Pięć tygodni na balonie/Rozdział XXX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pięć tygodni na balonie |
| Wydawca | Księgarnia Juliana Guranowskiego |
| Data wyd. | 1896 |
| Druk | E. Lubowski i S-ka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Anonimowy |
| Tytuł orygin. | Cinq semaines en ballon |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
O godzinie 8-ej z rana zauważył Joe, trzymający straż, jak znikało pod nimi miasto i, że „Victorja“ podjęła swą podróż. Doktór i Kennedy przebudzili się.
Fergusson spojrzał zaraz na kompas i stwierdził z zadowoleniem, że wiatr unosił balon w kierunku północnym i północno-wschodnim.
— Mamy dziś szczęście, wszystko nam sprzyja, być może, iż jeszcze odkryjemy jezioro Tschad.
— Czy jest ono bardzo długie? — pytał Kennedy.
— Ciągnie się na przestrzeni 120 mil.
— Będzie to zajmujące wznosić się po nad tym dywanem wodnym, urozmaici to nie mało naszą podróż.
— Zdaje mi się, że nie powinniśmy narzekać na brak urozmaiceń.
— W samej rzeczy, wyjąwszy braku wody w pustyni, nie groziło nam dotąd żadne poważne niebezpieczeństwo. Nasza odważna „Victorja“ wybornie się zachowuje. Dziś mamy 12 Maja, a 18 Kwietnia wyruszyliśmy, jesteśmy zatem w drodze 25 dni. Jeszcze około 10 dni, a osiągniemy celu.
— Dokąd przybędziemy?
— Nie wiem i mało mi na tem zależy.
— Masz słuszność, pozostawmy Opatrzności starania, dotyczące kierowania balonem i opiekę nad nami.
Podróżni posuwali się prostą drogą biegiem Shari; cudowne brzegi tej rzeki nikły w cieniu rozmaitych drzew; mknęli przez bogaty, w bujną roślinność okręg Maffatay, i dosięgli nareszcie południowego brzegu jeziora Tschad.
To było zatem morze Kaspijskie Afryki, o którego istnieniu tak długo wątpiono, to międzymorze, dokąd dotarły tylko wyprawy Denhama i Bartha.
Doktór starał się zbadać obecne ukształtowanie jeziora, które różniło się od zaobserwowanego w roku 1847, ale wyrysować kartę jeziora Tschad jest niemożliwem, ze względu na grzęskie, nieprzebyte błota. Od roku do roku zamieniają się te trzęsawiska w wodę i powiększają w ten sposób jezioro. Położone nad brzegami miasta na wpół zostają zatopione, jak to miało miejsce w 1856 roku z Ngornu; teraz na tem samem miejscu igrają konie rzeczne i aligatory, gdzie niegdyś były mieszkania tuziemców.
Doktór chciał zbadać zawartość wody, którą uważano przez długie lata za słoną, a ponieważ bez obawy dla łodzi można się było zbliżyć do powierzchni wody, opuścili się więc nasi podróżni.
Joe zapuścił flaszkę i wyciągnął na wpół napełnioną wodą, która okazała się niezdatną do picia.
Podczas gdy Fergusson rezultat badania notował, w pobliżu rozległ się wystrzał. Kennedy nie mógł się powstrzymać, by nie puścić kuli na rzecznego konia, który oddychał jednakże spokojnie i znikł tylko przestraszony hukiem wystrzału.
— Z harponem łatwiej by go można pochwycić — zauważył Joe.
— Jak to?
— No, jedną z naszych kotwic.
— W istocie — zawołał Kennedy, Joe ma znów szczęśliwą myśl...
— Której, proszę w czyn nie wprowadzać — dodał doktór, zwierzę pociągnęło by nas tam, dokąd nikt by z nas nie chciał się dostać.
— Zwłaszcza teraz, kiedy zbadaliśmy zawartość wody w jeziorze. Czy można jeść tę rybę? — panie doktorze.
— Co ty nazywasz rybą, jest zwierzęciem ssącem, mięso jego jest bardzo smaczne; służy ono przedmiotem handlu wśród ludów zamieszkałych nad brzegami jeziora.
— Żałuję zatem, że strzał pana Kennedy’ego chybił.
— Chcąc powalić rzecznego konia, trzeba trafić go albo w brzuch albo w nogę, kula nie naruszyła go nawet. Jeśli tylko grunt okaże się korzystnym, będziemy mogli się zatrzymać na północnym brzegu jeziora, tam, Dicku, ujrzysz całą menażerję i będziesz mógł dowoli strzelać.
— Chciałbym spróbować mięsa tego konia rzecznego, przecież to wstyd dotrzeć do środkowego punktu Afryki i jeść tylko bekasy i kuropatwy jak w Londynie.