Przejdź do zawartości

Pięć tygodni na balonie/Rozdział XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Pięć tygodni na balonie
Wydawca Księgarnia Juliana Guranowskiego
Data wyd. 1896
Druk E. Lubowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Cinq semaines en ballon
Źródło Skany na Commons
Inne
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXVIII.

Podróżni od chwili wyruszenia jechali z wielką szybkością, pragnęli oni stracić z oczu tę pustynię, która tyle złego im wyrządziła.
Niebawem zauważono bujną roślinność i trawy, które podróżnym tak samo, jak Kolumbowi zwiastowały bliskość lądu.
Fergusson powitał radośnie te nowe okolice, i jak majtek na statku mógł zawołać ląd! ląd! Po upływie godziny roztoczył się przed jego oczyma kontynent, który dotąd robił dzikie wrażenie.
— Jesteśmy zatem teraz w krajach cywilizowanych? — pytał strzelec.
— Cywilizowanych? — co pan mówisz, przecież mieszkańców jeszcze nie widać.
— Dzięki szybkości, z jaką podróżujemy, nie długo i mieszkańców ujrzymy — odpowiedział doktór.
— Czy jesteśmy jeszcze wciąż w kraju negrów, panie Samuelu?
— Tak, a potem przybędziemy do arabów.
— Do arabów, do prawdziwych arabów z wielbłądami?
— Bez wielbłądów; zwierzęta te są tu prawie nie znane, napotyka się je dopiero parę stopni dalej na północ.
— To mi się niepodoba!
— Dla czego?
— Ponieważ przy niekorzystnym wietrze przydałyby się nam. Przychodzi mi właśnie myśl, panie doktorze, że możnaby je zaprządz do łodzi i dać się ciągnąć.
— Myśl tę powziął już kto inny przed tobą, kochany Joe, i została w czyn wprowadzoną przez utalentowanego francuskiego pisarza[1], wprawdzie tylko w jednym z jego romansów...
Widzisz zatem, że projekt twój należy do sfery fantazji i niema nic wspólnego z naszym środkiem lokomocyi.
Joe, który czuł się nieco dotkniętym, że myśl jego znalazła już zastosowanie, począł znów przyglądać się okolicy.
Jeziora średniej wielkości rozciągały się pod nimi, a zamykały je amfiteatralnie wzniesione pagórki, ciągnęły się tu liczne urodzajne doliny z rozmaitemi drzewami; palmy oliwne, z liśćmi długiemi na 15 stóp, bombyxy, pendanusy i t. d.
Boababy i orzechy sudańskie uzupełniały bujną roślinność.
— Cudowny to kraj — rzekł doktór.
— Już widać zwierzęta, a ludzie są także niedaleko! — zawołał Joe.
— Ach! — odezwał się Kennedy, gdyby tak można było urządzić małe polowanie.
— Nie możemy się zatrzymać przy tak silnym prądzie, uzbrój się trochę w cierpliwość, a będziesz wynagrodzony sowicie.
W istocie był powód, mogący strzelca wzruszyć. Dickowi serce uderzało przyspieszonem biciem i ręka mimowoli chwytała za broń.
Fauna tego kraju nie ustępowała florze. Dziki wół tarzał się w tak gęstej trawie, że nikł w niej, szare, czarne i żółtawe słonie biegły przez lasy, robiąc spustoszenia po drodze. Widać było także krowy i konie rzeczne; słowem, cała menażerja rzadkich zwierząt wśród cudownej oranżerji. Po tej pięknej roślinności poznał doktór dumne królestwo Adamova.
— Obecnie wkraczamy do miejsc zwiedzonych przez nowych odkrywców, oznajmił doktór swym towarzyszom, szczęśliwe to zrządzenie losów. Będziemy mogli połączyć podróże odkrywcze kapitanów Burtona i Speke z podróżą Bartha i niebawem dojdziemy do krańca, do którego dotarł ten odważny podróżnik.
— Zdaje mi się — zauważył Kennedy, iż drogi te są w znacznej odległości jedna od drugiej.
— Możemy to łatwo sprawdzić, weź kartę do ręki i przekonaj się, jaki stopień długości posiada południowy kraniec jeziora Ukerewe, do którego dotarł Speke.
