Pięć tygodni na balonie/Rozdział XXI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pięć tygodni na balonie |
| Wydawca | Księgarnia Juliana Guranowskiego |
| Data wyd. | 1896 |
| Druk | E. Lubowski i S-ka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Anonimowy |
| Tytuł orygin. | Cinq semaines en ballon |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Fergusson kierował światłem w różne strony okolicy, trzymając dłużej w miejscu, zkąd rozległ się okrzyk rozpaczy.
Drzewo, nad którem „Victorja“ zawisła nieruchomie, znajdowało się wśród pól trzciny cukrowej. Widać było około 50 nizkich, okrągłych chat, w których poruszali się w różne strony liczne indywidua. Sto stóp pod balonem był urządzony pal, do którego przywiązany leżał człowiek; był to młody mężczyzna, najwyżej 80 lat liczący, o długiej czarnej brodzie, na wpół odziany, źle wyglądający, okryty ranami, z których krew się sączyła.
Wygolone miejsce okrągłe na jego głowie wskazywało tonsurę.
— To misjonarz, ksiądz! — zawołał Joe.
— Nieszczęśliwy! — powiedział strzelec.
— Ocalimy go, Dicku, ocalimy! — rzekł doktór.
Gdy negrzy zauważyli balon podobny do komety ze świecącym ogonem, powstał wśród nich straszny zamęt. Podczas gdy oni krzyczeli, więzień podniósł głowę, oczy jego błysnęły radością i, nie wiedząc jeszcze co się stało, wyciągnął obydwie swe dłonie ku zbawcom.
— Żyje, żyje! — zawołał Fergusson, Bogu niech będą dzięki! Dzicy są strasznie zatrwożeni. Ocalimy go! — jesteście gotowi przyjaciele?
— Tak.
— Joe zagaś dmuchawkę.
„Victorja“ zaczęła się opuszczać. Po upływie dziesięciu minut Fergusson puscił swoje światło, które do tego stopnia przestraszyło negrów, że ratowali się ucieczką. Doktór nie bez podstawy liczył na skuteczność fantastycznego ukazania się „Victorji“ i promieni rzucanych w nieprzejrzaną ciemność.
Łódź zbliżała się ku ziemi. W trakcie tego wrócili z krzykiem odważniejsi z czarnych, domyślając się, że ofiara może im być wyrwaną; Kennedy pochwycił strzelbę, lecz doktór zakazał strzelać.
Ksiądz leżał na kolanach, nie miał sił utrzymać się na nogach. Gdy łódź zbliżyła się do ziemi, Kennedy rzucił swą strzelbę, uniósł więźnia i ułożył w łodzi; ściśle w tej samej chwili Joe, wyrzucił 200 funt. balastu.
Doktór zamierzał wznieść się teraz z nadzwyczajną szybkością, ale, pomimo wszelkich zastosowanych środków, balon, podniósł się na 3 — 4 stopy od ziemi i pozostał nieruchomym.
— Co nas powstrzymuje? — zawołał przestraszony Fergusson.
Przybiegło kilku dzikich, wydając przeraźliwe krzyki.
— O! zawołał Joe, spoglądając na dół, jeden z tych przeklętych czarnych uczepił się łodzi.
— Dicku, Dicku! — zawołał doktór, wyrzuć skrzynię z wodą!
„Victorja“, nagle pozbawiona około 100 funtów ciężaru, uniosła się o 300 stóp w górę.
— Hura! — wykrzyknęli towarzysze doktora.
Nagle balon uniósł się do 1,000 stóp.
— Co się stało? — zapytał Kennedy, tracąc równowagę.
— Nic, tylko ten łajdak opuścił łódź — odpowiedział spokojnie Fergusson.
I Joe, szybko wychyliwszy się z łodzi, ujrzał jak dziki zataczał się, spadając na ziemię.
Doktór oddzielił teraz dwa druty elektryczne i znowu zapanowała poprzednia ciemność.
Była godzina 1-a po północy.
Francuz nareszcie przebudził się z omdlenia i otworzył oczy.
— Jesteś pan ocalony — rzekł do niego doktór.
