, aby uczyniono jej sprawiedliwość. W prośbie swej podała się za córkę zmarłego Marszałka Wielkiego Koronnego Zborowskiego.
Wyraziliśmy się wyżej, że Aleksandra Colatti chwyciła się prostego, choć ryzykownego środka w celu zdobycia pieniędzy, oczywiście ryzykownym on był bardzo, bo jakkolwiek w owe czasy o wiele trudniej, aniżeli dziś, było zasięgnąć pośpiesznych informacyj, przecież nie było to rzeczą wręcz niemożliwą. Owszem, stosunki pomiędzy obu dworami: polskim i cesarskim były na on czas bardzo ożywione. W razie, gdyby rząd cesarski uznał był za stosowne zasięgnąć w Warszawie wiadomości o pani Colatti, bezwątpienia prośba jej innyby miała skutek, aniżeli ten, jaki w rzeczywistości miał miejsce.
Ale audaces fortuna jurat, jak mówi starorzymskie przysłowie. Aleksandrze Colatti rząd cesarski, nie zasięgając żadnych bliższych informacyj w Polsce i wierząc całkowicie jej skardze, utwierdzony w jej sprawiedliwe motywy ucieczką Colatti‘ego, przysądził i wypłacił żądane 100 tysięcy z majątku, należącego do kawalera Colatti.
Otrzymawszy pieniądze, piękna Aleksandra opuściła wnet Wiedeń i wyruszyła z tak sprytnie zdobytym majątkiem do Włoch po nowe wrażenia i... nowe zdobycze!
W latach 1668—1674 w szeregu miast północnych Włoch bawiła niepospolitej urody, bajecznie bogata (?) cudzoziemka, wdowa po cesarskim oficerze i kawalerze, z domu „polska hrabianka“, Aleksandra Colatti.
Wszędzie wzbudzała podziw swą cudną urodą, królewską wprost rozrzutnością i... bardzo tkliwem, gorącem sercem, chętnem i skorem do przyjmowania składanych jej hołdów, które zresztą nie zawsze były natury platonicznej.
Rój wielbicieli, otaczających szlachetną i piękną cudzoziemkę wzrastał z dniem każdym, triumfalny pochód cudnie pięknej polskiej hrabiny, roztaczającej niewysłowiony urok swymi czarującymi wdziękami, wywoływał wszędzie, gdzie się tylko ukazała Aleksandra Colatti, niebywałą sensację.
Wenecja, Padwa, Werona, Mantua, Modena, Florencja były kolejnymi etapami tego pochodu, który zamieniał się dla szlachetnej i wysokiego rodu cudzoziemki w jeden, wielki triumf.
Pani Colatti, nie bawiąc nigdzie zbyt długo, zjawiała się w danem mieście, oszałamiała mieszkańców jego swą cudną urodą, bogactwem, wdziękiem i wnet, jak meteor znikała, pozostawiając poza sobą setki serc zranionych, tyleż zrujnowanych adoratorów i... moc długów.
Wreszcie zawitała pani Colatti do Wiecznego Miasta. Tu postanowiła osiąść na czas dłuższy. Duże miasto, stolica świata, ściągająca ze wszystkich jego krańców licznych przybyszów, wśród których wielu było bardzo dostojnych i bogatych panów cudzoziemskich, stanowiła świetny, wymarzony teren dla pięknej Aleksandry do zdobycia nowych triumfów...
Jak długo przebywała piękna pani Colatti w Rzymie, nie wiemy dokładnie, również nieznane są nam bliższe szczegóły jej kilkoletniej peregrynacji po klasycznej ziemi Italów, to tylko pewnem jest, że w końcu zawiodła ją dotychczas tak szczęśliwie przyświecająca gwiazda powodzenia, gdyż w kilka lat potem, mianowicie w 1675 r., spotykamy ją z powrotem w Wiedniu z resztkami fortuny.
W Wiedniu położenie jej stawało się coraz krytyczniejszem, resztki majątku topniały z dniem każdym, adoratorów, szczególnie bogatych a hojnych, było coraz mniej. Zwrócenie się zaś ponownie do rządu cesarskiego o pomoc materjalną z tytułu opuszczenia jej przez kawalera Colatti było więcej, jak ryzykownem, więc go oczywiście Aleksandra nie próbowała.
Piękna pani Colatti, do niedawna jeszcze bożyszcze najbogatszych i dostojnych adonisów włoskich, od pewnego czasu musiała zadawalniać się przelotnymi i skromnymi hołdami podrzędnych adoratorów. Gdy w tem szczęśliwy traf wyratował panią Colatti z tej przykrej opresji, w jakiej się znalazła w ostatnich czasach.
Gwiazda jej z powrotem zajaśniała wielkim, szczerozłotym blaskiem powodzenia i szczęścia, rokującego jej wymarzoną przez nią przyszłość.
