Przejdź do zawartości

Pięć tygodni na balonie/Rozdział XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Pięć tygodni na balonie
Wydawca Księgarnia Juliana Guranowskiego
Data wyd. 1896
Druk E. Lubowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Cinq semaines en ballon
Źródło Skany na Commons
Inne
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXIX.

Rano 11-go Maja, „Victorja“ puściła się w dalszą drogę. Jak dotąd podróżnicy wyszli cało z szalejących orkanów, tropikalnych upałów i niebezpiecznych wylądowań. Fergusson mógł już teraz liczyć na wyborny swój statek powietrzny i przestał się niepokoić rezultatem podróży.
Przezorność nakazywała mu w tym kraju barbarzyństwa i fanatyzmu zachowywać wszelkie środki ostrożności i zalecił swoim towarzyszom bacznie zwracać uwagę na wszystko, co się wydarzyć może. Wiatr unosił ich znowu nieco na północ, około godziny 9-ej ujrzeli wielkie, wśród dwóch wysokich gór wzniesione, miasto Mosfeja.
W tej chwili wjeżdżał tryumfalne do miasta szeik z konną eskortą, odzianą w różnokolorowe szaty, trębacze i laufry odsuwali gałęzie, robiąc przejście pochodowi. Doktór spuścił balon, by przyjrzeć się zbliska tuziemcom. Ale ci, ujrzawszy „Victorję“, zaczęli w przestrachu uciekać. Tylko jeden szeik nie ruszył się z miejsca, nabił strzelbę i czekał.
Doktór zbliżył się doń na 150 stóp i przemówił, witając go w języku arabskim. Gdy do uszu szeika doszły te słowa, jakby z nieba pochodzące, padł na ziemię i doktorowi trudno było wyperswadować mu, ażeby powstał.
— Leży w naturze rzeczy — rzekł Fergusson, że ci ludzie uważają nas za nadziemskie istoty.
— Z cywilizacyjnego punktu widzenia — zauważył Dick, byłoby lepiej, gdybyśmy uchodzili za ludzi zwykłych, gdyż negrzy łatwiej by przyswoili sobie pojęcie o potędze europejczyków.
— Masz słuszność, ale cóż na to poradzić. Choćbyś nie wiem jak tłumaczył mechanizm statku powietrznego, słowa twoje będą niezrozumiane i, gdy zobaczą ludzi w balonie, zawsze ich uważać będą za nadziemskie istoty.
Mosfeja dawno już znikła z horyzontu i oczom podróżnych przedstawiła się teraz Mandara ze swoją zadziwiającą roślinnością. Ukazywały się tu bujne lasy akacjowe, rośliny głowiaste, bawełna i pola indigo. Rzeka Shari, wpadająca do Tschadu, rozlewała tutaj swe wody.
Kilka czółen pływało po rzece; „Victorja“, 1,000 stóp oddalona od ziemi, nie zwracała uwagi tuziemców. Wiatr dotąd silny, uśmierzył się.
— Czybyśmy mieli raz jeszcze być narażeni na brak wiatru? — zapytał doktór.
— Nic by to nie szkodziło, panie Fergusson, niebrak nam wody i nie mamy czego obawiać się pustyni.
— Tak, ale za to dzikich plemion.
— Tam, unosi się coś podobnego do miasta, meldował Joe.
— To Kernak. Ostatni powiew wiatru doprowadzi nas tam i będziemy mogli dokonać ścisłego zdjęcia miasta.
— Czy nie możnaby się zbliżyć jeszcze więcej? — pytał Kennedy.
— Nic łatwiejszego nad to. Znajdujemy się prawie po nad miastem, zakręcę kurek dmuchawki i niebawem spuścimy się.
„Victorja“ po upływie pół godziny zawisła na wysokości 200 stóp po nad ziemią. Można teraz było wyraźnie przyjrzeć się stolicy Loggum, było to istotnie miasto z szeregiem domów i dość szerokich ulic. Na jednem z placów odbywał się właśnie targ niewolników.
Na widok „Victorji“, odegrała się często już obserwowana scena; rozległ się krzyk, a potem zapanowało najwyższe zdumienie. Wszyscy zebrani porzucili swe zajęcia i poczęli spoglądać w górę.
Nareszcie ustał hałas, podróżni przyglądali się z zajęciem miastu; balon opuścił się na 60 stóp od ziemi.
W tej chwili z domu swego wyszedł gubernator Loggumu, rozwinięto zieloną chorągiew i muzykanci zatrąbili rodzaj marsza. Tłumy zebrały się około gubernatora, Fergusson chciał przemówić, ale daremnie, słowa jego nikły wśród wrzawy.
Ludność odznaczała się piękną budową ciała, miała wysokie czoła, kręcone włosy i orle nosy. Obecność „Victorji“ wywołała wielkie wrażenie wśród mieszkańców. Niebawem zauważyli podróżni, iż gromadzą się wojska gubernatora, celem zwalczenia wspólnego nieprzyjaciela. Gubernator otoczony swym dworem nagle zalecił milczenie i przemówił do podróżnych w narzeczu arabskim Baghirmi. Z mowy tej doktór nie wiele zrozumiał, z oddzielnych słów jednak pojął, że żądano, aby się oddalili. Żądaniu temu chętnie by Fergusson zadosyćuczynił, ale przeszkadzał temu brak wiatru.
Nieruchomość balonu, zaczęła gniewać gubernatora, a jego dworzanie przeraźliwie krzyczeli, chcąc tem zmusić zjawisko do ucieczki.
Ponieważ krzyk na nic się nie przydał, żołnierze ustawili się w pogotowiu wojennem i chcieli zaatakować balon, w tej jednak chwili powiał wiatr i „Victorja“ spokojnie się uniosła. Gubernator pochwycił strzelbę i skierował ją na balon, ale Kennedy, obserwując jego ruchy, zmiażdżył kulą swego karabinu broń trzymaną przez gubernatora. Podczas tego nieoczekiwanego wypadku, powstała ogólna ucieczka i, miasto przez resztę dnia świeciło pustkami.
Zbliżała się noc, znów nastąpiła cisza w powietrzu i musiano zawisnąć w przestrzeni na wysokości 800 stóp od ziemi. Panował grobowy spokój. Doktór podwoił czujność, gdyż cisza mogła być tylko pozorną, ukrywając jakąś zasadzkę.
Fergusson miał powody być ostrożnym. Około godziny 12-ej zdawało się, iż całe miasto stoi w płomieniach.
— Zadziwiające zjawisko — sądził doktór.
— Boże, opiekuj się nami! — zawołał Kennedy, ogień wznosi się, aby nas dosięgnąć.
W istocie, masa płomieni wśród hałasu, wściekłych objawów gniewu i huku wystrzałów wznosiła się ku „Victorji“.
Doktór niebawem znalazł wytłómaczenie tego zjawiska.
Przyczepiono do skrzydeł gołębi łatwo zapalny materjał i puszczono ptaki w kierunku balonu. Przestraszone gołębie pofrunęły, rzucając w różne strony snopy płomieni. Kennedy strzelał do ptaków, ale na nic się to zdało wobec takiej masy. Ptaki już otaczały łódź i balon...
Doktór wyrzucił z łodzi kawał kruszcu i usunął się jak można najprędzej przed atakiem niebezpiecznych ptaków. Jeszcze przez parę godzin widziano, jak gołębie fruwały w różnych kierunkach, później zmniejszyła się ich liczba i nakoniec zupełnie znikła.
— Teraz, — rzekł doktór, możemy spać spokojnie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy‎.