Przejdź do zawartości

Pięć tygodni na balonie/Rozdział XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Pięć tygodni na balonie
Wydawca Księgarnia Juliana Guranowskiego
Data wyd. 1896
Druk E. Lubowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Cinq semaines en ballon
Źródło Skany na Commons
Inne
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXVI.

O świcie Fergusson spojrzał na barometr, nie uległ żadnej zmianie.
Nic, mówił do siebie, nic. Wyszedł z łodzi i rozglądał się: wciąż ten sam upał, ta sama jasność. Niebiosa są nieubłagane.
Joe milczał, pogrążył się w myślach, rozważając ciągle swój plan wędrówki.
Kennedy, powstawszy ze swego łoża, czuł się bardzo chorym, nerwy jego były wstrząśnięte i doznawał strasznych mąk pragnienia.
Wprawdzie było jeszcze parę kropel wody, a choć wszyscy o tem wiedzieli i każdy pragnął je wypić, jednakże nikt nie miał odwagi tego uczynić. Trzej towarzysze spoglądali na siebie z ukosa, z uczuciem zwierzęcej pożądliwości, która zwłaszcza występowała u Kennedyego; silny jego organizm cierpiał najwięcej skutkiem braku wody. Przez cały dzień leżał, mówiąc z gorączki, chodził tu i tam, gryzł swe ciało i chciał otworzyć żyły, aby pić krew.
— O ty kraju pragnienia! — wykrzyknął, powinieneś się nazywać krajem „rozpaczy!” poczem popadł w odrętwienie.
Około wieczora i Joe’go napadł atak obłędu.
Nieskończona przestrzeń piasku wydawała mu się jako olbrzymi staw z jasną, przezroczystą wodą. Nieraz rzucał się na rozgrzaną ziemię, ażeby się napić, i wstawał z ustami pełnemi piasku.
— Przekleństwo! — wołał gniewnie, toć to słona woda! W chwili, gdy Fergusson i Kennedy leżeli nieruchomie, opanowała go myśl wypicia pozostałych paru kropel wody. Nie mógł pozbyć się tej myśli i zbliżał się, czołgając na kolanach do łodzi. Ujrzał flaszkę, w której znajdował się cenny płyn, chwycił ją i poniósł do ust.
W tem usłyszał nagle przerażający głos: pić, pić! Był to Kennedy, który do niego się przyczołgał i, klęcząc, z płaczem błagał o wodę. Joe płakał również, oddal nieszczęśliwemu flaszkę z ostatniemi kroplami wody.
— Dziękuję — wyszeptał Kennedy, ale Joe nie słyszał go i padł wraz z nim na piasek.
Nareszcie przeszła ta straszna noc, a gdy zajaśniał ranek, nieszczęśliwi czuli, jak usychały ich członki pod palącymi promieniami.
Joe usiłował się podnieść, lecz było to niemożliwem, nie mógł też wykonać swego planu.
Gdy spojrzał w górę ujrzał Fergussona ze skrzyżowanemi na piersiach rękoma, spoglądającego wzrokiem szaleńca w jeden punkt. Kennedy znajdował się w stanie budzącym trwogę, poruszał głową w rozmaite strony, jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce.
Nagle ujrzał swą strzelbę, leżącą w łodzi.
— O! zawołał z nadludzką siłą, podnosząc się. Pochwycił broń i skierował ją w usta.
— Panie! panie! — zawołał Joe i rzucił się na strzelca, aby przeszkodzić samobójstwu.
— Puść mnie, puść! — wołał szkot.
Idź precz, bo cię zastrzelę! Ale Joe przyczepił się do niego i tak tarzali się przez minutę. W tem padł strzał. Fergusson podskoczył w górę jak widmo i zaczął się rozglądać. W jednej chwili wzrok jego się ożywił, ręką wskazał horyzont i zawołał głosem prawie nadludzkim:
— Tam, tam, tam, na dole!
W ruchach jego tyle było stanowczości, że Joe i Kennedy zaprzestali tarzania się i spojrzeli we wskazanym kierunku.
Pustynia została w ruch wprawioną, jak morze podczas burzy. Słońce skryło się po za ciemne chmury, których olbrzymi cień przedłużył się aż do „Victorji“. Nadzieja zajaśniała w oczach Fergussona.
— Samum! — zawołał.
— Samum! — powtórzył Joe, nie wiedząc co słowo to znaczy.
— Tem lepiej! — wołał Kennedy z wściekłością. Tem lepiej, raz umrzemy!
— Tem lepiej, gdyż będziemy żyli — odparł doktór i szybko począł wyrzucać piasek, który przytrzymywał łódź. Towarzysze zrozumieli go nareszcie, przyłączyli się doń i zajęli miejsce obok niego.
— A teraz, Joe — rzekł doktór, wyrzuć 50 funtów twego kruszcu!