Na wiosnę 1675 r. przyjechał do Wiednia młodziutki kasztelanic sandecki, Wojciech Władysław Rupniewski, starosta lelowski, dziedzic po zmarłym przed czteroma laty ojcu, Michale Krzysztofie Rupniewskim, kasztelanie sandeckim, rozległych majątków w Województwach Sandomierskiem i Krakowskiem: Niedzowa, Bolowa, Kolosów, Malczyc, Budziszewic, Mydlnik i Michałowic. Młody kasztelanic liczył wówczas 16 lat i wyjechał zagranicę dla dokończenia wykształcenia i nabrania poloru wielkoświatowego, utartym szlakiem ówczesnych paniczów polskich do Włoch i Paryża. W Wiedniu miał kasztelanic zabawić dla odpoczynku czas krótki.
W czasie pobytu w Wiedniu przypadła akurat doroczna wielka zabawa ludowa, na którą chciwy wrażeń i nieznanych mu uciech, wybrał się kasztelanic wraz ze swym pacholikiem, zabranym z sobą z Polski.
Po kilku godzinach przebywania na zgiełkliwej i wesołej zabawie, napatrzywszy się do syta najrozmaitszym dziwom i wesołej, beztroskiej zabawie sympatycznych wiedeńczyków, miał już kasztelanic opuścić zabawę i powrócić na swoją kwaterę, gdy naraz ujrzał tak niezwykle piękną kobietę, że stanął, jak wryty i głośno wyraził podziw:
— Cóż za cudnie piękna niewiasta! — rzekł zachwycony z iście młodzieńczym zapałem do swego pachołka.
Pani Colatti, ona to bowiem była ową piękną kobietą, która wywarła tak piorunujące wrażenie na młodym kasztelanicu, uśmiechnęła się anielsko, usłyszawszy tak zawsze miłą dla kobiety pochwałę i podziw nad swą urodą, i oceniwszy od jednego spojrzenia, że jej nowy, a tak gorący adorator musi być magnatem polskim, z najcudniejszym, na jaki ją tylko stać było, uśmiechem, odezwała się również po polsku:
— Wasz Mość Pan, jak widzę, jest polakiem? Od wielu już lat nie słyszałam mowy ojczystej, przeto nie dziw się, że stęskniona za dźwiękami ukochanej mowy, nie mogę się powstrzymać, aby na łaskawy Wasz Mość Pana kompliment nie odpowiedzieć podziękowaniem.
Kasztelanic narazie oniemiał, usłyszawszy ten gładki dyskurs pięknej nieznajomej; ochłonąwszy cokolwiek z pierwszego wrażenia, rozpromieniony i oczarowany cudnymi wdziękami nieznanej polki, z pod uroku której nie mógł się wprost wyrwać, dopiero po pewnej chwili przedstawił się pięknej pani. Rozmowa wkrótce potoczyła się żywo, prowadzili ją ze względu na obecność pachołka w języku francuskim, którym, jak się okazało, oboje biegle władali.
Od chwili tego niespodziewanego spotkania i poznajomienia się, kasztelanic nie odstępował pięknej pani Colatti, asystując jej nieustannie. Dla Aleksandry rozpoczęły się na nowo dni radości, upojenia i ciągłych zabaw i festynów. Młody kasztelanic, suto zaopatrzony w złoto, rzucał niem na prawo i na lewo, obsypując piękną Aleksandrę najkosztowniejszemi podarunkami, urządzając na jej cześć wspaniałe uczty i zabawy.
Po kilku tygodniach tej rozkosznej idylli, zapomniawszy nietylko o celu swej podroży, lecz o całym bożym świecie, kasztelanic tak srodze zadurzył się w pięknej polce, że ani myślał ruszać z Wiednia.
Pani Colatti opowiedziała kasztelanicowi swe dzieje, pełne smutnych przejść i tragedji, a więc uwiezienie jej w dzieciństwie od rodziców podczas zawieruchy wojennej, potem zgon obojga rodziców, których prawie nie znała, swój smutny pobyt w surowym klasztorze, wreszcie swe nieszczęśliwe zamążpójście i tragiczną śmierć kawalera Colatti, który zginął gdzieś w pojedynku.
Młody kasztelanic słuchał z rozrzewnieniem jej opowiadania, przysięgając Aleksandrze dozgonną miłość...
Nie na żarty zakochał się w cudnie pięknej „wdówce“ młodzieniaszek, o którym dowiedziała się pani Colatti z boku, że istotnie jest bardzo bogatym i wysokiego rodu szlachcicem, a do tego wszystkiego, pomimo swego młodzieńczego wieku, niezależnym, jako zupełny sierota.
Pani Colatti postanowiła wykorzystać tak szczęśliwą dla siebie sposobność i powzięła plan daleko dalej sięgający, aniżeli przelotny stosunek. Wobec tego zmienia swe postępowanie: ze zbyt obcesowej zalotności i dwuznacznego postępowania, trącącego cokolwiek lekkimi obyczajami, piękna Aleksandra nieznacznie przeszła do poważniejszego nastroju i pewnej rezerwy w stosunku do kasztelanica, nie pozbywając się jednak umiarkowanej kokieterji.