— Miejscowość ta jest położoną pod 37°.
— A miasto Jola, które wieczorem ujrzymy, punkt do którego przybył Barth?
— Pod 12° długości.
— Różnica zatem 25 stopni, każdy po 6 mil, czyli 150 mil.
— Ładny spacer dla ludzi, wędrujących pieszo.
— Pomimo to odbywają go. Jeszcze przed ukończeniem tego stulecia będą te niezmierzone okolice zbadane. Ale... spojrzawszy na kompas, dodał Fergusson, żałuję że wiatr gna nas na zachód, wolałbym, aby nas zwrócił więcej na północ.
Po 12-to godzinnej podróży, znalazła się „Victorja“ w granicach Nigricji. Olbrzymie wierzchołki gór Atlantika, wznosiły się ku horyzontowi. Wysokość tych gór wynosiła około 1,800 sążni. Zachodni skłon Atlantika reguluje odpływ wszystkich wód w tej części Afryki do oceanu, są to góry księżycowe tej okolicy. Niebawem oczom podróżnych ukazała się prawdziwa rzeka, a była nią Benue, wielki dopływ Nigru, nazwany przez tuziemców „Źródłem wód“.
— Rzeka ta — mówił doktór, będzie kiedyś naturalnym środkiem kommunikacyjnym z wnętrzem Nigrycji. Pod dowództwem jednego z naszych odważnych kapitanów, parowiec „Plejada” przepłynął rzekę tę do miasta Jola. Widzicie zatem, że znajdujemy się w znanym kraju.
Liczni niewolnicy zajmowali się robotą w polu, plantując sorgo. Ogromne zdziwienie powstało wśród tych ludzi, gdy „Victorja“ leciała nad nimi jak meteor. Wieczorem balon zatrzymał się w odległości 40 mil od Jola, w pobliżu wznosiły się spiczaste szczyty gór Mendif.
Doktór polecił zarzucić kotwicę i przymocować ją do wysokiego drzewa, ale ostry wiatr trząsł „Victorją“ do tego stopnia, że były chwile, iż układała się na bok, a łódź znajdowała się w niebezpieczeństwie. Fergusson nocy tej nie zmrużył oka; nieraz miał ochotę przeciąć linę i uciec, na szczęście wichura ustala i balon nie ulegał więcej wstrząśnieniom.
Nazajutrz wiatr był umiarkowany, ale odsunął podróżnych od miasta Jola, któremu Fergusson chciał się przyjrzeć, nie było jednak na to rady i balon był zmuszony żaglować na północ, a nawet nieco na wschód.
Kennedy zaproponował zatrzymać się w tym kraju dla polowania; Joe twierdził, że kuchnia jego wymaga zaprowiantowania w świeże mięso, ale dzikie obyczaje okolicy, wrogie stanowisko ludności i kilka strzałów skierowanych ku „Victorji“, skłoniły doktora do puszczenia się w dalszą drogę.
Unoszono się nad krajem, który jest widownią pożarów i mordów, w którym krwawe walki pomiędzy sułtanami nigdy nie ustają.
Liczne, zamieszkane przez negrów wsie, znajdowały się wśród wielkich łąk, których gęste trawy usiane były fioletowemi kwiatami.
Pomimo wszelkich usiłowań, doktór pożeglował w kierunku północo-wschodu, wprost na górę Mendif; wysokie szczyty tych gór dzielą basen Nigru od łożyska jeziora Tschad. Wkrótce ukazała się Bagele ze swoimi 18 wsiami. O 3-ej godzinie „Victorja“ znajdowała się naprzeciwko góry Mendif, musiano wznieść się po nad nią na wysokość 8,000 stóp. Zimno było tak przejmujące, że podróżni musieli okryć się kołdrami.
O godzinie 5-ej „Victorja“ znalazła się po nad równiną, zarzucono kotwicę i łódź zbliżyła się do ziemi. Kennedy niebawem wyszedł, wziąwszy strzelbę do ręki. Wkrótce powrócił niosąc tuzin dzikich kaczek i bekasów, z których Joe przygotował wieczerzę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy‎.
  1. M. Mery.