Piękna (Świętochowski)/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Świętochowski
Tytuł Piękna
Podtytuł dramat w czterech aktach
Pochodzenie Pisma IV. Utwory dramatyczne
Data wydania 1899
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków, Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


AKT II.
(Salon Bosławskich. Z lewej strony drzwi do pokoju Zygmunta i Emilii, z prawej do pokoju Ireny. Wprost wejście główne).
SCENA I.
Emilia i Irena.

Emilia (przypatrując się rozwiązanym kwiatom z bukietu). Nigdy po tańcu nie czułam się równie jak dziś zmęczoną. My, jak te na bal zerwane kwiaty: tyle duszy w zabawach tracimy z siebie dla cudzej przyjemności, że aż musimy zwiędnąć.
Irena (posępnie). I dla cudzej przyjemności uschnąć. Dokończ porównania, a będziesz miała przestrogę.
Emilia (wesoło). Jeszcze ona dla mnie przedwczesna i może wcale niepotrzebna. Biedne kwiatki, zupełnie omdlały. Serdecznie je kocham, bo wczoraj mnie swą wonią pieściły, a dziś, umierając, ostatniem tchnieniem żegnają. Gdyby ludzie jak one niewinnie się zalecali, możnaby wszystkim powierzyć serce bez bojaźni. Ale ludzie są podobno gorsi... Powiedz Irenko, ty przecież jesteś doświadczona i rozumna. Nic mówić nie chcesz?... Posłuchaj: czy nie doznałaś kiedykolwiek zadowolenia, przekonawszy się, że wszystkie barwy są równie ładne i że niema między niemi najpiękniejszej?
Irena. A jakież w tem może być zadowolenie?
Emilia. Jakie? Irenko droga, kiedyś ty się rodziła, chyba wszystkie Muzy z rozpaczy płakały.
Irena (z ironią). Nie żałuj ich, bo się wkrótce na uroczystości twoich urodzin zupełnie pocieszyły.
Emilia (zbliżając się do Ireny). Moja kochana, jak można być tak obojętną? Ile razy zwrócę ci uwagę na coś uroczego, albo dziwisz się mojej naiwności, albo pokazujesz niedopatrzoną przeze mnie brzydotę. (siada przy niej). Czy cię to czasem nie drażni, że promień słońca składa się z siedmiu kolorów? Tylko bez gniewu; nie bądź zwierciadłem, odbijającem wszystko w karykaturze i wyznaj otwarcie, nie widzisz w tem, jako kobieta, żadnej przyjemności, że możesz się ozdabiać rozmaitemi, zarówno pięknemi barwami, zamiast ciągle trzymać się jednej, najszlachetniejszej?
Irena. Skądże ci to pytanie do głowy przyszło?
Emilia (wesoło). O wyrodna niewiasto! Najważniejsze pytania przychodzą nam do głowy z naszej toalety. To naprzykład, jakiem cię dręczę, zawdzięczam tej błękitnej sukni, która mi dziś wybornie służy. Nie śmiej się filozofko. Natura dała ludziom na to uszy, żeby słuchali mężczyzn, a oczy, żeby widzieli kobiety. Musimy więc starać się o podobanie temu zmysłowi, który nas głównie sądzi.
Irena. Lepszą jesteś, niż się wydać pragniesz.
Emilia. To mnie tylko cieszy. Ale dlaczego jesteś pochmurzona? Czy cię godzina czekania na lekcyę z Henrykiem tak nuży?
Irena (niechętnie). Nie wiem.
Emilia. Przyznać się nie chcesz. Roztropna kobieta, mój aniołku, na żadną przyjemność nie czeka, tylko po każdej zaraz o inną się stara. Zamiast przez dwadzieścia godzin na dobę wyglądać Henryka, lepiej się czem innem bawić. Czas zbyt nas drogo kosztuje, ażebyśmy na tęsknotę godzinami tracić go mogły.
Irena. Traciłabym go latami, aby tylko jak najprędzej...
Emilia. Połączyć się z Henrykiem?
Irena. Umrzeć.
Emilia. Ach, nieznośna jesteś z tą swoją pogrzebową miną. Umrzeć... czy może dlatego zasłaniasz na cały dzień okna w swoim pokoju? Ze wszystkich ludzkich dziwactw najmniej pojmuję obrzydzanie sobie życia. Bo po co uparcie wynajdywać troski i przykrości, kiedy można znaleść zadowolenia i rozkosze? Po co, patrząc na człowieka, pamiętać o jego szkielecie, a zapominać o pokrywającem go ciele? Zatrzymywać się myślą przy tem, co rani, a omijać to, co goi — niedorzeczność, której nigdy nie popełniłam. Mam tak przezorne nerwy, że na smutek znieczulają się, a na przyjemność wrażliwieją. Dzięki tej naturze, wszystkimi jej zmysłami piję z życia słodycz bez żadnych gorzkich kropli, któremi znowu ty, Irenko, wyłącznie się karmisz.
Irena (ze smutnym uśmiechem). Karmię się tem, co mi w naszem wspólnem życiu pozostawiasz.
Emilia. Żart to, czy wyrzut?
Irena. Co wolisz.
Emilia. Wolę nadewszystko, ażebyś sama sobie nie dokuczała i nie podejrzywała wszystkich, że ci dokuczyć pragną. Idź moim śladem, a dojdziesz do mojego celu. I wtedy dopiero poznasz, moja trapistko, jak to błogo żyć wśród powszechnej przyjaźni, o ile rozkoszniej znaleść się w gronie kochających lwów, niż w gnieździe nienawistnych jaszczurek. Gdy na ulicy ktoś nieznajomy mile na mnie spojrzy, natychmiast dziękuję mu równie miłem spojrzeniem. Nie dlatego, ażebym w tym względzie czuła niedostatek, ale dlatego, że lubię poruszać się między przyjaciołmi. Zupełnem szczęściem byłoby dla mnie życie Ewy w raju, gdzieby najdziksze tygrysy przychodziły do mojej ręki jak jagnięta.
Irena. Szkoda tylko, że Ewa musiała poprzestać na jednym Adamie.
Emilia. Toby mnie wcale nie zasmuciło. Lubię towarzystwo mężczyzn, bo są; gdyby ich nie było, poprzestałabym, jak ona, na jednym moim Adamie. Bo idzie mi tylko o bezwyjątkową miłość wszystkiego i wszystkich, tak dalece, że jeśliby cały świat mnie pokochał prócz jednego człowieka, wytężyłabym wszystkie siły, ażeby i jego pozyskać dla siebie.
Irena (z goryczą). Mało dbając o to, że ten człowiek byłby całym światem dla mnie.
Emilia. Śmiej się z tego, mój aniołku. Przecież nie myślę odbierać ci Henryka, bo mam własnego męża, któregobym za nikogo nie oddała. Nie żądam od tego artysty nic więcej nad miłość.
Irena. A czegóż ja więcej nad to od niego żądam?
Emilia. Związku.
Irena. Więc ciebie ma kochać, a moim być mężem?
Emilia. I także cię kochać — to naturalne.
Irena (z goryczą). Dla żony naturalisty. Prawda.
Emilia (zdziwiona). Co ciebie rozdrażniło? Ach, żeby już ten Henryk raz przyszedł i bodajby dziś z tobą się ożenił. Nawet mu to powiem.
Irena (gorączkowo). Proszę cię — ani słowa.
Emilia. A to co znowu? I na niego się gniewasz? Pewnie za to, że od pewnego czasu blady, milczący, rozmarzony — jak na kochanka przystało. O, grymaśne dziecko! No, nie zasępiaj się i powiedz mi szczerze, co ci dolega?
Irena (boleśnie). Jakieś straszne przeczucie... Albo się dziś uspokoję, albo coś rozpaczliwego zrobię... Wierz mi, chciałabym umrzeć.
Emilia. A ja podobać się panu Zenonowi, który nas dziś odwiedzi.
Irena. Nawet jemu nie przebaczysz?
Emilia (śmiejąc się). Cóż z tego, że stary?
Halina (meldując). Hrabia Bogój.
Emilia. Ojciec — do pana?
Halina. Syn.
Emilia. Proszę.