Ta dość nagła zmiana w postępowaniu „ubóstwianej“ nie zwróciła uwagi zakochanego po uszy, a niedoświadczonego młodzieniaszka, który pierwsze, cokolwiek podejrzane objawy wesołości i lekkomyślności cudnej Aleksandry kładł na karb radości ze spotkania się po tylu latach z rodakiem.
Z dniem każdym miłość kasztelanica do cudnej Aleksandry wzrastała, ona jednak, okazując mu wielką przychylność, a nawet wzajemność, dawała do zrozumienia dość wyraźnie, że miłość ich wzajemna musi być usankcjonowana błogosławieństwem kościelnem.
Kasztelanic Rupniewski oczarowany wdziękami pięknej syreny, zgadzał się na wszystko, byle tylko posiąść ukochaną kobietę.
Zawarcie jednak ślubu w obcem państwie przedstawiało wielkie trudności, które były tembardziej nie do przezwyciężenia, że i piękna Aleksandra nie była w zupełnym porządku co do swego stanu cywilnego, mianowicie nie mogła przedstawić dowodów zgonu swego pierwszego męża kawalera Colatti.
Przemyśliwali oboje kochankowie, jak tu zaradzić i usunąć przeszkody, piętrzące się coraz bardziej na drodze do wspólnego szczęścia i nie wiadomo, czyby znaleźli jaki środek na usunięcie tych przeszkód, gdyby w pomoc im nie przyszedł najzwyklejszy przypadek.
Oto, przeziębiwszy się, kasztelanic zachorował, dostał gorączki. Przywołany lekarz, zbadawszy chorego, zalecił mu kilkodniowy spoczynek, zapisał mu jakieś dekokty, uspakajając otoczenie, że choroba nie jest groźną, byleby chory zachował spokój, używał regularnie zalecone mu lekarstwa, a wkrótce odzyska zdrowie i dawne siły.
Ten zwykły i drobny na pozór przypadek poddał jednak sprytnej Aleksandrze Colatti myśl zagrania wielkiej gry. Po porozumieniu się z kasztelanicem, któremu wytłumaczyła, że z powodu trudności nie do przezwyciężenia, marzyć nawet nie mogą o zawarciu małżeństwa i że należy chwycić się ostateczności, postanowiła, że chory kasztelanic symulować będzie ciężką chorobę i przed domniemanym zgonem żądała od sprowadzonego księdza, aby na łożu śmierci pobłogosławił jego związek małżeński z Aleksandrą Colatti, do czego w takich wypadkach, jak wiadomo, nie są konieczne ani odpowiednie dokumenty, ani żadne inne przedwstępne czynności. Wpadłszy na ten szatański pomysł, piękna Aleksandra doprowadziła go szybko do skutku.
Sprowadzono niebawem spotkanego na ulicy księdza, którym był niejaki ks. Bio, wioch z pochodzenia i odegrawszy sprytnie przez panią Colatti wyreżyserowaną komedję, uzyskano od księdza błogosławieństwo oraz zupełnie prawny akt ślubu, dokonanego na mocy prawa kanonicznego in articulo mortis.
Pani Colatti, a właściwie już teraz kasztelanicowa i starościna Rupniewska dopięła swego celu, kasztelanic zaś był w siódmem niebie, wkrótce też przyszedłszy, zgodnie z zapowiedzią lekarza, zupełnie do zdrowia, wszedł w prawa małżonka cudnej Aleksandry.
Dalszy pobyt kasztelanica w Wiedniu był obecnie już zupełnie zbędny. To miłe i tak szczęśliwe dla niego „intermezzo“, jakie wydarzyło mu się w Wiedniu, bynajmniej nie mogło być powodem do zaniechania zamierzonej podróży do Włoch i Paryża.
W marszrucie jednak kasztelanica zaszła mała zmiana. Małżonka, piękna kasztelanicowa uparła się jechać wprost do Paryża, rezygnując z lazuru włoskiego nieba. I nic dziwnego, młoda małżonka bynajmniej nie pragnęła spędzać miodowych miesięcy ze swym ukochanym w miejscowościach, które były areną kilkoletnich jej triumfów, tak nie licujących z jej obecną pozycją.
Kasztelanic upierał się cokolwiek, pragnąc poznać cuda natury i arcydzieła sztuki włoskiej, lecz ukochana małżonka trwała w uporze. Oczywiście kasztelanic z łatwością ustąpił i młodzi kasztelanicostwo Rupniewscy wyruszyli z Wiednia wprost do Paryża.
Ta podróż poślubna była istną sielanką, godną pióra genjalnego poety!
Podróż z Wiednia do Paryża odbyli kasztelanicostwo Rupniewscy szczęśliwie i bez żadnych szczególnych przygód, zatrzymując się w większych miastach dla dłuższego odpoczynku, lub zwiedzenia ciekawszych miejscowości.
