Przejdź do zawartości

Piękna doboszanka/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Cieszkowski
Tytuł Piękna doboszanka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. [1926]
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VI.
SIELANKA PARYSKA I JEJ KONIEC.

Podróż z Wiednia do Paryża odbyli kasztelanicostwo Rupniewscy szczęśliwie i bez żadnych szczególnych przygód, zatrzymując się w większych miastach dla dłuższego odpoczynku, lub zwiedzenia ciekawszych miejscowości.
Pierwsze porywy miłosnego szału u młodych małżonków, niepodsycane niezdrowemi żądzami, powoli zaczęły przeistaczać się w rzeczywiste i głębokie uczucie. Piękna Aleksandra, znużona kilkoletniem szalonem życiem wśród nieustannych zabaw i przelotnych miłostek, przeplatanych często burzliwemi przejściami, znalazłszy w miłości młodziutkiego i kochającego ją szczerze męża zaspokojenie potrzeb swego serca, — zapragnęła spokoju i postanowiła zmienić całkowicie poprzedni tryb swego życia, tembardziej, że w sercu jej zaczęło rodzić się nowe dla niej, tym razem prawdziwe uczucie miłości dla męża.
Gdy państwo Rupniewscy przybyli do Paryża, piękna pani Aleksandra zaraz na wstępie oświadczyła mężowi, że życzyłaby sobie prowadzić tu życie spokojne, bez hucznych zabaw i męczących festynów. Młody kasztelanic chętnie przychylił się do jej życzenia. Był jej nawet niezmiernie wdzięczny za to, gdyż pragnął on całkiem serjo oddać się poważnym studjom, a poza tem pozawierać znajomości wśród wybitnych osobistości ze sfer dworskich, do których miał kasztelanic listy polecające z kraju.
Kasztelanicostwo urządzili się w Paryżu bardzo dostatnio i wygodnie, ale względnie skromnie. Pierwsze kilka tygodni swego pobytu poświęcili zwiedzaniu ogromnego, a wspaniałego miasta. Znajomość języka francuskiego ogromnie ułatwiała im tutaj życie, które potoczyło się dla nich niezmiernie przyjemnie, a jednocześnie pożytecznie.
Pani kasztelanicowa zmieniła się nie do poznania, zachowując wciąż swój niewypowiedziany urok i wdzięk, stała się poważniejszą, bardziej skupioną. Spokój i życie normalne, pozbawione zbytnich wzruszeń erotycznych, zaczęło powoli rzeźbić na jej cudnej twarzyczce jakiś szlachetny, pełen dostojnej godności wyraz.
W obecnej pięknej pani Rupniewskiej trudno było poznać niedawną jeszcze Aleksandrę Colatti, której piękność nosiła pewien przykry wyraz bachiczny.
Po ostatecznem zainstalowaniu się i pierwszem, ogólnem zapoznaniu się z miastem, kasztelanic postanowił odwiedzić kilka osobliwości z królewskiego dworu, do których miał listy polecające, przedewszystkiem zaś pragnął złożyć uszanowanie dawnemu przyjacielowi nieboszczyka ojca p. Desnoyers, b. sekretarzowi królowej polskiej Marji Ludwiki, obecnie wyższemu urzędnikowi gabinetu królewskiego.
Stary ten dyplomata, bawiąc przez długie lata w Polsce, odegrał niegdyś pewną rolę w sprawie kandydatury ks. d‘Enghien do tronu polskiego, popieranej przez partję francuską, do której należał, jako jeden z wybitniejszych działaczy ojciec kasztelanica, Michał Krzysztof Rupniewski, na on czas starosta lelowski, później kasztelan sandecki.
