Piękna doboszanka/V
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Piękna doboszanka |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” |
| Data wyd. | [1926] |
| Druk | Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Na wiosnę 1675 r. przyjechał do Wiednia młodziutki kasztelanic sandecki, Wojciech Władysław Rupniewski, starosta lelowski, dziedzic po zmarłym przed czteroma laty ojcu, Michale Krzysztofie Rupniewskim, kasztelanie sandeckim, rozległych majątków w Województwach Sandomierskiem i Krakowskiem: Niedzowa, Bolowa, Kolosów, Malczyc, Budziszewic, Mydlnik i Michałowic. Młody kasztelanic liczył wówczas 16 lat i wyjechał zagranicę dla dokończenia wykształcenia i nabrania poloru wielkoświatowego, utartym szlakiem ówczesnych paniczów polskich do Włoch i Paryża. W Wiedniu miał kasztelanic zabawić dla odpoczynku czas krótki.
W czasie pobytu w Wiedniu przypadła akurat doroczna wielka zabawa ludowa, na którą chciwy wrażeń i nieznanych mu uciech, wybrał się kasztelanic wraz ze swym pacholikiem, zabranym z sobą z Polski.
Po kilku godzinach przebywania na zgiełkliwej i wesołej zabawie, napatrzywszy się do syta najrozmaitszym dziwom i wesołej, beztroskiej zabawie sympatycznych wiedeńczyków, miał już kasztelanic opuścić zabawę i powrócić na swoją kwaterę, gdy naraz ujrzał tak niezwykle piękną kobietę, że stanął, jak wryty i głośno wyraził podziw:
— Cóż za cudnie piękna niewiasta! — rzekł zachwycony z iście młodzieńczym zapałem do swego pachołka.
Pani Colatti, ona to bowiem była ową piękną kobietą, która wywarła tak piorunujące wrażenie na młodym kasztelanicu, uśmiechnęła się anielsko, usłyszawszy tak zawsze miłą dla kobiety pochwałę i podziw nad swą urodą, i oceniwszy od jednego spojrzenia, że jej nowy, a tak gorący adorator musi być magnatem polskim, z najcudniejszym, na jaki ją tylko stać było, uśmiechem, odezwała się również po polsku:
— Wasz Mość Pan, jak widzę, jest polakiem? Od wielu już lat nie słyszałam mowy ojczystej, przeto nie dziw się, że stęskniona za dźwiękami ukochanej mowy, nie mogę się powstrzymać, aby na łaskawy Wasz Mość Pana kompliment nie odpowiedzieć podziękowaniem.
Kasztelanic narazie oniemiał, usłyszawszy ten gładki dyskurs pięknej nieznajomej; ochłonąwszy cokolwiek z pierwszego wrażenia, rozpromieniony i oczarowany cudnymi wdziękami nieznanej polki, z pod uroku której nie mógł się wprost wyrwać, dopiero po pewnej chwili przedstawił się pięknej pani. Rozmowa wkrótce potoczyła się żywo, prowadzili ją ze względu na obecność pachołka w języku francuskim, którym, jak się okazało, oboje biegle władali.
Od chwili tego niespodziewanego spotkania i poznajomienia się, kasztelanic nie odstępował pięknej pani Colatti, asystując jej nieustannie. Dla Aleksandry rozpoczęły się na nowo dni radości, upojenia i ciągłych zabaw i festynów. Młody kasztelanic, suto zaopatrzony w złoto, rzucał niem na prawo i na lewo, obsypując piękną Aleksandrę najkosztowniejszemi podarunkami, urządzając na jej cześć wspaniałe uczty i zabawy.
Po kilku tygodniach tej rozkosznej idylli, zapomniawszy nietylko o celu swej podroży, lecz o całym bożym świecie, kasztelanic tak srodze zadurzył się w pięknej polce, że ani myślał ruszać z Wiednia.
Pani Colatti opowiedziała kasztelanicowi swe dzieje, pełne smutnych przejść i tragedji, a więc uwiezienie jej w dzieciństwie od rodziców podczas zawieruchy wojennej, potem zgon obojga rodziców, których prawie nie znała, swój smutny pobyt w surowym klasztorze, wreszcie swe nieszczęśliwe zamążpójście i tragiczną śmierć kawalera Colatti, który zginął gdzieś w pojedynku.
Młody kasztelanic słuchał z rozrzewnieniem jej opowiadania, przysięgając Aleksandrze dozgonną miłość...
Nie na żarty zakochał się w cudnie pięknej „wdówce“ młodzieniaszek, o którym dowiedziała się pani Colatti z boku, że istotnie jest bardzo bogatym i wysokiego rodu szlachcicem, a do tego wszystkiego, pomimo swego młodzieńczego wieku, niezależnym, jako zupełny sierota.