Irena (odchodząc). Nie do mnie.
SCENA II.
Ryszard i Emilia.

Ryszard. Nie nazwie mnie pani natrętnym?
Emilia. Wolę — grzecznym.
Ryszard. I bezinteresownym, bo przychodzę do męża pani i w jego sprawie.
Emilia. Musisz mnie pan przekonać o tem. (siadają).
Ryszard. Chcę prosić pana Zygmunta, ażeby ludziom dał dokładny plan urządzenia ogrodu, o którym wczoraj mówiliśmy. Wszystko już gotowe — czeka tylko rozkazu.
Emilia. Wczoraj nie miałam sposobności powiedzieć, że pan jesteś bardzo dobry.
Ryszard. Tę cnotę, zwłaszcza w tym wypadku całkowicie zawdzięczam pani.
Emilia. Chyba raczej swojemu ojcu, od którego odziedziczyłeś pan gotowość do poświęceń dla nauki.
Ryszard.Gotowość do poświęceń dla pięknych kobiet — tak się we mnie nazywa matka wszystkich a więc i naukowych przymiotów.
Emilia. Panna Teresa musi być z tego bardzo zadowolona.
Ryszard. Wątpię, a nawet sądzę, że to jest jedyny powód jej niezadowolenia ze mnie.
Emilia. Przecież ta, której pan podobno jesteś gotów poświęcić nawet swoją osobę...
Ryszard. Do zaprzysiężenia przed ołtarzem pozorów takiej ofiary jeszcze bardzo daleko; tymczasem uważałbym sobie za czyn karygodny mówić dalej z panią o kim innym.
Emilia. Pan nie umiesz rozeznawać karygodnych czynów, skoro do nich nie liczysz tego pochlebstwa.
Ryszard. Jeśli kto zdoła powiedzieć pani jedno pochlebstwo, ja mu za nie całą wartością panny Teresy zapłacę.
Emilia. A ileż panna Teresa warta dla pana?
Ryszard. Dla mego ojca milion guldenów, bo to on ją oszacował i mnie narzucił.
Emilia. Przesada. Czy tak uległy ojciec mógłby panu kogoś narzucić?
Ryszard. Nasz świat ma niepojęte dla innych prawa, któremi najsłabsi ojcowie uginają najoporniejszych synów. Mogła pani to bez trudu odgadnąć, widząc mnie zmuszonego do stosunkowania się z jakimś panem Dąbciem i starania się o jego siostrę wtedy, gdy...
Emilia. Gdy?...
Ryszard. Nie pierwszy raz tego doświadczam, że kobiety piękne lubią torturować mężczyzn zbytecznemi pytaniami. Nie dość dla nich coś dobrze wiedzieć, potrzebują jeszcze toż samo wyraźnie usłyszeć.
Emilia (z zalotnym uśmiechem). Co?
Ryszard (z naciskiem). Niech pani poręczy bezpieczeństwo mojej szczerej odpowiedzi, mnie nie zbraknie do niej odwagi.
Emilia. Wierzę, bo w poręczonem bezpieczeństwie nie wiele jej potrzeba.
Ryszard (zapalając się). Zatem...
Emilia (przerywając). Zatem urządza pan botaniczny ogród dla męża.
Ryszard. I dla pani.
Emilia. Nie umiałabym z takiego ogrodu korzystać.
Ryszard. Nie umiałaby pani odwiedzać kwiatków, które umyślnie w jednej części ogrodu posadzić każę, ażeby pani obok męża również botanizować mogła?
Emilia. Masz pan ten zamiar? Doprawdy, to sztuka być tak bezinteresownym.
Ryszard. Niewielka, jeśli się opłaci przyjemnością częstego spotykania pani w naszym ogrodzie.
Emilia. W każdym razie widzę w panu serdecznego przyjaciela.
Ryszard. Pragnąłbym zasługiwać na to zawsze, gdyby nie nadzieja zasłużenia na coś więcej.
Emilia (podając mu rękę). Proszę być pewnym, że ani jednej zasługi pańskiej nie przeoczę. (słychać dzwonek).
Ryszard. Mąż pani.
Emilia (spoglądając na zegarek). Henryk na lekcyę do Irenki. Mąż jest w swoim gabinecie.
Ryszard (zdziwiony). W swoim gabinecie?
Emilia. Rozbiera truciznę strzał indyjskich, bo w uniwersytecie jakieś święto. A dlaczego pana to dziwi?
Ryszard. Sądziłem, że o tej godzinie jest na prelekcyi i dlatego nawet... może... w naszej rozmowie nie uwzględniłem troszkę jego obecności.
Emilia. Nie rozumiem pana. Alboż przy nim mówilibyśmy inaczej? (wchodzi Henryk).
Ryszard (powstając). Być może. Zapewnie niewolno panu Zygmuntowi przeszkadzać?
Emilia. Zastrzegł to sobie.
Ryszard. Więc niech pani raczy mężowi powtórzyć moją prośbę i wraz z nim lub bez niego obejrzeć swój przyszły ogródek. (podawszy rękę Emilii, kłania się Henrykowi i wychodzi).
Emilia. Jutro, bo dziś przecie będziemy u państwa Dąbków.

SCENA III.
Emilia i Henryk.