P. Desnoyers serdecznie powitał syna swego dawnego przyjaciela i przez pamięć na swą przyjaźń ze zmarłym ojcem kasztelanica, obiecał mu wyrobić wstęp na pokoje królewskie. Za drugim jednak razem, gdy kasztelanic w kilka tygodni później odwiedził pana Desnoyers, staruszek był cokolwiek sztywniejszy, mniej rozmowny, o wprowadzeniu kasztelanica na dwór królewski nie było już tym razem mowy, a przy dość chłodnem pożegnaniu, zaznaczył p. Desnoyers, że p. starościna Szembekowa, siostra kasztelanica, w liście pisanym do niego, skarżyła się, iż brat od czasu wyjazdu z Polski nie dał znaku życia i że zamiast do Włoch, wyjechał po bardzo długim pobycie w Wiedniu, wprost do Paryża, wbrew poprzedniemu zamiarowi i ułożonej z góry marszrucie.
Kasztelanic wyszedł od p. Desnoyers cokolwiek stropiony.
W młodzieńczym szale, pod wpływem potężnego uroku, jaki rzuciła na niego cudna Aleksandra Colatti, zapomniał kasztelanic zupełnie, że w Polsce poza obowiązkami i majątkami swymi, pozostawił dwa szczerze go kochające serca swych sióstr rodzonych: zamężnej już Barbary Szembekowej, starościny bieckiej i Anny — zakonnicy w klasztorze Karmelitanek bosych w Krakowie[1].
Brak wiadomości przez czas dłuższy od brata, żywy niepokój o jego los, zmusił p. starościnę Szembekową do zasiągnięcia informacji w Wiedniu. Po dłuższych poszukiwaniach natrafiono na jednego z dawnych adoratorów pięknej Aleksandry Colatti, który świadom stosunku kasztelanica do p. Colatti, zakończonego tak romantycznie oraz poinformowany o wyjeździe młodych małżonków do Paryża, zawiadomił o tem zaufanego p. starościny Szembekowej, przysłanego specjalnie w tym celu do Wiednia.
Pani Szembekowa nie uwierzyła opowiadaniu o małżeństwie brata, uważając je wprost za niemożliwe, niestety przeczuwała, że brat jej wplątał się w jakąś fatalną kabałę z niebezpieczną i podejrzaną awanturnicą. Rozpisała więc kilka listów do znajomych sobie osób, przebywających stale lub czasowo w Paryżu, z prośbą o bliższe informacje, tyczące się brata. Jeden z tych listów otrzymał właśnie po pierwszej wizycie kasztelanica p. Desnoyers.
Kasztelanic wywnioskował z zachowania się starego przyjaciela swego ojca i ze wzmianki jego o liście p. Szembekowej, że w Polsce wiedzą już o jego wiedeńskim intermezzo i postanowił, nic nie wspominając o tem żonie, zaniechać zupełnie składania dalszych wizyt, słusznie przypuszczając, że wszędzie spotka się z takiem samem przyjęciem, jakiego doznał u p. Desnoyers za drugą swą u niego bytnością.
Zasępiła się cokolwiek piękna twarz młodego kasztelanica na myśl, jak rodzina, a przedewszystkiem siostra starościna Szembekowa przyjmie wiadomość o jego małżeństwie, zawartem w tak tajemniczych okolicznościach. Wkrótce jednak, pod wpływem anielskiego uśmiechu i dowodów szczerej, niekłamanej miłości, jakiemi go darzyła piękna jego Aleksandra, zapomniał o nurtującym go niepokoju i wnet powróciła mu dawna jego beztroska wesołość i humor.
Porzuciwszy myśl zawierania nowych znajomości, a poniekąd unikając nawet rodaków, przybywających do Paryża, państwo kasztelanicostwo w dalszym ciągu spędzali czas we dwoje, zwiedzając muzea, zbiory i osobliwości miasta, czytając wiele i odbywając wycieczki w bliższe i dalsze okolice. Czas schodził im przyjemnie, żyli dostatnio, nawet po pańsku, lecz bez szaleństw i rujnujących zdrowie zabaw.