— Ocalony? — odpowiedział po angielsku, uśmiechając się smutnie, ocalony od męczeńskiej śmierci. Dziękuję wam bracia. Dni moje, a nawet godziny są policzone. Rzekłszy to, popadł znów w omdlenie.
— Umiera! — zawołał Dick.
— Nie, nie, — odpowiedział Fergusson, nachylając się do chorego, ale jest bardzo chory, trzeba mu urządzić łoże w namiocie.
Urządzili łoże i ułożyli nieszczęśliwego, krwią zbroczonego. Całe ciało jego pokryte było ranami. Doktór przyrządził z chustki szarpie i położył na rany, obmywszy je poprzednio. Później przyniósł ze swej apteki wzmacniające lekarstwo i wlał parę kropel do ust księdza.
— Dziękuję, dziękuję, — mówił chory słabym głosem.
Fergusson był zdania, że potrzeba go zostawić obecnie w zupełnym spokoju, zasunął firanki namiotu i objął znowu ster balonu.
O świcie prąd unosił balon w kierunku zachodnim i północno-zachodnim.
Fergusson obserwował przez chwilę niespokojny sen chorego.
— O! gdybyśmy mogli utrzymać przy życiu tego towarzysza, którego nam niebiosa zesłały! — rzekł strzelec. Czy masz nadzieję?
— Tak, Dicku!
Około wieczora „Victorja“ zatrzymała się, a Joe i Kennedy zmieniali się przy chorym, podczas gdy Fergusson czuwał nad bezpieczeństwem balonu. Następnego ranka „Victorja” posunęła się w kierunku zachodu, zdawało się, iż dzień będzie pogodny.
Misjonarz przywołał swoich nowych przyjaciół nieco silniejszym głosem. Rozsunięto zasłony i chory z zadowoleniem wciągał w siebie świeże, poranne powietrze.
— Jak się pan czujesz? — pytał Fergusson.
— Być może, że lepiej — odpowiedział, ale was, moi przyjaciele dotąd widziałem tylko we śnie! Zaledwie mogę sobie zdać sprawę z tego, co zaszło! Kto wy jesteście, powiedźcie, abym was mógł wspominać w ostatniej mojej modlitwie.
— Jesteśmy, angielskimi podróżnikami — odpowiedział doktór; postanowiliśmy balonem objechać Afrykę i podczas naszej jazdy mieliśmy szczęście ocalić pana.
— Wiedza ma swoich bohaterów — rzekł misjonarz.
— Religja zaś męczenników — dodał szkot.
— Pan jesteś misjonarzem? — pytał doktór.
— Jestem kaznodzieją misyjnym łazarzystów. Bóg mi was zesłał, niech będzie Chwała Jego! Przybywacie z ojczystej części świata, opowiedźcie mi, proszę, o Europie, Francyi, od pięciu lat jestem bez żadnej ztamtąd wiadomości.
— Pięć lat przebywałeś pan wśród dzikich? — zapytał Kennedy.
— Tak — odpowiedział młody ksiądz, są to barbarzyńcy, ale współbracia, których tylko religja może oświecić.
Fergusson, czyniąc zadość żądaniu misjonarza, długo opowiadał o Francyi. Ten słuchał go uważnie i łzy ciekły mu z oczu. Biedny człowiek ściskał dłonie Joe’go i Kennedyego, a ręce jego były rozpalone od gorączki. Doktór przyrządził mu parę szklanek herbaty, którą chory wypił z apetytem.
— Jesteście odważnymi podróżnikami — powiedział on i wasze ryzykowne przedsięwzięcie uda się wam; ujrzycie znowu waszych krewnych, przyjaciół, ojczyznę...
Misjonarz znów popadł w takie osłabienie, że musiano go położyć, Fergusson trzymał go przez parę godzin na rękach. Nie mógł zapanować nad sobą patrząc, jak życie szybko ulata, czyżby mieli go znów utracić, wyrwawszy z objęć śmierci? Doktór opiekował się chorym z największą pieczołowitością, dzięki temu nieszczęśliwy stopniowo odzyskiwał przytomność.
Z urywanych słów księdza dowiedziano się jego historji.