Henryk (z naciskiem). Z nim lub bez niego... Ach, nie przywitałem pani jeszcze... Czy ja go spłoszyłem?
Emilia. Kogo?
Henryk. Tego motyla, który spostrzegłszy mnie, stąd odleciał.
Emilia. Za wiele przypisujesz pan sobie grozy a jemu lękliwości.
Henryk. O, ja wiem, że on jest odważnym, skoro chce panią w swym ogrodzie zaaklimatyzować.
Emilia. Czy pan mnie chcesz nim, czy sobą nastraszyć?
Henryk. Nikim, pani. Ja tylko jestem tak rozdrażniony, że omal nie odczuwam każdego drgnienia światła. Zdaje mi się, że powietrze stężało, że je dla odetchnienia rozgryzać muszę.
Emilia. Naprzód siądź pan i wyspowiadaj mi się ze swego rozdrażnienia, a potem podziękuj mojej córeczce, że mnie nauczyła pobłażać grymaszącym dzieciom. (siada).
Henryk (smutnie). Dlaczego pani mnie nazywa dzieckiem?
Emilia. Dlatego, że bez przyczyny coraz bardziej targasz pan sobie nerwy.
Henryk. Bez przyczyny?
Emilia. W pańskiem zgorzknieniu nie widzę żadnej. Bo przecież Irenka pana kocha.
Henryk (siada). Wiem o tem i właśnie nasiąkłszy jej miłością, stałem się tak gorzki, że zaprawiłbym piołunem ocean, gdyby mnie w nim rozpuszczono.
Emilia. Wszakże pana nikt do związku z nią nie zmuszał.
Henryk. Chociażbym nawet na swoją obronę nie miał nalegań wuja Zenona, który mnie zamiast książki ze złoconymi brzegami ofiarował w nagrodę swej celującej uczennicy, wystarczyłoby mi do usprawiedliwienia się to, że jej mimo długich i szczerych wysiłków pokochać nie mogłem.
Emilia. Na litość, porachuj się pan dobrze ze swojem uczuciem, bo zabijesz Irenę, zmartwisz męża, a potem jeszcze może za to znienawidzisz siebie.
Henryk. Dla cudzego szczęścia lub dobrego humoru nie myślę poświęcać praw mego serca. Pozwoliłem się wujowi jak stal zgiąć w pałąk, ale dziś znowu mu się jak stal wysunę i wyprostuję. Jeśli zaś panna Irena stanowczo upomni się o to, co jej nieopatrznie zaręczyłem, zrobię dla niej wszystko, do czego tylko będę mógł się przymusić.
Emilia (smutnie). Biedna ona — nie spodziewa się tego ciosu. Bądź pan przynajmniej niezupełnie przed nią szczerym.
Henryk. Inaczej by mnie nie zrozumiała. Przeciwnie, powinienem jej całą prawdę wyznać. Powiem nawet, żem jej niegodzien, że przeklinając siebie, zarazem życzę, ażeby ją ktoś lepszy pozyskał. Nie życzyłem jej tego odrazu, ale jeśli to moja wina, nie uchodzę bez pomsty, bo sobie rozpaczą serce rozdzieram. Kochałem Irenę jak siostrę, póki mi nie doradzono kochać ją jak narzeczoną. Od tej chwili zacząłem się na miłość dla niej wysilać, aż nareszcie, gdy miłość ta wydarła się mojej woli i porwała mnie w inną stronę... Nie słuchaj pani... nie każ mi mówić dalej, bez obrazy dla ciebie mówićbym nie umiał. (powstając). Gotów jestem każdej chwili ofiarować pannie Irenie przed ołtarzem moją rękę, dokąd jej przeciw sobie nie zwrócę. Dziś tak mi jest obojętny użytek z mojej osoby, że mogę się nawet na słup do płotu darować.
Emilia. Będziesz, panie Henryku, lub być miałeś moim kuzynem a jesteś przyjacielem; czy to mi daje prawo spytać pana, co cię w ostatnich czasach tak wyraźnie zmieniło?
Henryk (siadając przy Emilii). Mnie nic nie zmieniło, tylko wróciłem do dawnej mojej natury, do moich młodzieńczych uniesień, do których znalazłem nowy przedmiot. Doprawdy jestem poetą nietylko słuchem, ale i wzrokiem. Chociażby mi wszystkie prawa nakazały uwielbiać brzydotę, a wzbroniły kochać piękność, nie ulegnę, póki mi nie dadzą innej duszy. Kto chce, ażebym inaczej czuł, niech mnie wprzódy inaczej czuć nauczy.
Emilia. Tego chyba nikt od pana nie będzie wymagał.
Henryk. Niech wymagają wszyscy, abyś tylko pani tej niesprawiedliwości nie popełniła.
Emilia. Ja najmniej jestem do tego zdolna. Pragnęłabym bardzo widzieć pana mężem Irenki, ale bez pogwałcenia pańskich uczuć. Taka ofiara mogłaby pana złamać z wielką szkodą dla pańskich zdolności.
Henryk (smutnie). Złamią się one w innej, może jeszcze okropniejszej,
Emilia. Już raz pytałam, co panu jeszcze tajemnie dokucza — nie dałeś mi pan szczerej odpowiedzi.
Henryk. Alboż mogę odpowiadać, nie wymijając prawdy? Pani jesteś dobrą, ale nie tak dobrą, ażebyś pobłażliwości swojej dla mnie nie ograniczała. Od pół roku żyję szarpany dolegliwościami dwu przeciwnych męczarni: jedna mi kochać każe, kiedy nie mogę, druga kochać nie pozwala, kiedy muszę. Gdyby mi została tylko ostatnia! Za cierpienia niepodzielanej miłości byłbym przynajmniej wynagrodzony jej ożywiającem i pobudzającem tchnieniem. Wolę daremnie zdaleka wyciągać ręce do świetnej gwiazdy, niż przymuszony trzymać w nich łojową świeczczkę. Wolę czuć w piersi ciągłą tęsknotę, niż ciągłe obrzydzenie. Wolę bez nadziei klęczeć u nóg...
Emilia. Czyich?
Henryk. Niż widzieć z dumą pannę Irenę u moich.
Emilia. Pan znowu mówisz zagadkami, nie przekonawszy się, czy to jest potrzebnem dla pana a przyjemnem dla mnie...
Henryk. Pokusy z ust pani bardzo się boję, bo takim mężczyznom, jak ja, grozi ciągłe złudzenie, a takie kobiety, jak pani, lubią niem czarować. Co ja myślę, kogo kocham — każdy ruch mej twarzy wyraźnie światu pokazuje; miałażbyś pani tych znaków nie dostrzegać? Jeśli moje uczucia są dla pani niezrozumiałe, to znaczy, że ich słowa byłyby niepożądane. Lepiej więc niech milczą... O jedno tylko panią proszę. Winienem pani wiele szczęśliwych natchnień, które zlały się w tej oto (pokazuje nuty) kompozycyi: czy wolno mi ją pani w tych wyrazach przypisać?
Emilia (bierze nuty i czyta). »Sonata — Pięknej pani Emilii Bosławskiej«... O, nie, to nie wypada.
Henryk (zdziwiony). Co?
Emilia. »Pięknej«...
Henryk. Czy nie prawda?
Emilia. Bardzo wątpliwa, a wreszcie pamiętaj pan, że druk zawsze prawdy się wstydzi, bo ona nigdy wszystkim nie dogadza.
Henryk. Ja jednakże dedykacyę pozostawię.
Emilia. Bez mojej woli nie zrobisz pan tego.
Irena (która weszła z książką w ręku i chwilę w mówiących się wpatrywała — do Emilii). Czego? (kłania się Henrykowi).

SCENA IV.
Ciż i Irena.

