Przejdź do zawartości

Pięć tygodni na balonie/Rozdział XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Pięć tygodni na balonie
Wydawca Księgarnia Juliana Guranowskiego
Data wyd. 1896
Druk E. Lubowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Cinq semaines en ballon
Źródło Skany na Commons
Inne
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXV.

Victorja ubiegłego dnia przebyła nie więcej nad 10 mil i pomimo to, ażeby się utrzymać w powietrzu, użyto 165 kubicznych stóp gazu.
W sobotę rano dał doktór sygnał do odjazdu. Dmuchawka tlenowodorowa mogła działać tylko 6 godzin jeszcze.
— Jeżeli do tej pory nie znajdziemy źrodła, Bóg jeden wie, co się z nami stanie.
— Mamy dzisiaj wiatr niepomyślny — rzekł Joe, ale wkrótce dodał, widząc zasmucone oblicze Fergussona, może się zmieni.
Próżna nadzieja! W powietrzu panowała grobowa cisza. Upał był nie do zniesienia; termometr wskazywał w cieniu namiotu 118 stopni (45 Cels.).
Joe i Kennedy ułożyli się na posłaniu i szukali, jeżeli nie snu, to przynajmniej zapomnienia rzeczywistości.
Pragnienie dawało się coraz dotkliwiej uczuwać, a pozostało zaledwie dwie kwarty rozgrzanego płynu i każdy połykał wzrokiem te kosztowne krople, nie ważąc się niemi zwilżyć swych warg.
Dwie kwarty wody wśród pustyni!
Muszę zrobić jeszcze jedną próbę, rzekł doktór do siebie, będę szukał prądu powietrznego, któryby nas mógł unieść, chociażbym miał wszystko poświęcić. I podczas gdy jego towarzysze leżeli wpółśnie, Fergusson czynił przygotowania do tej ostatniej próby.
Balon uniósł się, nie znalazł jednak prądu, któryby go posunął dalej, wodę zużyto w zupełności, dmuchawka zgasła skutkiem braku wodoru, baterja Bunsena przestała być czynną i balon opuścił się na to samo miejsce, skąd uniósł się przed chwilą.
Była godzina 12-a, znajdowano się obecnie pod 19°35’ długości i 6°51’ szerokości, czyli około 500 mil od jeziora Tschad i przeszło 400 mil od zachodnich wybrzeży Afryki.
Łódź została napełniona piaskiem wagi podróżnych, i ci wysiedli na ziemię. Każdy z nich pogrążył się w smutnych myślach, zachowując milczenie. Joe przygotował wieczerzę z sucharów i pemikanu, ale nikt nie miał ochoty do jedzenia, parę kropel ciepłej wody uzupełniało tę smutną ucztę.
— Duszę się — skarżył się Joe, upał coraz straszniejszy, niema się jednak czemu dziwić dodał, spoglądając na termometr, wskazujący 140 stopni ciepła (60° Celsjusza).
— Piasek tak rozpalony, jakby był grzany w piecu — zauważył Dick, i nie widać ani jednej chmury na horyzoncie.
— Nie powinniśmy jeszcze rozpaczać, — uspokajał doktór, po takich upałach następują w tych szerokościach burze, zjawiają się one z szybkością błyskawicy.
— Ach, gdybyż to już nastąpiło, wzdychał Kennedy.
— Zdaje mi się — rzekł doktór, że barometr obniży się.
— Daj to Boże! jesteśmy uwięzieni na ziemi jak ptaki, którym obcięto skrzydła.
— Z tą różnicą, że skrzydła nasze są nienaruszone i mam nadzieję zrobić z nich niebawem właściwy użytek.
— O, gdyby się tylko wiatr pojawił — wołał Joe, gdybyśmy mogli dostać się do jakiego stawu lub źródła, niczego nam więcej nie potrzeba. Żywności mamy dosyć na cały miesiąc, chodzi tylko o zaspokojenie pragnienia.