Misjonarz był biednym, młodym człowiekiem z Aradon, wsi w Bretanji, już od młodości marzył, aby zostać księdzem. Z życiem ascetycznem chciał połączyć życie pełne niebezpieczeństwa i wstąpił do zakonu księży misjonarzy. W 20 roku życia opuścił swą ojczyznę i udał się do niegościnnych wybrzeży Afryki, a ztamtąd, pomimo licznych przeciwności, dotarł do plemion, zamieszkujących górne dopływy Nilu. Przez dwa lata daremne były jego usiłowania celem nawrócenia niewiernych. Jedno z najdzikszych plemion Nyambarra uwięziło go; znosił najstraszniejsze katusze, ale pomimo to nie ustawał w nauczaniu i nawracaniu. Plemię to w jednej z walk z sąsiadującym szczepem zostało rozbite, a jego pozostawiono na pobojowisku w mniemaniu, że wyzionął ducha.
Zamiast jednak powrócić tam, zkąd przyszedł, prowadził dalej swą pielgrzymkę. Najspokojniejsze czasy, jakie przeżył były te, kiedy uważano go za idjotę; przyswoił sobie narzecza tych okolic i nieprzestawał nawracać.
W ten sposób przebiegał jeszcze przez dwa lata barbarzyńskie kraje, gnany nadludzką siłą, której tylko Bóg użyczyć może.
Od roku przebywał wśród „Barafri“, jednego z najdzikszych plemion Afryki.
Przywódca tego plemienia zmarł przed paru dniami, a ponieważ misjonarza obwiniono o przyczynienie się do jego śmierci, postanowiono go zgładzić. Męczarnie jego trwały od 40 godzin, miał on umrzeć, jak słusznie przypuszczał doktór, następnego południa. Gdy usłyszał odgłosy strzałów odezwała się w nim chęć do życia. Na pomoc, na pomoc, wołał on i mniemał, że śni, gdy usłyszał z niebios pochodzące słowa pociechy.
— Nie żałuję ulatującego życia — dodał on, jest ono własnością Boga.
— Miej pan nadzieję — pocieszał go doktór, ocalimy cię od śmierci, tak samo, jak ocaliliśmy od męczarni.
— Nie błagam niebios o to — odpowiedział ksiądz z pokorą. Niech będzie pochwalony Bóg, który zezwolił mi raz jeszcze usłyszeć mowę ojczystą i uścisnąć dłonie przyjaciół.
Osłabienie znów nim opanowało. Przeszedł dzień pomiędzy nadzieją i obawą. Kennedy był bardzo wzruszony, a Joe niejednokrotnie ocierał łzy ukradkiem.
„Victorja“ posuwała się bardzo wolno.
Około wieczora Joe oznajmił, że na zachodzie ujrzał olbrzymie światło. Pod wyższą szerokością można by przypuścić, że zjawisko to jest wielkiem światłem północnem. Zdawało się, iż niebo stoi w płomieniach. Doktór starannie zbadał to zjawisko.
— Może to być tylko wulkan czynny — powiedział.
— Ale wiatr niesie nas w tym kierunku — dodał Kennedy.
— To nic, przesuniemy się po nad tym wulkanem.
Po upływie 3-ch godzin balon znalazł się po za górami, między 24°15’ długości i 4°42’ szerokości. Przed nim roztaczał się rozpalony krater, wyrzucający strumienie płynnej lawy i ciskający w górę rozpalone odłamki skał. Było to wspaniałe, ale zarazem niebezpieczne, widowisko, gdyż wiatr gnał balon w kierunku atmosfery, stojącej w ogniu. Ponieważ wulkan był przeszkodą, której ominąć nie było można, musiano wznieść się po nad nią. Za pomocą rozgrzania dmuchawki balon wzniósł się do wysokości 6,000 stóp.
Umierający ksiądz obserwował ze swego łoża ognisty krater, z którego wydobywały się wśród przeraźliwego łoskotu tysiące olśniewających płomieni.
— Jakie to piękne — rzekł on i jak nieskończenie wielką jest moc Boga, nawet w najstraszniejszych przejawach natury!
Około godziny 10-ej wieczorem wulkaniczna góra widniała na horyzoncie jak czerwony punkcik.