Emilia (podając Irenie nuty). Patrz, w jakich słowach chce pan Henryk mi swoją kompozycyę przypisać.
Irena (przeczytawszy zmieszana i spojrzawszy smutnie na Henryka). Autor książki, którą właśnie czytam, powiada, że kobiety wolą, ażeby chwalono ich piękność, niż cnotę. Taka więc dedykacya powinnaby ci się bardzo podobać.
Emilia. I podobałaby mi się niezawodnie, gdyby nikogo nie gorszyła. Ale zaraz ty pierwsza, Irenko, jak widzę, czujesz się urażoną. Byłoby mi bardzo przykro, gdybym się stała między wami powodem jakiejś poważniejszej niesnaski. Zapomnij więc kochana Irenko o dedykacyi pana Henryka i nie dziw się, gdy spostrzeżenie twego autora nad nami w połowie jest słuszne. Trudno, moja droga, tak nas natura stworzyła, że wszystkie pragniemy żyć piękne, a umrzeć cnotliwe, i dlatego wolimy, ażeby za życia chwalono naszą piękność, niż cnotę, która właściwie jest przyjemnością naszych dzieci. No, nie zasępiaj się. (całuje Irenę). Siądźcie do fortepianu i pogódźcie się. Ja pójdę na chwilę do mego maleństwa, z którem dziś jeszcze się nie bawiłam. (do Henryka zalotnie). Pan umiesz kobiety przekonywać, dowiedź Irence, że gniewać się nie powinna. (odchodzi).

SCENA V.
Irena i Henryk.

Irena (po chwili milczenia). Zmianę pańskich uczuć dla mnie przebaczam, ale ich obłudy — nie. Dlaczego mi pan nie mówisz, że mnie już nie kochasz, kiedy ja wiem o tem?
Henryk. Po co ta formalność?
Irena. Po to, żeby zgasiła we mnie ostatni promień łudzącej nadziei. Za co mnie pan kochać przestałeś?
Henryk. Tylko spostrzegłem, że pani pokochać nie mogę.
Irena (gwałtownie). Dlaczegóż więc skłamałeś pan miłość, związałeś się ze mną przyrzeczeniem?
Henryk. Uległem wujowi, który miał silny wpływ na mnie i który moje braterskie do pani przywiązanie chciał na głębsze uczucie przerobić. Wtedy sądziłem, że on w sercu mojem lepiej ode mnie czyta, dziś widzę, że go wcale nie zrozumiał.
Irena (szyderczo). Więc pan byłeś kurczęciem...
Henryk (przerywając z ironią). Które się dla pani zarznąć nie dało.
Irena. To koncept na obronę pańską za słaby, a na dowiedzenie dojrzałości za młodociany.
Henryk. Dostateczny jednak dla scharakteryzowania naszego kończącego się stosunku.
Irena (gorączkowo). Kiedy pan go postanowiłeś zakończyć?
Henryk. Kiedy pani mnie po raz pierwszy o to posądziłaś.
Irena. A pan się prawdy zaparłeś... dlaczego? Czy panu jeszcze wtedy było niedość moich uczuć, które odtrącić miałeś, i potrzeba aż mojego trzymiesięcznego zaślepienia, ażebyś dzisiaj niepodległość swego serca ogłosił? Nie broń się pan powolnością dla wuja, bo ona twoją pełnoletność krzywdzi; ale zasłoń się tem, żeś nie lepszy od innych i że masz za sobą większość swego rodzaju. Pociągnęła pana i przez chwilę bawiła uciążliwa rola męskiej stałości, ale wreszcie się nią znudziłeś i chętnie ją zamieniasz na wygodną rolę uwodziciela. A ja naiwna tak długo wierzyłam, że pan jesteś szlachetnym wyjątkiem w prawidle męskiego postępowania! Nie kłopocz się pan jednak naszem rozstaniem — ja o pańską miłość się nie upomnę i obłudy mścić nie będę. Ja tylko nie pozwolę panu wprowadzić do tego domu hańby! Wiem, dla kogo pan mnie rzucasz, wiem, że świętokradzkim zamiarem chcesz pan pokalać godność mojej bratowej, otóż pamiętaj pan, że ja tu stanę jak archanioł na straży rodzinnego ogniska i panu go znieważyć nie dam.
Henryk. Ja też wcale tego nie pragnę, chociażbyś pani archanielstwa sobie nie przywłaszczyła.
Irena (szyderczo). Jakto, więc pan o Emilii nie myślisz?
Henryk. Nawet ją kocham.
Irena. Panie, mówisz tak śmiało i otwarcie, jak gdyby ona już była wspólniczką twych występnych pragnień a ja ich pobłażliwą opiekunką.
Henryk. Pobłażliwość lub surowość pani jest dla nas, bez zachodu mówiąc, zupełnie obojętną. W ogóle nie pojmuję, dlaczego w stosunku moim do pani Emilii jakikolwiek udział pani miałby być potrzebnym.
Irena. Jeśli mi nie wolno przeszkadzać panu i upominać bratowę, to wolno mi strzedz brata.
Henryk. Przed czem? Ode mnie nic mu nie grozi. Powtarzam, że jego żonę kocham i gotów jestem mu to każdej chwili powiedzieć. Nie dlatego, ażebym go tem chciał do walki wyzwać i jego małżeński związek rozerwać, lecz dlatego, że moje uczucie jest czyste i jego szczęścia żadnym bezwstydem nie zmąci. Pani mnie nie rozumiesz, bo tobie się zdaje, że miłość podlega prawom i obowiązkom, nakazom i zakazom. Nikt mi nie dał prawa zachwycania się pieśnią słowika, a jednakże się nią zachwycam. Nie sądź więc pani, ażebyś mnie swoją czujnością i groźbami przerażała. Jak mimo zobowiązania nie kochałem pani, tak mimo rozkazu kochać będę panią Emilię. Nie powstrzyma mnie od tego nawet własna jej niechęć. Jeśli zaś to uczucie niezależnie od swej czystości będzie nazwane występnem, to niech za nie przed światem odpowie natura, która mnie takim stworzyła. Wolę być ukaranym za miłość dobrowolną, niż nagrodzonym za przymusową. Chętniej mi serce nosić będzie winę pierwszej, niż zasługę ostatniej.
Irena. Może bezpiecznie nosić nawet zbrodnie, jeśli za nie odpowiedzialnym będziesz nie pan, lecz natura. Wygodne obrałeś pan sobie zastępstwo: pan grzeszyć będziesz a natura pokutować! Nic nad to lepszego. Brak tylko, ażeby ci, którzy pana sądzić będą, na taką zamianę zezwolili. Bo ludzie są w podobnych wypadkach bardzo nierozumni. Chociaż wiedzą, że natura kazała wilkowi dusić owce, nie naturę, lecz wilka za to karzą. Może więc i dla pana łaskawszymi nie będą, chociaż się pan powołasz na swoją przyrodzoną wrażliwość, która panu każe porzucać jedne kobiety a zwodzić drugie — bez względu na obowiązki i prawa.
Henryk. Bodajbyś pani przez chwilę mną była i przekonała się, czy ja mogłem kochać panią.
Irena (w uniesieniu). Jednem słowem: dlaczego pan nie mogłeś?
Henryk. Słowa tego wyraźnie nie wymówię, bo pani jesteś kobietą.
Irena. Bo pan jesteś nik...
Henryk. Czekaj pani! Dlatego, że jesteś — brzydką...
Irena (drgnąwszy boleśnie, siada pognębiona). Wiecznie toż samo... (po chwili wstaje blada z gorzkim uśmiechem). Nie ja, ale natura temu winna, więc... panu przebaczam.