Pani Colatti postanowiła wykorzystać tak szczęśliwą dla siebie sposobność i powzięła plan daleko dalej sięgający, aniżeli przelotny stosunek. Wobec tego zmienia swe postępowanie: ze zbyt obcesowej zalotności i dwuznacznego postępowania, trącącego cokolwiek lekkimi obyczajami, piękna Aleksandra nieznacznie przeszła do poważniejszego nastroju i pewnej rezerwy w stosunku do kasztelanica, nie pozbywając się jednak umiarkowanej kokieterji.
Ta dość nagła zmiana w postępowaniu „ubóstwianej“ nie zwróciła uwagi zakochanego po uszy, a niedoświadczonego młodzieniaszka, który pierwsze, cokolwiek podejrzane objawy wesołości i lekkomyślności cudnej Aleksandry kładł na karb radości ze spotkania się po tylu latach z rodakiem.
Z dniem każdym miłość kasztelanica do cudnej Aleksandry wzrastała, ona jednak, okazując mu wielką przychylność, a nawet wzajemność, dawała do zrozumienia dość wyraźnie, że miłość ich wzajemna musi być usankcjonowana błogosławieństwem kościelnem.
Kasztelanic Rupniewski oczarowany wdziękami pięknej syreny, zgadzał się na wszystko, byle tylko posiąść ukochaną kobietę.
Zawarcie jednak ślubu w obcem państwie przedstawiało wielkie trudności, które były tembardziej nie do przezwyciężenia, że i piękna Aleksandra nie była w zupełnym porządku co do swego stanu cywilnego, mianowicie nie mogła przedstawić dowodów zgonu swego pierwszego męża kawalera Colatti.
Przemyśliwali oboje kochankowie, jak tu zaradzić i usunąć przeszkody, piętrzące się coraz bardziej na drodze do wspólnego szczęścia i nie wiadomo, czyby znaleźli jaki środek na usunięcie tych przeszkód, gdyby w pomoc im nie przyszedł najzwyklejszy przypadek.
Oto, przeziębiwszy się, kasztelanic zachorował, dostał gorączki. Przywołany lekarz, zbadawszy chorego, zalecił mu kilkodniowy spoczynek, zapisał mu jakieś dekokty, uspakajając otoczenie, że choroba nie jest groźną, byleby chory zachował spokój, używał regularnie zalecone mu lekarstwa, a wkrótce odzyska zdrowie i dawne siły.
Ten zwykły i drobny na pozór przypadek poddał jednak sprytnej Aleksandrze Colatti myśl zagrania wielkiej gry. Po porozumieniu się z kasztelanicem, któremu wytłumaczyła, że z powodu trudności nie do przezwyciężenia, marzyć nawet nie mogą o zawarciu małżeństwa i że należy chwycić się ostateczności, postanowiła, że chory kasztelanic symulować będzie ciężką chorobę i przed domniemanym zgonem żądała od sprowadzonego księdza, aby na łożu śmierci pobłogosławił jego związek małżeński z Aleksandrą Colatti, do czego w takich wypadkach, jak wiadomo, nie są konieczne ani odpowiednie dokumenty, ani żadne inne przedwstępne czynności. Wpadłszy na ten szatański pomysł, piękna Aleksandra doprowadziła go szybko do skutku.
Sprowadzono niebawem spotkanego na ulicy księdza, którym był niejaki ks. Bio, wioch z pochodzenia i odegrawszy sprytnie przez panią Colatti wyreżyserowaną komedję, uzyskano od księdza błogosławieństwo oraz zupełnie prawny akt ślubu, dokonanego na mocy prawa kanonicznego in articulo mortis.
Pani Colatti, a właściwie już teraz kasztelanicowa i starościna Rupniewska dopięła swego celu, kasztelanic zaś był w siódmem niebie, wkrótce też przyszedłszy, zgodnie z zapowiedzią lekarza, zupełnie do zdrowia, wszedł w prawa małżonka cudnej Aleksandry.
Dalszy pobyt kasztelanica w Wiedniu był obecnie już zupełnie zbędny. To miłe i tak szczęśliwe dla niego „intermezzo“, jakie wydarzyło mu się w Wiedniu, bynajmniej nie mogło być powodem do zaniechania zamierzonej podróży do Włoch i Paryża.
W marszrucie jednak kasztelanica zaszła mała zmiana. Małżonka, piękna kasztelanicowa uparła się jechać wprost do Paryża, rezygnując z lazuru włoskiego nieba. I nic dziwnego, młoda małżonka bynajmniej nie pragnęła spędzać miodowych miesięcy ze swym ukochanym w miejscowościach, które były areną kilkoletnich jej triumfów, tak nie licujących z jej obecną pozycją.
Kasztelanic upierał się cokolwiek, pragnąc poznać cuda natury i arcydzieła sztuki włoskiej, lecz ukochana małżonka trwała w uporze. Oczywiście kasztelanic z łatwością ustąpił i młodzi kasztelanicostwo Rupniewscy wyruszyli z Wiednia wprost do Paryża.
Ta podróż poślubna była istną sielanką, godną pióra genjalnego poety!