Pierwsze porywy miłosnego szału u młodych małżonków, niepodsycane niezdrowemi żądzami, powoli zaczęły przeistaczać się w rzeczywiste i głębokie uczucie. Piękna Aleksandra, znużona kilkoletniem szalonem życiem wśród nieustannych zabaw i przelotnych miłostek, przeplatanych często burzliwemi przejściami, znalazłszy w miłości młodziutkiego i kochającego ją szczerze męża zaspokojenie potrzeb swego serca, — zapragnęła spokoju i postanowiła zmienić całkowicie poprzedni tryb swego życia, tembardziej, że w sercu jej zaczęło rodzić się nowe dla niej, tym razem prawdziwe uczucie miłości dla męża.
Gdy państwo Rupniewscy przybyli do Paryża, piękna pani Aleksandra zaraz na wstępie oświadczyła mężowi, że życzyłaby sobie prowadzić tu życie spokojne, bez hucznych zabaw i męczących festynów. Młody kasztelanic chętnie przychylił się do jej życzenia. Był jej nawet niezmiernie wdzięczny za to, gdyż pragnął on całkiem serjo oddać się poważnym studjom, a poza tem pozawierać znajomości wśród wybitnych osobistości ze sfer dworskich, do których miał kasztelanic listy polecające z kraju.
Kasztelanicostwo urządzili się w Paryżu bardzo dostatnio i wygodnie, ale względnie skromnie. Pierwsze kilka tygodni swego pobytu poświęcili zwiedzaniu ogromnego, a wspaniałego miasta. Znajomość języka francuskiego ogromnie ułatwiała im tutaj życie, które potoczyło się dla nich niezmiernie przyjemnie, a jednocześnie pożytecznie.
Pani kasztelanicowa zmieniła się nie do poznania, zachowując wciąż swój niewypowiedziany urok i wdzięk, stała się poważniejszą, bardziej skupioną. Spokój i życie normalne, pozbawione zbytnich wzruszeń erotycznych, zaczęło powoli rzeźbić na jej cudnej twarzyczce jakiś szlachetny, pełen dostojnej godności wyraz.
W obecnej pięknej pani Rupniewskiej trudno było poznać niedawną jeszcze Aleksandrę Colatti, której piękność nosiła pewien przykry wyraz bachiczny.
Po ostatecznem zainstalowaniu się i pierwszem, ogólnem zapoznaniu się z miastem, kasztelanic postanowił odwiedzić kilka osobliwości z królewskiego dworu, do których miał listy polecające, przedewszystkiem zaś pragnął złożyć uszanowanie dawnemu przyjacielowi nieboszczyka ojca p. Desnoyers, b. sekretarzowi królowej polskiej Marji Ludwiki, obecnie wyższemu urzędnikowi gabinetu królewskiego.
Stary ten dyplomata, bawiąc przez długie lata w Polsce, odegrał niegdyś pewną rolę w sprawie kandydatury ks. d‘Enghien do tronu polskiego, popieranej przez partję francuską, do której należał, jako jeden z wybitniejszych działaczy ojciec kasztelanica, Michał Krzysztof Rupniewski, na on czas starosta lelowski, później kasztelan sandecki.
P. Desnoyers serdecznie powitał syna swego dawnego przyjaciela i przez pamięć na swą przyjaźń ze zmarłym ojcem kasztelanica, obiecał mu wyrobić wstęp na pokoje królewskie. Za drugim jednak razem, gdy kasztelanic w kilka tygodni później odwiedził pana Desnoyers, staruszek był cokolwiek sztywniejszy, mniej rozmowny, o wprowadzeniu kasztelanica na dwór królewski nie było już tym razem mowy, a przy dość chłodnem pożegnaniu, zaznaczył p. Desnoyers, że p. starościna Szembekowa, siostra kasztelanica, w liście pisanym do niego, skarżyła się, iż brat od czasu wyjazdu z Polski nie dał znaku życia i że zamiast do Włoch, wyjechał po bardzo długim pobycie w Wiedniu, wprost do Paryża, wbrew poprzedniemu zamiarowi i ułożonej z góry marszrucie.
Kasztelanic wyszedł od p. Desnoyers cokolwiek stropiony.
W młodzieńczym szale, pod wpływem potężnego uroku, jaki rzuciła na niego cudna Aleksandra Colatti, zapomniał kasztelanic zupełnie, że w Polsce poza obowiązkami i majątkami swymi, pozostawił dwa szczerze go kochające serca swych sióstr rodzonych: zamężnej już Barbary Szembekowej, starościny bieckiej i Anny — zakonnicy w klasztorze Karmelitanek bosych w Krakowie[1].
Brak wiadomości przez czas dłuższy od brata, żywy niepokój o jego los, zmusił p. starościnę Szembekową do zasiągnięcia informacji w Wiedniu. Po dłuższych poszukiwaniach natrafiono na jednego z dawnych adoratorów pięknej Aleksandry Colatti, który świadom stosunku kasztelanica do p. Colatti, zakończonego tak romantycznie oraz poinformowany o wyjeździe młodych małżonków do Paryża, zawiadomił o tem zaufanego p. starościny Szembekowej, przysłanego specjalnie w tym celu do Wiednia.