SCENA VI.
Ciż i Zygmunt.

Zygmunt (wychodząc ze swego gabinetu — do Henryka). Dzień dobry (podaje mu rękę). No, już wreszcie przygotowałem zupełnie taki sam chemiczny związek, jakiego dzicy Amerykanie używają do zatruwania strzał. Pozostaje mi teraz tylko zrobić doświadczenie. Moja Irenko, bądź łaskawa kazać mi przynieść kota, którego wczoraj od żydówki kupiłem.
Irena. Na co?
Zygmunt. Spróbuję na nim działania mojej trucizny.
Irena. Spróbuj na mnie.
Zygmunt. Moje dziecko, to nie święcona woda.
Irena. Wiem o tem.
Zygmunt. Jeżeli wiesz, to każ mi przynieść kota.
Irena (odchodząc). Chyba dla przekonania mnie, że trucizna tak szybko skutkuje. (wychodzi).
Henryk. Czy rzeczywiście jest tak gwałtowna?
Zygmunt. Ta, którą dzicy przyrządzają, zabija piorunem; moja powinnaby mieć też same własności, bo posiada tenże sam skład. Nie masz pan nawet przybliżonego pojęcia, ile mnie ta rzecz pracy kosztowała. Przysłano mi z Ameryki kilka zatrutych strzał, potrzebne materye roślinne i sposób przygotowywania Urari: mimo tego ułatwienia ledwie zdołałem chemicznie rozebrać delikatne nasmarowanie jednej strzały i wytworzyć dla niej inne. Obecnie mam pięć granów Urari. Wczoraj lekko zraniłem amerykańską strzałą kota: natychmiast objawił się paraliż nerwów, bezwładne drganie mięśni, potem obumieranie płuc i serca, wreszcie spokojna śmierć. Cały proces trwał sześć minut; otóż ciekawy jestem, czy moja trucizna okaże się w działaniu podobną. (wchodzi Irena). Naturalnie człowieka zabija Urari wolniej. Badacze tego przedmiotu na gruncie zapewniają, że śmierć następuje bez żadnych cierpień i że organizm ludzki robi wtedy wrażenie ustającego zegarka. Kota wybadać niepodobna, a do Ameryki jechać po spostrzeżenia za daleko. (wesoło). Gdybyś więc mi oto panie Henryku między znajomemi wynalazł i namówił jaką brzydką, trapiącą świat swemi pretensyami pannę, któraby się chciała delikatnie zakłuć strzałką, w Urari zamoczoną, byłbym jej bardzo wdzięczny i napisał czuły nekrolog w naszym Miesięczniku.
Irena (z wymuszonym uśmiechem). Pamiętaj o przyrzeczeniu, jeśli się kiedy taka brzydka panna znajdzie.
Zygmunt (j. w.). Niestety, mój aniołku, gdyby nawet która w twoim rodzie uwierzyła, że jest brzydką z zewnątrz, to się zaraz pocieszy, że piękna z wewnątrz i z tej strony podziwiać się każe. No gdzie mój kot?
Irena. Już ci go zaniesiono.
Zygmunt. Więc chodźmyż wystraszyć z niego duszę. (we drzwiach swego gabinetu do Henryka). A pan?
Henryk. Zostanę. (Irena z Zygmuntem wychodzą).

SCENA VII.
Henryk, później Zenon.

Henryk (sam po chwili Zenon). Zdawało mi się, że wyjdę z tej rozprawy szczęśliwy... tymczasem... Czego mi jeszcze brak, oprócz wzajemności Emilii?...
Zenon (wchodzi niespostrzeżony i trąca zadumanego Henryka). Co tu robisz?
Henryk. Głupieję.
Zenon. No, kiedy to widzisz, jeszcze rozum nie stracony.
Henryk. Może go odzyskam — za późno.
Zenon. Pewnie przygotowujesz się do jakiej nowej sceny z Ireną.
Henryk. Odpoczywam po odegraniu ostatniej.
Zenon. Po której...
Henryk. Oboje jesteśmy wolni.
Zenon. Ale tylko ona uczciwą.
Henryk. Kochany wuju — przed rokiem topniałem pod twemi słowami jak wosk, dziś twardnieję jak krzemień; nie przemawiaj więc do mnie w ten sposób.
Zenon. Mam prawo.
Henryk. Jakie? Za pieniężne wydatki na mnie w dzieciństwie masz wuju prawo do mojej kieszeni, ale nie do mojej woli.
Zenon. Wcale ci jej nie aresztuję. Chcę tylko cię przestrzedz, że swobody tej woli używasz na własną krzywdę. Porzucasz jedną kobietę, którą zaślubić miałeś, chwytasz drugą, której w miłosny stosunek wciągać nie powinieneś, kradniesz żonę przyjacielowi i zabijasz nią siebie.
Henryk. Wszystko to robię, szanowny wuju, z wdzięczności dla ciebie, ażebyś z mego życia mógł sobie uprząść zajmującą powieść.
Zenon. A tybyś ją istotnie rozweselał jako kochanek w wyścigu do pani Emilii zdystansowany.
Henryk (ironicznie). Przez wuja.
Zenon. Przez hrabiego Ryszarda lub Gracyana. To chyba jest jasnem, że jeśli Emilia nie chce przeniewierzyć się mężowi, ubiegasz się o nią daremnie, jeśli chce, nie ciebie wybierze.
Henryk. Nie pytałem jej o to.
Zenon. Ale masz pewnie nadzieję, że...
Henryk. Że mi co dzień widzieć się pozwoli.
Zenon. Tylko tyle? Skromne zaloty. Każdy mąż powinienby cię pożądać dla swej żony, bo nie trując mu niewinnemi zapałami małżeńskiego życia, zaprawiałbyś je przyjemną a nieszkodliwą goryczką. Grałbyś rolę pląsaka między rybami, który samców pobudza podczas tarcia. Szkoda tylko, że cię te zapały wkrótce dalej powiodą. Tacy ludzie, jak ty, piją zakazaną miłość z mętami aż do dna. Namiętność twoja będzie nieustannem pragnieniem, a jej pozorne umiarkowanie — obawą nieustannego pożądania. Jeśli wiesz o tem, nie okłamuj mnie, a jeśli nie wiesz, nie łudź siebie. Gdy pani Bosławska każe zamilknąć obowiązkom żony, ty uciszysz sumienie uczciwego człowieka. Cnotliwym będziesz wtedy tylko, gdy ona cnotliwą być nie przestanie. Dziś zadawalasz się widzeniem jej, jutro nie zadowolisz się czułym uściskiem, a za miesiąc...
Henryk (drwiąco). Cóż za miesiąc?
Zenon. Z idealnego wielbiciela zostaniesz powszednim niegodziwcem.
Henryk (tłumiąc gniew). Niech się na tem skończy pańskie kazanie, bo na tem się skończyła moja cierpliwość.
Zenon. Troszkę ją jeszcze przedłuż, ażeby ci dla męża pani Emilii starczyło.
Henryk. (biorąc kapelusz). Sądzę, że nie masz mi pan już nic rozsądnego do powiedzenia.
Zenon. I owszem. Radzę ci natychmiast wyjechać ze mną za granicę.
Henryk. Tu mi bardzo dobrze, a dalszego ciągu pańskich napomnień nie jestem ciekawy.
Zenon. Tak kochałem twoją matkę, że bez trudu przebaczam ci to lekceważenie moich przestróg. Nie radzę już, lecz proszę, usuń się z niebezpiecznego stosunku i wyjedź ze mną. Jeśli nie masz pieniędzy, oddam ci wszystkie moje.
Henryk. Czemu, wuju szanowny, mówisz poważnie, radząc tak śmiesznie? Jakże ja mogę stąd uciec, kiedy pragnąłbym tu wrosnąć?
Zenon. I przypuszczasz, że szalone uczucie swoje dochowasz w czystości?
Henryk. Nie inaczej.
Zenon. Emilia wie o niem.
Henryk. Domyśla się.
Zenon. A będziesz miał uczciwą odwagę wyznać je mężowi?
Henryk. W potrzebie.
Zenon. Tej potrzeby nigdy nie uznasz, więc ja cię wyręczę. (idzie do drzwi gabinetu Zygmunta).
Henryk. Nie waż się pan!
Zenon. Ze mną krwawo rozprawiać się nie będziesz, z nim możebyś musiał. Wolę, że się dowie o niebezpieczeństwie ode mnie, niż o hańbie od kogoś.
Henryk (prosząc). Czekaj wuju.
Zenon. Jedziesz?
Henryk (gorączkowo do wchodzącej Emilii). Muszę panią pożegnać.

