Piękna doboszanka/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Piękna doboszanka |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” |
| Data wyd. | [1926] |
| Druk | Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pod koniec 1668 r., kiedy Jan Kazimierz, znużony rządami pełnemi burz i ciągłych niepokojów tak zewnątrz, jak również wewnątrz kraju, zrzekł się, tyle przed dwudziestu laty upragnionej korony, Warszawa przedstawiała nader smutny obraz ogólnego rozprzężenia.
Jeszcze nie zdołano zatrzeć krwawych śladów, pozostałych po napadzie Szwedów i po długich wojnach ze zbuntowanem kozactwem wiarołomnego Chmielnickiego, gdy w tem wybuchła wojna domowa.
Marszałek Wielki Koronny i Hetman Polny Jerzy Lubomirski, stronnik domu rakuskiego, przeciwny wniesionej przez Jana Kazimierza na Sejmie w 1661 r. sprawie wyboru za życia króla jego następcy w osobie Henryka Juljusza ks. d‘Enghien, połączył się z konfederacją wojskową, zawiązaną z powodu niewypłacenia żołdu i, poparty przez szlachtę wielkopolską, z orężem w ręku stanął w obronie „kardynalnych praw“ Rzeczypospolitej.
Z historji wiemy, jak niefortunnie dla króla zakończył się ten rokosz. Wojska królewskie zostały pobite pod Częstochową i Mątwami, a Jan Kazimierz, widząc, jaki obrót wzięła sprawa, nietylko, że przyrzekł ogólną amnestję rokoszanom, lecz słowem królewskim zaręczył, iż za życia swego nie będzie popierał niczyjej kandydatury do tronu.
Działo się to w 1666 r., w rok potem umarła królowa. Jan Kazimierz stracił w Marji Ludwice nietylko wierną towarzyszkę życia, lecz i najlepszego oraz wytrawnego doradcę.
Wszystkie te niepowodzenia i ciosy, jakie dotknęły króla tak w życiu publicznem, jak i prywatnem, a po części i ostatnie upokorzenie, wywołane rokoszem Lubomirskiego, wpłynęły na Jana Kazimierza, że w 1668 roku doprowadził do skutku zamiar abdykacji, z jakim się już od lat kilku nosił.
W takiej właśnie chwili ogólnego zamętu i rozgwaru Warszawa, jak zwykle w czasie bezkrólewia, roiła się od mnóstwa jawnych i tajnych agentów i emisarjuszów różnych pretendentów do korony. Zdarzało się nieraz, że pomiędzy tajnymi emisarjuszami trafiały się niewiasty, zazwyczaj młode i piękne, to też w podobnych czasach nie zwróciło specjalnej uwagi pojawienie się w Warszawie cudnej urody, młodej kobiety Aleksandry Zborowskiej.
Przybywszy do Warszawy w towarzystwie służebnej, kobiety w starszym wieku i pachołka, Aleksandra Zborowska wkrótce otoczona została rojem wielbicieli, którzy zafascynowani wprost jej urodą i wdziękami, bynajmniej nie troszczyli się o jej pochodzenie, ani o jej przeszłość. Wystarczało im w zupełności, że piękna pani obdarzała ich cudnym uśmiechem i wiele mówiącemi nadziejami...
Aleksandra Zborowska, którą liczni wielbiciele przezwali „Venus polską“, rzuciła się w zawrotny wir szalonych zabaw i uciech, zwiększając z dnia na dzień liczny poczet swych adoratorów, wśród których znajdowali się najwybitniejsi przedstawiciele rodów magnackich.
Powszechnie uchodziła ona za córkę zmarłego w 1649 r. magnata kresowego Marcina z Rytwian Zborowskiego, pochodzącego z senatorskiego rodu, który wydał znanego Samuela Zborowskiego.
Ciekawych, a mniej w sobie zadurzonych, zbywała piękna Aleksandra romantyczną opowieścią, jakoby podczas zawieruchy wojennej została uwieziona przez mamkę do Kolbuszowy i tam przez nią zdala od domu rodzicielskiego wychowana. Uśpiwszy narazie pewne podejrzenia, które pomału zaczęły przenikać wśród coraz zwiększającego się kręgu jej znajomych, Aleksandra Zborowska w dalszym ciągu wzniecała podziw i zachwyt niepospolitą urodą i przedziwnym wdziękiem, jakim czarowała wszystkich.
Wśród licznych bardzo adoratorów pięknej pani znalazł się czasowo bawiący w Warszawie w misji dyplomatycznej, niejaki kawaler Colatti, młody oficer wojsk cesarskich.
Snąć pan kawaler gorącym afektem zapłonął ku cudnej Aleksandrze, skoro nie bacząc ani na brak posagu, ani na cokolwiek wątpliwe pochodzenie swej ukochanej, nie zawahał się ofiarować swej bogdance serca i ręki i wkrótce stanął ze swą ubóstwianą przed ołtarzem. Niezwłocznie po ślubie, jako że misja powierzona baronowi Colatti była ukończona, wyjechali państwo Colatti‘owie do Wiednia.
Warszawa, zajęta elekcją, potem uroczystościami koronacyjnemi nowoobranego króla Michała Korybuta, wreszcie wojną z Turkiem, już dawno zapomniała o pięknej Aleksandrze Zborowskiej, która jak meteor zabłysnęła na firmamencie stolicy i zniknęła. Zaledwie od czasu do czasu któryś z jej dawnych adoratorów przy szklance miodu, rozgrzany nim i wspomnieniem o cudnej Aleksandrze, rzucił wśród gwarnej rozmowy jej imię, lecz wnet wspomnienie to ustępowało miejsca sprawom ważniejszym i nowinom z pola bitew...