Pani Szembekowa nie uwierzyła opowiadaniu o małżeństwie brata, uważając je wprost za niemożliwe, niestety przeczuwała, że brat jej wplątał się w jakąś fatalną kabałę z niebezpieczną i podejrzaną awanturnicą. Rozpisała więc kilka listów do znajomych sobie osób, przebywających stale lub czasowo w Paryżu, z prośbą o bliższe informacje, tyczące się brata. Jeden z tych listów otrzymał właśnie po pierwszej wizycie kasztelanica p. Desnoyers.
Kasztelanic wywnioskował z zachowania się starego przyjaciela swego ojca i ze wzmianki jego o liście p. Szembekowej, że w Polsce wiedzą już o jego wiedeńskim intermezzo i postanowił, nic nie wspominając o tem żonie, zaniechać zupełnie składania dalszych wizyt, słusznie przypuszczając, że wszędzie spotka się z takiem samem przyjęciem, jakiego doznał u p. Desnoyers za drugą swą u niego bytnością.
Zasępiła się cokolwiek piękna twarz młodego kasztelanica na myśl, jak rodzina, a przedewszystkiem siostra starościna Szembekowa przyjmie wiadomość o jego małżeństwie, zawartem w tak tajemniczych okolicznościach. Wkrótce jednak, pod wpływem anielskiego uśmiechu i dowodów szczerej, niekłamanej miłości, jakiemi go darzyła piękna jego Aleksandra, zapomniał o nurtującym go niepokoju i wnet powróciła mu dawna jego beztroska wesołość i humor.
Porzuciwszy myśl zawierania nowych znajomości, a poniekąd unikając nawet rodaków, przybywających do Paryża, państwo kasztelanicostwo w dalszym ciągu spędzali czas we dwoje, zwiedzając muzea, zbiory i osobliwości miasta, czytając wiele i odbywając wycieczki w bliższe i dalsze okolice. Czas schodził im przyjemnie, żyli dostatnio, nawet po pańsku, lecz bez szaleństw i rujnujących zdrowie zabaw.
Po kilku miesiącach takiego życia pani kasztelanicowa pewnego dnia oświadczyła mężowi, że znajduje się w stanie odmiennym. Kasztelanic, usłyszawszy tę nowinę, nie posiadał się z radości. Uczucie wielkiego, bezgranicznego szczęścia owładnęło nim całkowicie, miłość jego do ukochanej kobiety wzrosła od tej chwili do niebywałych rozmiarów. Czuł się niewymownie szczęśliwy i z tego powodu, że spodziewane przyjście na świat dziecka ostatecznie uświęcało ich związek.
Uszczęśliwiony tą radosną nowiną, napisał kasztelanic długi i serdeczny list do siostry Szembekowej, opisując jej dzieje swej miłości, małżeństwa i zapowiedź przyjścia na świat potomka. Na pismo to nie odebrał kasztelanic żadnego responsu.
W pół roku potem p. kasztelanicowa wydała na świat syna. Kasztelanic o mało nie oszalał z radości, gdy usłyszał pierwsze, słabiutkie kwilenie nowonarodzonego. Ze łzą w oku i sercem przepełnionem bezgraniczną miłością uściskał serdecznie swą ubóstwianą żonę, która z uśmiechem na swej bladej, lecz zawsze cudnej twarzyczce, szczęśliwa i uszlachetniona przez macierzyństwo, ze wzruszeniem i wdzięcznością przyjmowała te oznaki miłości ukochanego człowieka.
Wkrótce p. Rupniewska powróciła do zdrowia i sił. Nowe życie zawrzało w domu kasztelanicostwa. Syn, otoczony najczulszą opieką matki chował się zdrowo, w kilka tygodni po urodzeniu dokonano obrzędu chrztu, na którym dano mu imiona Adama Krzysztofa.
Kasztelanicowa stała się wzorem młodych matek, wszystkie jej myśli, wszystkie jej uczucia i, zdawało się, całą swą miłość przelała na ukochaną istotkę, której dała życie. Kasztelanic, jakkolwiek był trochę zaniedbany obecnie, nietylko że nie brał tego za złe swej ukochanej Aleksandrze, lecz owszem, był jej wdzięczny za tyle miłości i poświęcenia, okazywanego ich dziecięciu.
Mając obecnie trochę więcej czasu wolnego, kasztelanic postanowił zabrać się na serjo do poważnych studjów, w tym celu zaczął uczęszczać na wykłady znakomitych profesorów, pragnął bowiem wykorzystać swój pobyt w Paryżu, za rok bowiem miał zamiar powrócić wraz z żoną i dzieckiem do Polski.
Tymczasem syn kasztelanicostwa pod pieczołowitą, nieustanną opieką matki chował się doskonale. Piękna Aleksandra od chwili przyjścia jego na świat nic nie widziała na świecie poza swem dziecięciem. Jej zawsze cudna piękność nabrała dziwnie rzewnego i szlachetnego wyrazu, twarz jej promieniała szczęściem, jakie daje macierzyństwo.
