Pięć tygodni na balonie/Rozdział XXXII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pięć tygodni na balonie |
| Wydawca | Księgarnia Juliana Guranowskiego |
| Data wyd. | 1896 |
| Druk | E. Lubowski i S-ka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Anonimowy |
| Tytuł orygin. | Cinq semaines en ballon |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Z samego rana zbadali podróżni część wybrzeża, na którern wczoraj zarzucili kotwicę.
Przyjaciele nie mieli odwagi wspominać o nieszczęśliwym towarzyszu.
Nareszcie przemówił Kennedy.
— Joe może nie zginął, jest on bardzo zręczny i znakomicie pływa. Ujrzymy go znowu, ale tego nie wiem, gdzie mianowicie. Uczynimy wszystko, aby mu dać możność zbliżenia się do nas.
— Niechaj Bóg wysłucha twych słów Dicku! — rzekł doktór wzruszony, zrobimy wszystko, aby odnaleść naszego przyjaciela. Przedewszystkiem usuńmy z „Victorji“ na nic już nie przydatną zewnętrzną powłokę. Uwolnimy się od znacznego ciężaru, 650 funtów, a to się opłaci.
Dwaj towarzysze wzięli się do roboty, połączonej z wielkiemi trudnościami; musiano bardzo mocną materję jedwabną zrywać po kawałku. Praca ta trwała 4 godziny, balon wewnętrzny nie został uszkodzony.
„Victorja“ po zdjęciu powłoki znacznie się zmniejszyła, co wywołało wielkie zdziwienie ze strony Kennedy’ego.
— Nie obawiaj się Dicku, potrafię przywrócić równowagę i, gdy nasz biedny Joe powróci, będzie mógł z nami znowu podróżować.
— Jeśli mnie pamięć nie myli, to w chwili upadku znajdowaliśmy się niedaleko od jakiejś wyspy.
— Tak i mnie się zdaje, ale wyspa ta, jak i wszystkie inne Tschadu, niewątpliwie jest zamieszkana przez rozbójników morskich. Dzicy ci byli świadkami naszej katastrofy. Co się stanie z Joem, gdy wpadnie w ich ręce, a może przesądy plemienia go ocalą?
— Joe będzie się umiał zręcznie wywinąć, ufam w jego spryt i przytomność umysłu.
— Ja także! Teraz Dicku możesz polować w okolicy, nie oddalając się zbytnio, trzeba koniecznie zgromadzić zapasy żywności.
— Dobrze, pójdę i nie długo powrócę.
Liczne strzały, dolatujące niebawem do uszu doktora, stwierdzały, że polowanie będzie uwieńczone pomyślnym rezultatem.
Doktór zajął się teraz sprawdzeniem przedmiotów znajdujących się w łodzi i przywróceniem równowagi drugiego balonu, na czem zeszedł mu dzień cały. Kennedy’emu polowanie się powiodło, przyniósł moc gęsi, dzikich kaczek, bekasów i t. p. i wziął się zaraz do wędzenia dziczy.
Nastał wieczór. Po spożyciu wieczerzy, złożonej z pemikanu i sucharów oraz wypiciu herbaty, ułożyli się na przemian do snu. Podczas czuwania każdemu się zdawało, że słyszy głos Joe’go.
O świcie doktór obudził Kenned’ego.
— Długo rozmyślałem nad tem, co mamy czynić, aby odszukać naszego towarzysza.
— Zgadzam się na wszystko, coś postanowił, powiedz więc...
— Przedewszystkiem powinien Joe otrzymać wiadomość od nas.
— To się rozumie, mógłby pomyśleć, żeśmy go opuścili...
— To niemożliwe, zna nas zbyt dobrze, aby podobne myśli mogły mu przyjść do głowy, pomimo to, powinien się dowiedzieć, gdzie jesteśmy.
— Ale jakim sposobem?
— Zajmiemy znowu miejsca w łodzi i wzniesiemy się w powietrze.
— A gdy nas wiatr uniesie?
— Tego nie będzie. Wiatr posunie nas w kierunku jeziora, a okoliczność ta jest bardzo pomyślną. Przez cały dzień będziemy się wznosili nad tą olbrzymią powierzchnią wód. Joe może nas tam najłatwiej zauważyć, gdyż oczy jego będą wciąż ku górze zwrócone, a może mu się uda nas zawiadomić o miejscu swego pobytu.
— Jeżeli jest sam i wolny, nieomieszka tego uczynić.
— A nawet, gdy jest uwięziony — dodał doktór, ujrzy nas zaraz i domyśli się celu naszych poszukiwań. Tuziemcy nie mają zwyczaju zamykać swych więźniów.
O 7-ej godzinie rano odczepiono kotwicę, „Victorja“ wzniosła się w powietrze na 200 stóp i niebawem zagnaną została po nad jezioro, nad którem przebiegała z szybkością 20 mil na godzinę.
Doktór wznosił się i spuszczał z wysokości 500 do 200 stóp. Kennedy często strzelał. Przybywszy po nad wyspy, przyjaciele spuszczali balon i dokładne robili poszukiwania.
— Wszystko daremne! — rzekł z rozpaczą po upływie dwóch godzin Kennedy.
— Bądź cierpliwy, Dicku, nie powinniśmy tracić nadziei. Jesteśmy bardzo blisko od miejsca wypadku. Do godziny 11-ej „Victorja“ przebyła około 90 mil, wpadła tylko w inny prąd, który gnał ją na wschód. Balon unosił się teraz nad wielką i gęsto zaludnioną wyspą, którą doktór poznał jako wyspę Farram, ze stolicą Biddiomahów. Lecz i tu nie natrafiono na żaden ślad Joe’go.
Około godziny 3-ej ujrzano wioskę Tangalia, położoną na wschodnim brzegu Tschadu, był to krańcowy punkt, do którego doszedł podróżnik Denham. Doktór zaczął się niepokoić zmianą kierunku wiatru, który go mógł zagnać w nieprzejrzyste puszcze środkowej Afryki.
— Musimy się teraz zatrzymać, a nawet wylądować; zwłaszcza w interesie Joe’go jest to konieczne, ażeby powrócić przez jezioro, należy tylko znaleść przeciwny prąd wiatru.
Przez godzinę całą, szukał doktór w rozmaitych strefach i, nakoniec na wysokości 1,000 stóp, natrafił na silny wiatr, który gnał balon na północo-zachód.
Przekonano się teraz, że Joe nie znajdował się na wyspach jeziora, gdyż znalazłby środek stwierdzenia swej bytności.
— Może go na ląd uprowadzono, myślał doktór, spoglądając na północny brzeg Tschadu.
Około godziny 5-ej wieczorem Fergusson oznajmił miasto Lari. Silny wiatr gnał dalej balon, aniżeli pragnął tego doktór, ale teraz znów nastąpiła zmiana prądu i „Victorja“ uniesioną została ściśle do tego samego punktu, gdzie wczoraj nocowano.
Z nadejściem nocy wiatr się uspokoił i dwaj przyjaciele czuwali w rozpaczliwem usposobieniu.