Pięć tygodni na balonie/Rozdział XXXVI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pięć tygodni na balonie |
| Wydawca | Księgarnia Juliana Guranowskiego |
| Data wyd. | 1896 |
| Druk | E. Lubowski i S-ka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Anonimowy |
| Tytuł orygin. | Cinq semaines en ballon |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W nocy wiatr się uspokoił i „Victorja“ zarzuciła kotwicę na wielkim sykomorze. Doktór i Kennedy na przemian czuwali, Joe zaś przespał 24 godzin z rzędu.
— Najlepsze to dla niego lekarstwo — rzekł Fergusson, natura sama przywróci mu siły.
Nazajutrz znów dął silny wiatr, zmieniał on często kierunek, gnał „Victorję“ na południe, później unosił na północ, wreszcie pognał w kierunku zachodnim. Doktór stwierdził królestwo Damerghu. Wkrótce ujrzano miasto Zinder, słynne swem placem kaźni; w środku tego placu wystawione jest „drzewo śmierci“, kat znajduję się pod nim i wiesza każdego, kto się w cieniu usadowi.
Kennedy spojrzał na kompas i zauważył, że znów kierują się na północ.
— Nic nie szkodzi, gdybyśmy tak do Timbuktu zajechali.
— Ale w lepszem zdrowiu — dodał Joe, ukazując swą dobroduszną twarz z po za zasłony namiotu.
— Otóż jest i nasz przyjaciel Joe, nasz zbawca! — zawołał Kennedy, jakże się czujesz?
— Zupełnie dobrze. Nic tak nie oczyszcza człowieka, jak kąpiel w jeziorze Tschad, a później mała podróż dla przyjemności. Czy pan nie jesteś tego samego zdania?
— Dobry z ciebie chłopak, — odparł Fergusson, ściskając dłoń jego, jakieśmy się obawiali i niepokoili o ciebie!
— A ja, o panów, ale czy mi panowie uwierzycie, że o losy wasze byłem zupełnie spokojny.
— Nigdy się nieporozumiemy, jeżeli będziesz patrzał z tego punktu widzenia na rzeczy.
Twoje szlachetne poświęcenie ocaliło nas, mój chłopcze, gdyż inaczej „Victorja“ wpadła by do jeziora, z którego nikt nie zdołałby jej wyciągnąć.
— Jeśli pan czyn mój nazywasz poświęceniem, panie doktorze, to on mnie także ocalił, ponieważ jesteśmy teraz wszyscy trzej znowu razem. Nie mamy więc sobie wzajemnie nic do zawdzięczenia.
— Nie można dojść do ładu z tym chłopcem — rzekł strzelec.
— Najlepszym środkiem porozumienia będzie, gdy więcej o tej sprawie nie będziemy wspominali.
— Uparciuch z ciebie — rzekł wesoło doktór. Mógłbyś przynajmniej opowiedzieć nam swoje przygody.
— Jeżeli to pana zaciekawia, to i owszem, ale przedtem, zjadłbym coś, gdyż jestem bardzo głodny i widzę, że pan Dick o zapasach nie zapomniał. Po spożyciu wędzonej gęsi i wypiciu herbaty, oraz grogu, Joe zaczął opowiadać znane już czytelnikom przygody, którym doktór i Kennedy przysłuchiwali się z wielkiemi zajęciem.
Podczas tego opowiadania, przebył balon znaczną przestrzeń, Kennedy wskazywał na grupę domów, które robiły wrażenie miasta. Doktór, zajrzawszy do karty, oznajmił, że to targowisko Tagelel, w Damerghu.
— Posuwamy się więc teraz prosto na północ? — pytał strzelec, śledząc na karcie kierunek „Victorji“.
— Tak.
— Czy cię to niepokoi?
— Dla czego tak przypuszczasz?
— Ponieważ droga ta prowadzi przez Tripolis i przez wielką pustynię.
— Tak daleko nie zajedziemy, kochany Dicku.
— Gdzie zamierzasz się zatrzymać?
— Może w Timbuktu.
— W istocie, wmięszał się do rozmowy Joe, kto był w Afryce, powinien także widzieć Timbuktu.
— Będziesz piątym lub szóstym europejczykiem, który zobaczy to tajemnicze miasto. Gdy przybędziemy do miejscowości, położonej między 17° i 18° szerokości, poszukamy korzystnego prądu, który nas zagna na zachód.
— Czy długo jeszcze będziemy podróżowali w kierunku północnym?
— Przynajmniej 150 mil.
— W takim razie położę się spać.
— Przyjemnych marzeń, panie Kennedy, odpocznij pan również, panie doktorze, na mnie teraz kolej czuwania.
Strzelec ułożył się w namiocie, a doktór pozostał na straży, twierdząc, że nie jest znużony.
Po upływie 3-ch godzin „Victorja“ z nadzwyczajną szybkością przekroczyła kamienisty teren, wznosiły się tu góry, parę tysięcy stóp wysokie. Żyrafy, antylopy i strusie przelatywały w przepysznych lasach akacji, mimozy i palm; po nieznośnej pustyni, następowała w całej pełni prześliczna roślinność kraju Kailuasów.
O godzinie 10-ej wieczorem „Victorja“, po przebyciu 250 mil, zatrzymała się po nad znacznem miastem, było to Aghades, niegdyś wielki centr handlowy.
„Victorja“ nie była zauważoną, zarzuciła kotwicę w polu, o 2 mile od miasta.