Gdy tak spokojnie i zbożnie, bez wstrząśnień i kłopotów ułożyło się życie kasztelanicostwa, jedynie brakiem wiadomości od siostry od czasu do czasu zamącone, jak grom z jasnego nieba spadło nieszczęście na cichy ich dom.
Kasztelanic ciężko zachorował.
Ani rychła pomoc najznakomitszych lekarzy, ani najczulsza i najtroskliwsza opieka kochającej żony, ani wreszcie młodość nie zdołały przemóc choroby i uratować chorego. Kasztelanic po kilkutygodniowych cierpieniach zakończył życie.
Rozpacz kasztelanicowej nie miała granic i jedynie miłość i obowiązek święty względem pozostałej sieroty uchroniły ją od ostatecznej, beznadziejnej rozpaczy.
W kilka miesięcy po zgonie męża kasztelanicowa, uspokoiwszy się cokolwiek i w miłości do syna znalazłszy ukojenie ciosu, jaki ją spotkał, poczęła rozmyślać, co dalej ma począć. Dalsze pozostawanie jej z dzieckiem w Paryżu i wogóle na obczyźnie nie miało żadnej racji, tembardziej, że prędzej, czy później brak funduszów stanąłby temu na przeszkodzie, zresztą jako matka i opiekunka swego syna musiała powrócić do kraju, aby w imieniu małoletniego dziedzica objąć pozostałe po zmarłym kasztelanicu dobra. Postanowiła więc wyjechać niezwłocznie z Paryża i udać się wprost do Polski.
Zaopatrzywszy się w urzędowe dowody, stwierdzające zawarty ślub jej z kasztelanicem, metrykę chrztu syna oraz akt zejścia męża, kasztelanicowa z dzieckiem wyruszyła w podróż do kraju w 1677 r.
Przybywszy do Polski, zamieszkała p. Rupniewska na razie w Krakowie i złożyła w sądzie grodzkim odnośne dokumenty, żądając oddania jej w posiadanie majętności zmarłego męża, nad któremi do czasu pełnoletności syna zarząd, według prawa, należał się jej, jako wdowie po zmarłym i opiekunce syna.
W odpowiedzi na to żądanie Barbara z Rupniewskich Franciszkowa Szembekowa, starościna biecka, rodzona siostra zmarłego kasztelanica Rupniewskiego, która po jego śmierci objęła w posiadanie te majętności, nietylko nie przychyliła się do żądania swej bratowej, lecz wniosła do Trybunału lubelskiego skargę, zarzucając Aleksandrze, że fałszywie wywodzi się z rodu Zborowskich z Rytwian, a co najgorsza oskarżyła ją o bigamję, twierdząc, że nie mogła być Aleksandra żoną jej zmarłego brata, skoro dwaj poprzedni jej mężowie, mianowicie kozak dworski Bartosz Zatorski i kawaler Colatti, żyją dotychczas!
Gdy sprawa tak niespodziewany i niebezpieczny dla kasztelanicowej Rupniewskiej wzięła obrót, zamieszkała ona w klasztorze w Lublinie, przewidując nie bez słuszności, że świętość miejsca uchroni ją od zbyt surowych kroków sądowych, jakichby względem niej, wobec tak ciężkiego oskarżenia, użyć chciano.
Na wyznaczony termin sądowy kasztelanicowa nie stawiła się, wobec czego sprawa została odłożona do następnej kadencji Trybunału, czyli na rok cały. Wkrótce potem p. Rupniewska opuściła klasztor i zamieszkała w Lublinie, czując się narazie zupełnie bezpieczną.
Starościna Szembekowa ze swej strony nie zasypiała gruszek w popiele, poruszyła niebo i ziemię, aby mniemanej bratowej swej dowieść sądownie zarzucanych jej zbrodni: bigamji i fałszerstwa dokumentów, a tem samem unieważnić jej ślub ze zmarłym kasztelanicem i syna jej uznać za nieprawego, a więc wedle prawa za niezdolnego do dziedziczenia po ojcu.
Majątek pozostały po zmarłym kasztelanicu był zbyt łakomym kąskiem, aby skąpić zachodów i trudów dla osiągnięcia go. Wielkie stosunki, jakie pani starościna Szembekowa posiadała przez własną i męża rodzinę pomagały jej niemało w tej sprawie, której się energiczna pani oddała con amore.
Tymczasem p. kasztelanicowa Rupniewska powoli uspakajała się. Sprawa jej, jakkolwiek przykra, narazić przynajmniej nie groziła jej bezpośrednio niebezpieczeństwem, zresztą łudziła się p. Rupniewska, nie znając starościny Szembekowej, że będzie można jeszcze całą sprawę załatwić polubownie, zawierając z rodziną kasztelanica pewnego rodzaju komplanację w sprawie pozostałych po nim majątków.