SCENA VIII.
Ciż i Emilia.

Emilia. Już?... (zbliżając się szybko do Zenona). Pan u nas, a mnie nic o tem nie doniesiono. Czy pan może wyłącznie męża odwiedza?
Zenon (podając rękę). Nie przyznałbym się do tego, nawet nie doczekawszy się przyjemności powitania pani.
Emilia. A jednak dostrzegłam, żeś pan chciał wejść do jego gabinetu.
Zenon. W bardzo ważnym i pilnym interesie mego siostrzeńca.
Henryk. Jak pani widzi, jeszcze nie wyszedłem z pod opieki troskliwego wuja.
Emilia (do Henryka). Zapewnie ona dla pana wygodna i konieczna... (do Zenona). Pożądanych gości staram się nie wpuszczać do pracowni męża, bo on ich tam zwykle przy swoich doświadczeniach długo zatrzymuje. Pan znowu objął nad swym siostrzeńcem władzę, to proszę mu zakazać, żeby nie odchodził.
Zenon. Wobec życzenia pani mój zakaz byłby dla niego zawsze albo bezsilnym, albo zbytecznym.
Henryk. A nadewszystko niewłaściwym.
Emilia (do Henryka). Nie bądź pan tak drażliwy jak rana, bo ja mam skończyć z panem przerwany rachunek. Sonaty z proponowaną dedykacyą przyjąć nie mogę, ale jeśli pan chcesz mi zrobić muzyczną przyjemność, dziś jeszcze przed wyjazdem do państwa Dąbków napisz pan walca, którego tylko z panem tańczyć będę u nich na wieczorze i który nazwij pan: Jej Walc. Zgoda?
Henryk. Za chwilę będzie gotowy. (idąc do pokoju Ireny). Ach, po co fortepian tam stoi!...
Emilia. Inaczej przeszkadzalibyśmy panu w kompozycyi (po wyjściu Henryka) albo Irence w graniu. Kazałam przenieść fortepian do jej pokoju, ażeby go swobodnie męczyć mogła. Bo w miarę przywiązywania się do pana Henryka, tak rozmiłowała się w jego sztuce, że dziś żyje głównie palcami. Patrząc na nich, żałuję nieraz, że mój mąż chociaż troszeczkę nie gra, bo bym przez jego wpływ muzyki nie zarzuciła.
Zenon. Dla przebłagania zagniewanej muzy gotowa pani pokochać jakiego jej syna.
Emilia. Za drugiem widzeniem nie może pan jeszcze zgadnąć, do czego jestem gotowa.
Zenon. To też ja tylko zrobiłem nieśmiałe przypuszczenie.
Emilia. Przeciwnie — za zbyt śmiałe. Ale mniejsza o nie. Szczerze mówiąc, zaniedbałam fortepian bez żadnej widomej przyczyny, dla drobnych a koniecznych zajęć, dlatego, że... Nie roześmij się pan... My kobiety mamy w tem tylko stałe upodobanie, co się w nas światu szczególniej podoba. Gdy zaczęto powszechnie chwalić zręczność moich nóg, polubiłam taniec; ponieważ nigdy nie pochwalono zręczności moich rąk, zarzuciłam muzykę. Nawet pan Henryk, artysta, który kiedyś uznał moją grę za bardzo wykończoną, dziś przypisując mi swój utwór, wiesz pan jak mnie nazwał?
Zenon. Piękną?
Emilia. Mówił panu?
Zenon. Nie, ale ja w dedykacyi dla pani toż samo bym zrobił.
Emilia. W nim uważałam to za płochą nierozwagę, w panu uważałabym za rozmyślną niesprawiedliwość. Bo przecież niepodobna, ażebym nie posiadała żadnego lepszego przymiotu.
Zenon. Temu nie przeczę, wątpię tylko, ażeby pani jakikolwiek inny posiadała w równie wysokim stopniu.
Emilia. Pan mnie za mało znasz, ażebyś tak mniemał istotnie.
Zenon. Mogę usłużyć dowodem. Niech tylko pani pozwoli, a w tych samych słowach, co Henryk, odważę się przypisać pani pierwszy skończony mój utwór.
Emila. Dobrze, ale pod warunkiem, że wprzódy mi się pan dokładniej przypatrzy, odwiedzając nas przez miesiąc codziennie.
Zenon. Najchętniej. Próba ta zawodem mi nie grozi; bo gdyby pani była tak dobrą lub mądrą, jak piękną, zbawiłaby pani świat lub odsłoniła mu najgłębsze tajemnice. Wtedy nie starczyłoby u nas miejsca na pomniki dla pani, tymczasem dotąd tylko uroda pani stała się ogólnie powtarzanem przysłowiem, tak dalece, że ja bez obrażenia towarzyskiej drażliwości śmiem o niej mówić.
Emilia. Sam jednak tego niesłusznego przysłowia pan nie podziela.
Zenon. Takby wypadało z polityki mojego spóźnionego wieku, który uwielbień dla pięknych kobiet zapierać się powinien.
Emilia. Kobiety nie znają talentów starych.
Halina (meldując) Pan Dąbek z siostrą.
Emilia. Nie w porę. (do służącej) Proś. (wchodzi Gracyan z Teresą).