Po kilku miesiącach takiego życia pani kasztelanicowa pewnego dnia oświadczyła mężowi, że znajduje się w stanie odmiennym. Kasztelanic, usłyszawszy tę nowinę, nie posiadał się z radości. Uczucie wielkiego, bezgranicznego szczęścia owładnęło nim całkowicie, miłość jego do ukochanej kobiety wzrosła od tej chwili do niebywałych rozmiarów. Czuł się niewymownie szczęśliwy i z tego powodu, że spodziewane przyjście na świat dziecka ostatecznie uświęcało ich związek.
Uszczęśliwiony tą radosną nowiną, napisał kasztelanic długi i serdeczny list do siostry Szembekowej, opisując jej dzieje swej miłości, małżeństwa i zapowiedź przyjścia na świat potomka. Na pismo to nie odebrał kasztelanic żadnego responsu.
W pół roku potem p. kasztelanicowa wydała na świat syna. Kasztelanic o mało nie oszalał z radości, gdy usłyszał pierwsze, słabiutkie kwilenie nowonarodzonego. Ze łzą w oku i sercem przepełnionem bezgraniczną miłością uściskał serdecznie swą ubóstwianą żonę, która z uśmiechem na swej bladej, lecz zawsze cudnej twarzyczce, szczęśliwa i uszlachetniona przez macierzyństwo, ze wzruszeniem i wdzięcznością przyjmowała te oznaki miłości ukochanego człowieka.
Wkrótce p. Rupniewska powróciła do zdrowia i sił. Nowe życie zawrzało w domu kasztelanicostwa. Syn, otoczony najczulszą opieką matki chował się zdrowo, w kilka tygodni po urodzeniu dokonano obrzędu chrztu, na którym dano mu imiona Adama Krzysztofa.
Kasztelanicowa stała się wzorem młodych matek, wszystkie jej myśli, wszystkie jej uczucia i, zdawało się, całą swą miłość przelała na ukochaną istotkę, której dała życie. Kasztelanic, jakkolwiek był trochę zaniedbany obecnie, nietylko że nie brał tego za złe swej ukochanej Aleksandrze, lecz owszem, był jej wdzięczny za tyle miłości i poświęcenia, okazywanego ich dziecięciu.
Mając obecnie trochę więcej czasu wolnego, kasztelanic postanowił zabrać się na serjo do poważnych studjów, w tym celu zaczął uczęszczać na wykłady znakomitych profesorów, pragnął bowiem wykorzystać swój pobyt w Paryżu, za rok bowiem miał zamiar powrócić wraz z żoną i dzieckiem do Polski.
Tymczasem syn kasztelanicostwa pod pieczołowitą, nieustanną opieką matki chował się doskonale. Piękna Aleksandra od chwili przyjścia jego na świat nic nie widziała na świecie poza swem dziecięciem. Jej zawsze cudna piękność nabrała dziwnie rzewnego i szlachetnego wyrazu, twarz jej promieniała szczęściem, jakie daje macierzyństwo.
Gdy tak spokojnie i zbożnie, bez wstrząśnień i kłopotów ułożyło się życie kasztelanicostwa, jedynie brakiem wiadomości od siostry od czasu do czasu zamącone, jak grom z jasnego nieba spadło nieszczęście na cichy ich dom.
Kasztelanic ciężko zachorował.
Ani rychła pomoc najznakomitszych lekarzy, ani najczulsza i najtroskliwsza opieka kochającej żony, ani wreszcie młodość nie zdołały przemóc choroby i uratować chorego. Kasztelanic po kilkutygodniowych cierpieniach zakończył życie.
Rozpacz kasztelanicowej nie miała granic i jedynie miłość i obowiązek święty względem pozostałej sieroty uchroniły ją od ostatecznej, beznadziejnej rozpaczy.









  1. Anna Józefa Rupniewska (ur. 1658, zm. 1729) córka Michała Krzysztofa, starosty lelowskiego, kasztelana sandeckiego i Anny z Przyjemskich, podkomorzanki kaliskiej, pobożna i świętobliwa zakonnica karmelitanka, zaliczona została w poczet Błogosławionych Polek.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Cieszkowski.