Nie tylko pragnienie, ale bezustanne przyglądanie się pustyni męczyło umysł; ani pagórka, ani kamienia, na którym wzrok mógłby spocząć na chwilę. Wiecznie niezmienny błękit nieba i niezmierzona przestrzeń żółtego piasku działały przygnębiająco. Nieszczęśliwi, którym brak było wody przy takim upale, poczęli uczuwać objawy pomięszania zmysłów. Źrenice ich powiększyły się, a wzrok stawał się ponurym.
Gdy noc nastała postanowił doktór celem przerwania apatji odbyć dłuższą wycieczkę po piaszczystej przestrzeni, nie dla robienia poszukiwań, lecz, aby przejść się.
— Chodźcie, — rzekł do towarzyszy, ruch nam dobrze zrobi!
— To niemożliwe — odparł Kennedy, nie mógłbym kroku zrobić.
— Ja wolę spać — rzekł Joe.
Ponieważ doktór przekonał się, iż nie skłoni towarzyszy, aby z nim poszli, sam puścił się w drogę.
Pierwsze kroki stawiał z trudnością jak rekonwalescent po ciężkiej chorobie, ale niebawem zauważył, że ruch będzie dlań zbawiennym.
Przebył parę mil na zachód i czuł się już bardzo wzmocnionym, gdy nagle doznał zawrotu głowy, zdawało mu się, iż zawisł nad przepaścią. Olbrzymia puszcza przestraszała go, uważał siebie jako punkt matematyczny, środek nieskończonej periferji t. j. niczego. „Victorja“ znikła w cieniu i doktora, tego odważnego podróżnika, ogarnął strach bezgraniczny. Chciał powrócić, ale było to niemożebnem, wołał, nawet echo mu nie odpowiadało; głos jego ginął we wszechświecie, jak kamień w olbrzymiej przepaści.
I tak, sam jeden wśród głębokiej ciszy pustyni, padł na piasek w omdleniu.
O północy otworzył oczy i znalazł się na rękach swego wiernego Joe’go. Ten, zaniepokojony tak długą nieobecnością swego pana, szedł śladem jego kroków, odbitych na miękkim piasku i znalazł go wreszcie, leżącego bez przytomności.
— Co się panu stało? — spytał zaniepokojony.
— Nic, kochany Joe, było to tylko osłabienie.
— Przypuszczam, że nie będzie ono miała złych następstw, proszę, wstań pan, oprzyj się o mnie i wróćmy do „Victorji“.
Fergusson wsparty na ramieniu Joe’go udał się w kierunku balonu.
— Jak to było nierozsądnie ze strony pańskiej, panie doktorze, żeś się narażał na takie niebezpieczeństwo, mógłbyś być ograbiony — dodał, śmiejąc się. Ale, pomówmy teraz poważnie, musimy powziąć jakieś postanowienie; stan obecny nie może trwać dłużej.
Fergusson nic nie odpowiedział.
— Jeden z nas trzech musi się poświęcić dla pozostałych, a tym jednym, będę ja.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Plan mój jest bardzo prosty. Zaopatrzę się w żywność i będę szedł coraz dalej, aż dojdę do jakiejś miejscowości, co przecież kiedyś nastąpić musi. Gdy dojdę do jakiej wsi pokażę kartkę, na której pan napisze parę słów po arabsku. Albo, więc dostarczę wam pomocy, albo też poświęcę moje życie. Co pan myśli o tym planie?
— Projekt nie mądry, ale świadczy o dobroci twego serca, to niemożliwe, ty nas opuścić nie możesz!
— Powinniśmy jednak spróbować, panu i Kennedy’emu na złe by to nie wyszło. Gdyby powiał korzystny wiatr, zanim by przyszła pomoc moja, nie potrzebujecie na mnie czekać, a plan mój może się udać nadspodziewanie.
— Nie, Joe, nie rozłączymy się. — Czekajmy jeszcze cierpliwie!
— Dobrze, panie doktorze, pozostawiam panu dzień jeden do namysłu, ale dłużej nie dam się odwlec od mego zamiaru.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy‎.