Pięć tygodni na balonie/Rozdział XXXVIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pięć tygodni na balonie |
| Wydawca | Księgarnia Juliana Guranowskiego |
| Data wyd. | 1896 |
| Druk | E. Lubowski i S-ka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Anonimowy |
| Tytuł orygin. | Cinq semaines en ballon |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Szybkość „Victorji“ wciąż wzrastała. Niestety balon skierował się więcej na południe i po kilku chwilach przekroczył jezioro Debo.
Fergusson poszukiwał w różnych strefach innego prądu atmosferycznego, ale daremnie, wreszcie zaniechał tych poszukiwań ze względu na utratę gazu. Doktór milczał, ale był bardzo zaniepokojony. Uparty wiatr, który koniecznie chciał zagnać balon na południe Afryki, psuł mu wszelkie rachunki; nie wiedział już teraz na kogo, lub na co ma liczyć. Co się z nimi stanie, gdy dostaną się na wybrzeża Gwinei? Jak długo przyszło by im tam czekać na okręt, któryby ich do Anglji zawiózł. Obecny prąd gnał balon do królestwa Dahomeyu, i najdzikszych plemion, których król podczas publicznych uroczystości każe mordować tysiące ofiar.
Chwilami doktór miał nadzieję, że prąd ulegnie zmianie.
Nagle Joe zawołał:
— Patrzcie, chmura!
Doktór, spojrzawszy przez lunetę, zawołał:
— To żadna chmura!
— Cóż więc takiego? — pytał zdziwiony Joe.
— Szarańcza, przeciągająca jak chmura.
— To ma być szarańcza?
— Biada tej okolicy, na którą się spuści, staje się ona pustynią, w 10 minut chmura ta nas dosięgnie.
Fergusson miał słuszność; gęsty, ciemny obłok kilka mil długości nadciągał z ogłuszającym szumem, rzucając potężny cień na powierzchnię ziemi, i olbrzymia masa szarańczy rozłożyła się na zielonej łące, około 100 kroków od „Victorji“.
Po kwadransie masa ta pofrunęła dalej, a podróżni ujrzeli drzewa ogołocone z liści, łąkę zaś doszczętnie pozbawioną trawy.
— Jest to straszny deszcz, o wiele więcej szkodliwy, niż największy grad — zauważył Kennedy.
— Przytem niema na szarańczę żadnego środka — dodał Fergusson, za zniszczenie, jakie wyrządza, daje jednak do pewnego stopnia wynagrodzenie, gdyż tuziemcy zbierają w znacznej ilości te owady, służące im za smaczną potrawę.
Pod wieczór okolica stawała się błotnistą, lasy nikły, ustępując miejsce pojedynczym drzewom; na brzegach rzeki ukazywały się plantacje tytoniu i różne rośliny pastewne. Na jednej z wysp podróżni ujrzeli miasto Dschenna, prowadzące znaczny handel.
— Gdyby nie zwłoka w podróży — rzekł doktór, można by w tem mieście wysiąść, przebywa tu niewątpliwie nie jeden arab, który był we Francji lub Anglji i, któremu nasz sposób podróżowania nie byłby obcy.
— Odłóżmy tę wizytę do czasu przyszłej wyprawy, śmiejąc się, zauważył Joe.
— Jeżeli się nie mylę, moi przyjaciele, wiatr zaczyna dąć ze wschodu, ze sposobności tej powinniśmy korzystać.
Doktór wyrzucił parę niepotrzebnych przedmiotów i udało mu się utrzymać „Victorję“ w prądzie dlań pomyślnym.
O godzinie 4-ej z rana pierwsze promienie słońca oświetliły Sego, stolicę Bambarra, miasto odznaczające się tem, że składa się z czterech oddzielnych miast. Podróżni mogli tylko w przelocie widzieć meczety i ruchliwą ludność, dążącą z jednego miasta do drugiego.
Wiatr południowo — wschodni gnał ich za szybko, aby mogli bliżej przypatrzeć się tej stolicy, nie widzieli więc i nie byli widziani.
— Jeśli przez dwa dni następne tak szybko będziemy się posuwali, dotrzemy do Senegalu.
— Wówczas znajdziemy się w krajach zaprzyjaźnionych? — zapytał Kennedy.
— Jeszcze nie zupełnie, ach, gdyby „Victorja“ mogła jeszcze przebyć parę set mil, przybylibyśmy bez zmęczenia aż do wybrzeża zachodniego.
— I wówczas podróż nasza będzie skończoną — rzekł Joe. Gdyby nie chodziło o przyjemność opowiadania szczegółów z naszej podróży, nie wysiadałbym nigdy na ląd. Jak pan sądzisz, panie doktorze, czy nam uwierzą?
— Kto wie, kochany Joe, zaprzeczyć wszakże jednemu faktowi nikt nie będzie mógł, bo przecież mieliśmy tysiące świadków, że wyruszyliśmy z tamtej, a powracamy z tej strony Afryki.