Joe wykonał rozkaz, ale uczuł chwilowy żal. Balon podniósł się.
— Był już czas po temu! — wołał Fergusson.
Samum w samej rzeczy zbliżał się z szybkością błyskawicy. Gdyby „Victorja“ nie uciekła przed nim, byłaby w kawałki rozerwaną, zniszczoną.
— Wyrzucić jeszcze więcej balastu! — wołał doktór.
— Oto! — odpowiedział Joe, wyrzucając duży kawał kruszcu.
Balon wznosił się szybko po nad morze wzburzonego piasku, i skutkiem silnego wiatru gnany był z nieobliczoną szybkością.
O godzinie 3-ej burza przeszła, piasek utworzył pewną ilość małych pagórków, a niebiosa powróciły do dawnego spokoju.
„Victorja“, która znowu nieruchomie zawisła, wznosiła się teraz nad oazą z kwitnącemi drzewami, wyłaniającemi się z piaskowego morza, podobnie jak wyspa.
— Woda! tam jest woda! — zawołał doktór z zapałem i jednocześnie wyszedł z łodzi, zbliżając się do oazy, oddalonej o 200 kroków.
W ciągu 4-ch godzin, podróżni przebyli 240 mil.
Przyprowadzeni do równowagi, Kennedy i Joe wyszli na ziemię.
— Nie zapominajcie o waszej broni! — wołał Fergusson, i bądźcie ostrożni!
Dick pochwycił natychmiast swój karabin, a Joe flintę i flaszkę. Szybko udali się do drzew, po za któremi znajdowała się studnia. Nie zwracali uwagi na rozmiękły grunt i świeże ślady wyciśnięte w ziemi.
Nagle rozległ się w oddaleniu 10 kroków głośny ryk.
— Lew! — zawołał Joe.
— W samą porę — dodał rozgoryczony strzelec, gdy chodzi o walkę, czuję się dostatecznie silnym!
— Ostrożnie panie, ostrożnie! zważ, iż od jednego z nas zależy życie wszystkich. Ale Kennedy nie słuchał go. Z pałającym wzrokiem i nabitym karabinem szedł dalej. Pod jedną z palm stał olbrzymi lew i zdawał się oczekiwać napadu, gdyż jak tylko zbliżył się doń strzelec, jednym skokiem rzucił się na niego. Ale nie zdążył go dosięgnąć, gdyż kula uwięzła w sercu; padł nieżywy.
— Hura! hura! — wołał Joe.
Teraz Kennedy pobiegł do studni i począł chciwie pić wodę, Joe naśladował go.
— Nie trzeba pić za wiele — przestrzegał Joe, napełniając flaszkę wodą, ale Dick pił, nie odpowiadając.
— A co się stało z panem Fergussonem? — zapytał Joe.
To jedno słowo przywróciło przytomność Kennedy’emu, wybiegającemu ze studni.
Lecz tu napotkał nową niespodziankę, olbrzymie jakieś ciało zamykało wyjście; Joe, który szedł za strzelcem musiał wraz z nim się zatrzymać.
— Jesteśmy zamknięci!
— To niemożebne! Co to być może?
W tej chwili rozległ się straszny ryk, zwiastujący nowego nieprzyjaciela.
— Drugi lew! — wołał Joe.
— To lwica! Czekaj, ty przeklęta bestjo! czekaj! Strzelec w mgnieniu oka nabił karabin i strzelił, ale zwierzę znikło.
— Naprzód! — zawołał Kennedy.
— Panie Dicku, nie zabiłeś zwierzęcia, inaczej ciało by tu się stoczyło. Jestem przekonany, że bestja znajduje się na zewnątrz, gotując się do skoku, i kto pierwszy z nas się ukaże, będzie zgubiony.
— Lecz co robić? Wyjść przecież musimy, Samuel na nas tam czeka.
— Trzeba nam zwabić zwierzę, weź pan moją flintę, a daj mi karabin.
— Co zamyślasz uczynić?
— Zaraz pan zobaczysz...
Joe zdjął swój płócienny surdut, przymocował do karabinu i ustawił jako przynętę przed wejściem do źródła.
Zwierzę rzuciło się nań natychmiast.
Kennedy u wejścia oczekiwał zjawienia się lwicy i jedną kulą zmiażdżył jej ramię.
Lwica zatoczyła się, porywając z sobą Joego, który uczuwał już na sobie olbrzymie łapy bestji, gdy rozległ się drugi strzał i Fergusson z bronią w ręku ukazał się u wejścia.
Joe podniósł się szybko, przeszedł po ciele lwicy i podał swemu panu flaszkę pełną wody.
Unieść ją do ust i do połowy wychylić, było dziełem jednej chwili, poczem trzej podróżni dziękowali Opatrzności za cudowne ocalenie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy‎.