SCENA IX.
Ciż, Gracyan i Teresa.

Gracyan. Umyślnie, chociaż tylko na chwilę przyjeżdżamy przypomnieć, że dziś wieczorem w naszym domu święto na cześć pani. (do Zenona, podając mu rękę). I pańskie zapewnienie mamy.
Teresa (do Emilii). Hrabia Ryszard także będzie.
Emilia. Domyślam się z dobrego humoru pani. Wolno mu o tej radości powiedzieć?
Teresa. Cóż się stało, że pani raczy na moje życzenia względem niego zważać?
Emilia. Robię to zawsze, ile razy są mi wiadome.
Teresa. I nie przeciwnie.
Gracyan. Pani jeszcze nie widziała robót koło botanicznego ogrodu Bogojów?
Emilia. Dopiero jutro mamy tam być.
Gracyan. Ja właśnie, jadąc tu, byłem. Wspaniały zakład — nietylko botaniczny ale i zoologiczny. Powietrze jest, ziemia jest, a w zastępstwie zwierząt i roślin podczas bytności męża pani przechadzać się będzie dwóch hrabiów z trzcinowemi laskami. Pan Ryszard wyręczył mnie w spełnieniu projektu, ja go za to wyręczę w przygotowywaniu modelu. Mam już gotowy plan bardzo pięknego ogrodu, a nawet dla wykazania jego wartości powoli go u siebie wykonywać zacznę. Taki wzór panu hrabiemu bardzo się przyda.
Emilia. Po co ta ofiara?
Gracyan. Uczyniłem z niej ślub przed panią i muszę go dotrzymać.
Emilia (do Teresy). Czy i pani sprzysiężona z bratem przeciw panu Ryszardowi?
Teresa. Tak, ale gdy pani będzie przeciw niemu, ja może będę za nim.
Gracyan (odprowadzając Zenona na stronę). Ustąpiłem według pańskiej rady i nie spuszczę hrabiego z szachu. Pokażę mu dziś plan niezmiernie kosztownego ogrodu, który dla własnej przyjemności urządzać zacznę, i dam do zrozumienia pankowi, że nie powinien przegrać w porównaniu, bo profesor się do mnie zanęci. Myślał, że fuszerką kłopot zwali, dziś już się wścieka, że go kontroluję, a niedługo albo mi ustąpi, albo go po czub w mojej kieszeni zanurzę i utopię. Śliczna to kobieta, ta profesorowa! Jak panu się zdaje, można koło niej pochodzić?
Zenon. Nie mając żony...
Gracyan. Ach, głupstwo! O ile panny brzydzą się żonatymi, o tyle mężatki ich lubią.
Zenon. Więc pan masz zamiar...
Gracyan (śmiejąc się). Skąd znowu — nie mam żadnego. Do widzenia, kochany panie, nie zawiedź nas. (zwracając się do Emilii, która rozmawiała z Teresą) Żegnamy już panią i mamy nadzieję za kilka godzin powitać.
Emilia. Niezawodnie. (do Teresy). Ja go nawrócę.
Teresa. Do siebie — wierzę. Prawda panie Zenonie? (wychodzą).
Zenon. Nie wiem, ale jej pani nie życzę.

SCENA X.
Zenon i Emilia.

Emilia. Biedaczka, od roku już celuje w pana Ryszarda i nie może w jego serce ugodzić. Staram się jej dopomódz, a ona myśli, że przeszkadzam.
Zenon. Dobrze widzi. Dwie młode kobiety nie pozostają nigdy w przymierzu względem młodego mężczyzny.
Emilia. A panowie literaci niczem bardziej nie grzeszą, niż słabością do układania ogólnych reguł. Dlaczego ja nie mam być przyjaciołką panny Teresy?
Zenon. Ale czy ona może być przyjaciółką pani? Z tychże samych przecie męskich oczu przeglądają pani tryumfy i jej porażki.
Emilia (śmiejąc się). Jak to, z oczu mego męża?
Zenon. Nieraz męża swego wywołuje pani w rozmowie tam, gdzie go się najmniej spodziewać można.
Emilia. Dla uniknięcia zdziwień trzeba w rozmowie ze mną spodziewać się go zawsze.
Zenon. Ile razy tego obowiązku nie dopełnię, niech mi go pani nie przypomina zbyt ostrą wymówką. Wobec takich, jak pani, arcydzieł natury, trudno pamiętać o ich otoczeniu i związkach. Nie bez racyi nazwano piękność oślepiającą, bo rzeczywiście, kto się w nią patrzy, potem czas jakiś niczego wyraźnie dojrzeć nie może. Bodajby tylko czas jakiś — nie zawsze! Na swoje szczęście a cudze nieszczęście pani grozi wiecznem ociemnieniem.
Emilia. Czy pan te wyrazy często kobietom mówi?
Zenon. Dotąd wcale.
Emilia. Bo inaczej nie byłabym z nich dumną.
Zenon. Dziękuję. (całuje Emilii rękę w obecności Ireny i Henryka, którzy z dwu stron weszli i milcząc przypatrywali się).

SCENA XI.
Ciż, Henryk i Irena.

Henryk (z nutami w ręku trącając Zenona). Może też kochany wuj będzie łaskaw pomówić z mężem pani w interesie swoim.
Zenon (Zenon wstaje lekko zmieszany i zbliża się do wpatrzonej w niego Ireny). Właśnie miałem pytać o panią.
Henryk (do Emilii) Walc już skończony.
Emilia. Posłuchamy go. Irenko. Pan Henryk na moje żądanie skomponował w tej chwili walca, którego mam dziś tylko z nim tańczyć u państwa Dąbków i który nazywać się będzie Jej Walcem. Chodź i jako znawczyni oceń go.
Irena (z udanym uśmiechem). I tu go usłyszę, a za tę przyjemność potem ja was zabawię tą indyjską strzałką (pokazuje mały grocik), którą sama na próbę zatrułam.
Emilia. Porzuć te dzikie zabawki. (wychodzi z Henrykiem do pokoju Ireny).

SCENA XII.
Irena i Zenon.