Wyjeżdżając do Lublina, kasztelanicowa pozostawiła syna w Krakowie pod opieką swej znajomej, przypuszczając słusznie, że zajęta sprawą, nie będzie mogła opiekować się należycie dzieckiem.
Po odłożeniu sprawy i opuszczeniu klasztoru p. kasztelanicowa zamieszkała w Lublinie, zawierając powoli nowe znajomości wśród szlachty, przyjeżdżającej dość licznie do grodu trybunalskiego. Między innymi poznała w tych czasach p. starostę łukowskiego, Stanisława Domaszewskiego. Był to majętny szlachcic, człowiek już w pewnym wieku, choć jeszcze zupełnie czerstwy i bardzo wrażliwy na wdzięki niewieście. Pan starosta Domaszewski, podbity wdziękami zawsze cudnie pięknej p. kasztelanicowej i kalkulując na wielki majątek, który spodziewał się, jako wytrawny jurysta, wyprocesować od Szembeków, ofiarował pięknej Aleksandrze swą pomoc i opiekę, prosząc ją, aby nie odmówiła mu swej ręki.
Bez długich namysłów kasztelanicowa zgodziła się na propozycję p. starosty i niebawem po załatwieniu formalności odbył się w Lublinie ślub jej z p. starostą Domaszewskim.
Do kroku tego przynagliła kasztelanicową oczywiście nie miłość do cokolwiek podstarzałego adonisa, ile ta okoliczność, że nowe to małżeństwo ochroni ją od dalszych, ewentualnych prześladowań ze strony Rupniewskich i Szembeków.
Po ślubie, odbytym zresztą zupełnie cicho, wyjechali natychmiast państwo Domaszewscy do Wiednia. Dla pięknej zawsze i uroczej Aleksandry wróciły znów dni uciech i szalonych zabaw, p. starosta, z początku zadurzony bardzo w swej żonie, nie żałował pieniędzy na stroje i zabawy, obiecując sobie zresztą odbić te wydatki w przyszłości z wyprocesowanej schedy po kasztelanicu Rupniewskim.
Wkrótce jednak starosta począł chłodnąć w uczuciach ku pięknej Aleksandrze, do czego niemało przyczynić się miało wielce nieprzyjemne zdarzenie, jakie go spotkało w Wiedniu. Otóż, według późniejszego jego opowiadania pani starościna miała się obejść bardzo niedelikatnie z jednym ze swych przygodnych adoratorów, mianowicie podobno go okradła. Tak przynajmniej twierdzi, na mocy zeznań p. starosty, akt oskarżenia w jej sprawie o bigamję i fałszerstwo dokumentów. Nie chce się nam wierzyć wprost temu i przypuszczać należy, że oskarżenie p. starościny o ten haniebny czyn, było czczym wymysłem p. starosty Domaszewskiego, namówionego przez p. Szembekową, aby jeszcze i tą ohydą obciążyć oskarżoną. A jednak i ten szczegół zaważył bardzo na szali sprawiedliwości podczas ostatecznej rozprawy sądowej.
Po pewnym czasie pp. Domaszewscy wrócili z Wiednia, p. starosta do reszty „odkochał“ się w swej żonie, a zastraszony z jednej strony niebezpiecznymi skutkami, jakie może pociągnąć za sobą fakt ożenienia się z osobą, podejrzaną i oskarżoną o bigamję, z drugiej zaś strony prawdopodobnie wprost przekupiony przez p. starościnę Szembekową, nietylko porzuca żonę, lecz zwabiwszy ją podstępnie w umówione miejsce, oddaje ją w ręce pachołków trybunalskich, którzy ją jako oskarżoną o zbrodnię bigamji, niezwłocznie aresztują i wtrącają do więzienia.
Ten haniebny czyn p. starosty dowodzi najlepiej, że musiał być on bez żadnej wątpliwości przekupiony przez rodzinę zmarłego kasztelanica, nieprzebierającą w żadnych środkach, aby zgubić pozostałą po nim wdowę, a tem samem zawładnąć wielką jego schedą.
Od chwili uwięzienia rozpoczyna się dla pięknej Aleksandry szereg niepowodzeń. Kozak Bartosz Zatorski, jej pierwszy mąż, który według jej zeznań przedwstępnych miał nie żyć już od dawna, zjawia się nagle, jak deus ex machina przed Trybunałem i zeznaje pod przysięgą, że oskarżona jest jego prawowitą żoną Jadwigą Machówną, córką dobosza Hrehorego i Marjanny z Kolbuszowej.
Następnie zeznał Bartosz Zatorski, że taż jego żona po niespełna rocznem z nim pożyciu uciekła od niego i, jak się później dowiedział, czas jakiś w Krakowie „nierządem się bawiła“, poczem wróciła do niego, lecz niebawem powtórnie go opuściła i odtąd stracił ją zupełnie z oczu.
Zeznania Bartosza Zatorskiego były zabójcze dla oskarżonej i w zupełności wystarczające dla dowiedzenia jej zbrodni bigamji do tego stopnia, że zaniechano dalszych usilnych poszukiwań kawalera Colatti.
