Przejdź do zawartości

Pięć tygodni na balonie/Rozdział XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Pięć tygodni na balonie
Wydawca Księgarnia Juliana Guranowskiego
Data wyd. 1896
Druk E. Lubowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Cinq semaines en ballon
Źródło Skany na Commons
Inne
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVIII.

Dokąd dążymy? — pytał Kennedy przyjaciela, rozpatrującego kompas.
— Na północ i północo-zachód.
— Do licha! To nie północ?
— Mniemam, że trudno nam będzie dotrzeć do Gondocoro, żałuję tego, ale nie narzekam, gdyż będziemy mogli zbadać wschód.
„Victorja“ stopniowo oddalała się od Nilu.
— Patrzymy po raz ostatni na ten dotąd nie przekroczony stopień szerokości, po za który najodważniejsi podróżnicy nie mogli się przedostać. Przebywają tu niedostępne plemiona, o których opowiadali Petherik, D’Arnaud, Miani, oraz młody podróżnik Lejean, któremu zawdzięczamy najlepsze prace o górnym biegu Nilu.
— Czy nasze odkrycia i przypuszczenia są zgodne z hipotezami naukowemi? — zapytał Kennedy.
— Zupełnie. Źródła Białej rzeki, Bahr-el-Abiad, są ukryte w jeziorze, wielkości morza, tam bierze ona początek. Poezja wprawdzie na tem fakcie wiele utraci, albowiem rzece tej przypisywano pochodzenie niebiańskie. Starożytne ludy nazywali rzekę ową oceanem i wierzono, że bierze ona swój początek na słońcu.
— Widać znowu kataraktę — rzekł Joe.
— To katarakta Makado, na 3° szerokości, zupełnie się zgadza! Ach, dla czegóż nie można było parę godzin podróżować z biegiem Nilu.
Wiatr poniósł teraz „Victorję“ na pólnoco-zachód. Celem ominięcia góry Logwek, zwiedzonej niegdyś przez podróżnika Debono, musiano opuścić się nieco niżej.
— Moi przyjaciele — rzekł doktór, do swych towarzyszy, teraz dopiero zaczyna się nasza podróż odkrywcza w Afryce, dotąd bowiem szliśmy po śladach naszych podróżników. Udajemy się w świat nieznany, czy odwaga was nie opuści?
— Nigdy! — zawołali jednocześnie Dick i Joe.
— W drogę więc, i Niebo niech nam sprzyja!
O 10-ej godzinie wieczorem podróżnicy dotarli przez przepaście, lasy i rozproszone wsie do gór Drżących.
W tym pamiętnym dniu, 23 Kwietnia, przebyli w 15 godzin, gnani silnym wiatrem, przeszło 315 mil. Ostatnia część tej podróży pozostawiła podróżnikom smutne wrażenie. Zupełna cisza panowała w łodzi. Czy doktór był zajęty wyłącznie swemi odkryciami? Czy towarzysze jego rozmyślali o podróży przez nieznane kraje? Do tych myśli przyłączały się bezwątpienia wspomnienia przyjaciół oddalonych i Anglji.
Joe nie troszczył się o nic, umiał jednak uszanować ogólne milczenie.
O 10-ej godzinie wieczorem „Victorja“ zarzuciła kotwicę po drugiej stronie gór Drżących[1], spożyto wieczerzę i wszyscy zasnęli. Następnego ranka podróżnicy znów się ożywili.
Była piękna pogoda i dął pomyślny wiatr, a dobre śniadanie, przyrządzone przez Joego, do reszty naprawiło humor małego towarzystwa.
Kraj, który teraz trzeba było przejechać, jest olbrzymi, graniczy z górami księżycowemi i górzystą okolicą Darfur. Wielkość jego równa się wielkości Europy.
— Przejeżdżamy teraz kraj t. zw. Usoga — powiedział doktór. Geografowie twierdzili, że w środkowym punkcie Afryki, znajduje się olbrzymie międzymorze, sprawdzimy czy przypuszczenie to jest prawdziwe.
— Zkąd oni doszli do tego przypuszczenia? — pytał Kennedy.
— Dzięki podaniom arabów, opowiadających chętnie i często za wiele, wszelako może być w tem część prawdy. Na podstawie tych sprawozdań rysowano karty i, zdaniem mojem, trzeba będzie w podróży naszej kierować się jedną z nich.
— Czy kraj ten jest zamieszkany? — dopytywał Joe.
— Naturalnie, ale nie gęsto. Rozrzucone tu plemiona nazywają ogólnem mianem Nyam-Nyam, są oni ludożercami.
Po południu horyzont pokrył się gęstą mgłą, unoszącą się z ziemi i doktór w obawie ude rżenia o jakąś skalę o godzinie 5-ej zatrzymał balon.
Noc przeszła bez wypadku, skutkiem wielkiej ciemności podwojono czujność.
Po przebudzeniu się, Joe meldował: Pora śniadania, musimy się zadowolnić kawą i suszonym mięsem, dopóki pan Kennedy nie będzie miał sposobności zaopatrzenia nas w świeżą zwierzynę.




  1. Podania głoszą, że góra ta drży, gdy na nią wstępują muzułmanie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy‎.