Irena (po chwili milczenia, patrząc na Zenona, wybucha dzikim śmiechem). Ha, ha, ha i pan już w sidełkach piękności... Czarodziejka przemieniła orła w łabędzia... Przecież pan miałeś ją ukarać... Za cóż to Emilii, kochany mój obrońco, dziękowałeś? Czy za Jej Walca, którego mój narzeczony u mnie napisał i tylko z nią tańczyć będzie? (spokojniej). Przyznaj się pan, że mu miłosnego powodzenia zazdrościsz?
Zenon (kryjąc podrażnienie) Po stracie Henryka zostało pani dużo wesołości.
Irena (siląc się na śmiech). Ależ Niobe śmiałaby się widząc, jak poważny mentor, który setki mil przebiegł dla wyrwania zwodnej nimfie zakochanego Telemaka, ukradkiem czule całuje jej rączki. Uległeś panie Zenonie... No, nie martw się pan, przecież i kolos egipski, chociaż z głazu wykuty, tony wydawał, gdy promienie słońca na niego padły.
Zenon (chłodno). To też nic w tem śmiesznego, że piękność pani Emilii rozbroiła mnie z surowości i że zrozumiałem wszystkich, których zwyciężyła.
Irena. Uniewinniłeś pan Ryszarda, Gracyana... Henryka!
Zenon. Mówię, że ich zrozumiałem.
Irena. Tego panu było potrzeba, ażeby obok nich wyrobić słuszne miejsce... sobie. Jak pan pogodzisz z dzisiejszą swoją mową to, coś wczoraj na balu u Bogojów do mnie powiedział?
Zenon. Bardzo łatwo: tylko dodam to, co przed panią zataiłem i co dziś w rozmowie z panią Emilią wyraźniej poczułem. Czego pani chcesz? Zmusić ludzi, ażeby nie zachwycali się widokiem pięknej róży, brylantu lub kobiety? Daremnie. Milion razy oskarżymy piękność i milion razy ulegniemy jej wpływowi. Jest to próżne szamotanie się, którego nigdy nie nagradza tryumf. Gdyby natura była świadomą, tworzyłaby brzydotę tylko w złości, gdyby była miłosierną, nie stworzyłaby jej nigdy, bo ulitowałaby się nad nieszczęśliwym losem oszpeconych nią istot. Piękność jest nietylko wartością, ale i prawem istnienia kobiety.
Irena (gwałtownie). Więc ja nie mam nawet prawa istnienia?
Zenon (zmieszany). O pani, nie myślałem.
Irena. Nie bój się pan swojej zasady, bo ja przyznałam ją dawno. Dziękuję ci, mój nauczycielu, żeś tak długo tę prawdę przede mną taił, bez tego nie miałabym przyjemnych złudzeń, które mi smutek rozweseliły. Chociaż króciutko marzyłam, że mnie ktoś pokochać może. Dalej łudzić się niepodobna. Dziś już nie bronię się tej strasznej myśli, że na twarzy swojej noszę przekleństwo natury, wyłączające mnie od udziału w najdroższych uczuciach. Tak jestem brzydka, że zdaje mi się, iż mniej od innych ludzi gwiazd widzę, bo z odrazy przede mną do nieba się chowają. Jeśli dusze za karę z lepszych ciał w gorsze przechodzą, to moja w poprzedniej postaci chyba ziemię rozbić chciała, kiedy ją taką brzydotą ukarano. Panie Zenonie, bądź na mgnienie oka bogiem i zedrzyj mi z twarzy tę obmierzłą larwę, niech znużona własnym wstrętem odpocznę! (siada bezwładnie).
Zenon. Pani kochana, na taką rozpacz — przykrość za drobna.
Irena (porywając się). Nie pocieszaj pan mnie! Kobieta łatwiej uwierzy we wszystko, niż w swoją brzydotę, a gdy w nią uwierzy, wszystko dla niej zmaleje wobec tego nieszczęścia. Wtedy pragnie, ażeby w przestrzeni zgasło całe światło i zupełna ciemność zrównała ją z innemi.
Zenon. Godzi się to mówić pani, która nagromadziłaś w duszy tyle skarbów, ażeby niemi najdalsze koło swego otoczenia obdzielić?
Irena. Wy lubicie skazywać na poświęcenie. Ja się poświęcę, ale muszę być także czemś zadowoloną, oprócz przekonaniem, że się poświęciłam. Będę służyła wszystkim, ale co za to dla mnie? Że utuczę jakieś samolubstwo lub wypielęgnuję cudze szczęście, to dopiero wiele dla innych, a nic dla mnie. Wiem, że byłabym pożytecznym artykułem rodzinnej lub nawet społecznej żywności, ale przytem chcę kochać, chcę być kochaną bez obłudy i przymusu...
Zenon. Poczekaj pani...
Irena. Już czekałam — cierpiałam dłużej, niż pan przypuszczasz, i nigdy nie przestałam budzić skrytego lub jawnego obrzydzenia. Matce usta krzywiły się, gdy mnie całowała, ojciec pieszczot moich nie znosił, siostry mnie wzgardliwie upośledzały, narzeczony porzucił, ludzie ośmieszyli, poczciwy brat jeszcze przed chwilą brzydką pannę na wypróbowanie trucizny wraz z kotem przeznaczał, wreszcie ty, najwierniejszy mój przyjacielu, od prawa istnienia odsądziłeś. Co warto życie na tylu ostrzach rozpięte i ciągłemi boleściami rozdzierane?
Zenon. Daruj-że mi pani niedorzeczne słowa, które w jakiemś rozdrażnieniu wyplotłem.
Irena. Nic mi nie przewiniłeś dobry panie, byłam do nich przygotowana. (słychać odgłos walca. Irena wzdryga się). Panie, jak to boli... dla takich przyjemności mam żyć! (porywa ze stołu strzałę i ostrze jej ściska w ręce).
Zenon (wyrywając jej strzałę). Co pani chcesz zrobić?
Irena (śmiejąc się pokazuje zakłutą dłoń). Grających zabawić, wszakże im przyrzekłam.
Zenon (przerażony). Ależ podobno strzała zatruta.
Irena. Przypadkowo się nią skaleczyłam. Tak wszyscy, prócz pana, sądzić powinni. (chwyta za rękę Zenona). Nie żałuj mnie, kochany przyjacielu. Mszcząc się za swoją niedolę, byłam jadowitem żądłem tego domu; lepiej że ginę, bobym niepotrzebnie ludzi kąsała. On ładnie gra...
Zenon. Puść mnie pani — umrzeć ci nie dam.
Irena (osuwając się na fotel) To już nie w twojej mocy, panie Zenonie.
Zenon. Zygmuncie, Zygmuncie! (wpada do gabinetu Zygmunta).
Irena (słabym głosem zwróciwszy się do drzwi swego pokoju). Gdybyś ty dla mnie tak grał, wieczność bym przeżyła. Kochany mój...
Zygmunt (wbiegając z Zenonem). Co za nieostrożność... Irenko droga!
Irena (coraz słabiej). Przypatrz mi się, chciałeś widzieć działanie Urari na brzydkiej pannie... Sen mnie ogarnia... dusi... znieczula... (muzyka ustaje). Już nie gra...
Emilia (wchodząc wesoło z Henrykiem). Irenko, śliczny walczyk?... (oboje powstrzymują się). Co jej?!
Zygmunt. Umiera. Zraniła się strzałą.
Henryk (odwróciwszy twarz przerażony szepcze do siebie). Jam niewinien.
Zenon. Przypadkiem...
Emilia (rozpaczliwie). Ratujcież!
Irena. Cie-bie... (umiera).

(Zasłona spada).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Świętochowski.