Co się zaś tyczy fałszerstwa dokumentów, dowodzących jakoby oskarżona była Aleksandrą z Rytwian Zborowską, córką Marcina, zeznała przed Trybunałem również pod przysięgą pani Godlewska, wdowa po pierwszym swym mężu Marcinie z Rytwian Zborowskim, przedstawiając Trybunałowi urzędowe zaświadczenie, jako że Marcin z Rytwian Zborowski, umarł w 1649 roku, a więc nie mógł być ojcem oskarżonej, mniemanej Aleksandry Zborowskiej, skoro według przedstawionej Trybunałowi przez oskarżoną metryki jej chrztu miała się ona rodzić w 1651 r., to jest w dwa (!) lata po śmierci swego ojca. Zresztą ta sama metryka cytuje jako żonę Marcina z Rytwian Zborowskiego, a matkę mniemanej Aleksandry, jakąś Marjannę Kopciównę, podczas kiedy zeznająca (p. Godlewska) jest urodzoną Domaradzką i żyła w ślubnym związku ze wspomnianym wyżej Marcinem z Rytwian Zborowskim lat dziesięć od 1639 do 1649 r., t. j. do śmierci tego ostatniego.
Sprawa mniemanej Aleksandry Zborowskiej, a właściwie Jadwigi Zatorskiej, urodzonej Machówny, bo oczywiście wszystkie jej następnie zawierane związki małżeńskie (z kawalerem Colatti‘m, kasztelanicem Rupniewskim i starostą Domaszewskim) zostały ipso facto unieważnione, wobec tak jawnych i nieulegających wątpliwości dowodów i zeznań zaprzysiężonych, była rozpaczliwą. Wszystkie zarzucane jej zbrodnie zostały dowiedzione i na posiedzeniu Trybunału lubelskiego pod laską Piotra Opalińskiego, wojewody łęczyckiego, zapadł wyrok skazujący Jadwigę, córkę dobosza Hrehorego Macha i Marjanny z Kolbuszowej, a żonę kozaka Bartosza Zatorskiego na karę oderwania kleszczami piersi, a potem oddania jej pod miecz katowski.
Syn zaś jej, Adam Krzysztof, jako urodzony w związku nieślubnym, uznany został tym samym wyrokiem za nieprawe dziecko i jako takie usunięte od dziedziczenia po zmarłym kasztelanicu Rupniewskim. Ślad po nim całkowicie zaginął, prawdopodobnie musiał on jeszcze w dzieciństwie umrzeć.
Wyrok Trybunału został wykonany 12 lipca 1681 r. Dnia tego wczesnym rankiem Jadwiga Zatorska wprowadzona została w Lublinie na szafot. W ostatniej chwili przed egzekucją, na mocy przysługującego mu prawa, Marszałek Trybunału darował skazanej pierwszą karę, t. j. odrywanie kleszczami piersi, poczem oddano ją katom pod miecz.
„Cudowne wdzięki nie opuściły jej do ostatka; zadrżała ręka katowi i lubo silny cios wymierzył, jakby się po twardej skale na alabastrowej Jadwigi szyi zsunął. Poprawił oprawca, ale nie zdołał głowy od pięknego ciała oddzielić; już nie żyła, gdy kat trzecim zamachem odcinał głowę“, — w tych słowach opisuje kronikarz chwilę egzekucji.
Tak tragicznie zakończył się krótki, bo zaledwie trzydziestoletni żywot jednej z najpiękniejszych niewiast swego czasu, „Venus polską“ nazywanej.
Srogość kary, jakiej uległa piękna doboszanka, nawet w owe bynajmniej nie sentymentalne czasy, wywołała zgrozę i pewną wątpliwość, azali kara nie była po nad winę, choć ta ostatnia nie była lada jaką.
Współcześni poeci, między innymi i nasz sielankowy pisarz Jan z Wilamowic Gawiński wielokrotnie opiewali w swych poezjach jej piękność klasyczną i nieporównany wdzięk, jakim czarowała wszystkich, którzy zbliżyli się do niej.
Gawiński, którego podejrzewamy, że nie na żarty był zadurzony w pięknej doboszance, pożegnał ją następującem epitaphium:
Sądź późny wieku, któremu otwarty
Będzie widomiej progres życia mego,
Jeżeli za krótkie uciechy i żarty,
Słusznie i miecza i pióra mściwego
Cierpię śmierć, mękę i jad tak zażarty?
Ja głośne echo i z grobu głuchego
Roześlę na świat, iż niesłusznie tracę
Przy życiu sławę, choć obojem płacę.
- ↑ Anna Józefa Rupniewska (ur. 1658, zm. 1729) córka Michała Krzysztofa, starosty lelowskiego, kasztelana sandeckiego i Anny z Przyjemskich, podkomorzanki kaliskiej, pobożna i świętobliwa zakonnica karmelitanka, zaliczona została w poczet Błogosławionych Polek.
