Pięć tygodni na balonie/Rozdział XXXIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pięć tygodni na balonie |
| Wydawca | Księgarnia Juliana Guranowskiego |
| Data wyd. | 1896 |
| Druk | E. Lubowski i S-ka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Anonimowy |
| Tytuł orygin. | Cinq semaines en ballon |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
O godzinie 8-ej rano dął wiatr z taką siłą, że „Victorja“ z trudem mogła się na ziemi utrzymać.
— Musimy się ztąd oddalić — rzekł doktór, nie możemy tu dłużej pozostać.
— A Joe?
— Nie opuszczę go, stanowczo, nie opuszczę, chociażby miał mnie orkan zagnać o sto mil ztąd, powrócę. Ale, gdy pozostaniemy tu, wszyscy się narazimy.
— Bez niego udać się w dalszą podróż! — zawołał żałośnie szkot.
— Mój drogi, dla mnie to jest nie mniej bolesne, ale musimy się poddać konieczności.
Odjazd jednakże był połączony w wielką trudnością. Głęboko zapuszczoną kotwicę, pomimo usiłowań, nie można było odczepić i Fergusson był zmuszony przeciąć linę. „Victorja“ wzniosła się od razu na 300 stóp i skierowała się bezpośrednio na północ.
Doktór nie mógł temu przeszkodzić i, założywszy ręce, pogrążył się w ponurem rozmyślaniu.
Po upływie paru minut, przemówił do Kennedy’ego w te słowy:
— Może źle zrobiliśmy, żeśmy się w taką podróż puścili?..
— Przed paru dniami uważaliśmy się za szczęśliwych, żeśmy uniknęli wielkiego niebezpieczeństwa — odpowiedział strzelec. Biedny Joe, prawa natura, dobre serce! jeżeli na chwilę dał się oślepić bogactwami, to jednak dobrowolnie poświęcił swe skarby. Teraz jest daleko od nas i wiatr unosi nas coraz dalej, ale my znów powrócimy, nieprawdaż?
— Tak, Dicku, nawet gdyby nam przyszło iść pieszo do jeziora Tschad i zetknąć się z sułtanem Bornu.
— Będę ci towarzyszył wszędzie! — zapewniał z siłą strzelec. Możesz na mnie liczyć! Joe poświęcił się dla nas, my poświęcimy się dla niego!
Postanowienie to dodało otuchy dwom przyjaciołom, czuli się silniejszymi, dzięki wspólnej myśli.
Fergusson starał się znaleść prąd przeciwny, któryby mógł go zbliżyć znowu do jeziora, ale było to teraz niemożliwem ze względu na orkan, szalejący przeraźliwie.
„Victorja“ przeleciała kraj Tibbusów, przecięła Belad - el - Dscherid i przybyła do morza piaszczystego; ostatni pas roślinności znikał w oddali.
Balon sunął jak gwiazda ruchoma i w ciągu 3-ch godzin przebył 60 mil.
— Nie możemy się zatrzymać! nie możemy się spuścić! — wołał doktór. Żadnego wzniesienia, ani jednego drzewa! Czyż, przebywszy pustynię, niebiosa sprzysięgły się przeciwko nam?
Tak mówił doktór w rozpaczy, nie mogąc powstrzymać pomimo wszelkich wysiłków biegu balonu. Orkan szalał straszliwie, Kennedy z rozwianym włosem spoglądał nieruchomie, milcząc, a doktór, zdawało się, iż w tem grożącem niebezpieczeństwie, odzyskiwał spokój i odwagę. Twarz jego była spokojna, nawet wówczas gdy „Victorja”, nakręciwszy się, nagle zawisła. Wiatr północny przeważył teraz i gnał obecnie balon w przeciwnym kierunku, ale z równie wielką szybkością.
— Dokąd dążymy? — pytał Dick zaniepokojony.
— Niechaj Opatrzność nami kieruje, kochany Dicku, nie należało nawet na chwilę w nią wątpić. Ona wie lepiej, co dla nas zbawienne i prowadzi obecnie do miejsc, których nie spodziewaliśmy się ujrzeć.
Do niedawna roztaczające się niziny zaczęły ustępować miejsce małym pagórkom; wiatr dął jeszcze wciąż gwałtownie, i „Victorja“ sunęła w przestworzu, nadzwyczaj szybko.
Droga, którą obecnie przebywali podróżni była inną, zamiast brzegu Tschadu, widziano wciąż pustynię. Kennedy zwrócił uwagę przyjaciela na tę okoliczność.
— To nic — uspokajał go doktór, najważniejszą jest dla nas rzeczą przybyć znowu na południe, prawdopodobnie ujrzymy miasto Wuddie, lub Kuka, i nie omieszkamy tam się zatrzymać.
— Zgadzam się z tem — odparł strzelec. Niechaj nas tylko Pan Bóg strzeże od tego, abyśmy nie byli zmuszeni przejeżdżać pustyni. Zdaje mi się, że wiatr słabnie, kurz, unoszący się nad piaskiem mniej gęsty i horyzont rozjaśnia się.
— Tem lepiej, trzeba uważnie śledzić przez lunetę, żaden punkt nie powinien ujść naszej uwagi.
— Ja się tem zajmę, Samuelu, jak tylko się ukaże pierwsze drzewo, nieomieszkam ci zaraz o tem powiedzieć.
I Kennedy siadł z lunetą w ręku na krawędzi łodzi.