Przejdź do zawartości

Pięć tygodni na balonie/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Pięć tygodni na balonie
Wydawca Księgarnia Juliana Guranowskiego
Data wyd. 1896
Druk E. Lubowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Cinq semaines en ballon
Źródło Skany na Commons
Inne
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.

Kaseh ważny punkt w środkowej Afryce, nie jest miastem w naszem znaczeniu, jest to zbiór domków i namiotów. Budynki te otoczone są małymi ogrodami, w których rosną cebule, kartofle i wyborne grzyby.
Kaseh jest środowiskiem karawan, przybywających z południa z niewolnikami i ładunkami kości słoniowej, oraz tych, które z zachodu dowożą dla szczepów okolic wielkiego międzymorza transporty bawełny i towary szklane.
Na rynku wciąż panuje ożywienie, w największym nieładzie rozłożone są na sprzedaż różnokolorowe materje, perły szklane, kość słoniowa, miód, tytoń, bawełna i t. d. i najróżnorodniejsze odbywają się kupna i sprzedaże, przyczem cena każdego przedmiotu jest nie stałą, a zależną od zapotrzebowania. Gwar tu niebywały, krzyki, hałasy, rżenie mułów, odgłosy rogów, łoskot bębnów, śpiew kobiet, płacz dzieci; wszystko to sprawia nieznany europejczykowi chaos.
Nagle krzyki i hałasy ustały, „Victorja“ ukazała się w przestworzu, sunąc majestatycznie. Mężczyźni, kobiety, dzieci, niewolnicy, kupcy, arabowie i negrzy wszyscy pouciekali, chroniąc się do swoich chat i namiotów.
— Kochany Samuelu — powiedział Kennedy, jeżeli będziemy nadal wywierali taki wpływ na ludzi, to z trudnością przyjdzie nam zawiązać z nimi stosunki handlowe.
— Dałoby się jednak zrobić w nimi interes handlowy — wtrącił Joe. Trzeba nam wysiąść i zabrać kosztowne towary, nie zwracając wcale uwagi na kupców. Możnaby się w ten sposób wzbogacić.
— W istocie, tuziemcy w pierwszej chwili, pod wpływem strachu, ukryli się, ale przesąd i ciekawość niebawem ich tu sprowadzi — zauważył doktór.
— Tak pan sądzi?
— Zaraz zobaczysz, ale lepiej będzie nie zbliżać się zbytnio do nich, ponieważ „Victorja“ nie jest opancerzoną i niezabezpieczoną od kul i strzałów z łuku.
— Czy zamyślasz, kochany Samuelu, wejść w układy z tymi ludźmi?
— Jeżeli się da, dla czegóż by nie? — odparł doktór, przecież w Kaseh powinni się znajdować nie tylko dzicy. Przypominam sobie, że Burton i Speke chwalili gościnność tego miasta.
„Victorja“ tymczasem zbliżała się ku ziemi i zarzuciła kotwicę na jednym z drzew w pobliżu targowiska. Cała ludność w tej chwili wybiegła z ukrycia. Kilku mgangów wysunęło się odważniej naprzód, byli to czarownicy miejscowi, dziwacznie odziani. Powoli tłum zaczął się około nich zbierać, kobiety i dzieci otoczyli ich, uderzono w bębny, składano ręce i wznoszono wzrok ku niebiosom.
— W ten sposób modlą się oni — powiedział doktór, jeżeli się nie mylę, jesteśmy powołani odegrać tu wielką rolę.
— A więc odegrajmy ją!
— Ty sam, poczciwy chłopcze, może będziesz czczony jako bożek.
— Sprawiłoby mi to wielką przyjemność.
W tej chwili jeden z czarowników dał znak i nastała zupełna cisza, poczem zaczął mówić do podróżnych w nieznanem dla nich narzeczu.
Doktór, który go nierozumiał, wymówił kilka słów po arabsku; odpowiedziano mu natychmiast w tym języku. Mówca w kwiecistej mowie słuchanej bardzo uważnie, pozdrawiał przybyłych i Fergusson pojął niebawem, że „Victorję“ uważają jako księżyc we własnej osobie, który zeszedł wraz z trzema synami celem złożenia miastu wizyty.
Doktór odpowiedział z godnością, że bogini Luna co tysiąc lat odbywa podróż celem zbliżenia się do swych czcicieli. Wezwał ludność do korzystania z jej obecności i przedstawienia jej swych potrzeb i życzeń.
Otrzymał odpowiedź, że sułtan Mwani od wielu lat leży chory i wzywa niebiosy o pomoc. Czarownik zaprosił przeto synów Luny, aby chorego odwiedzili. Fergusson oznajmił swym towarzyszom o życzeniu czarownika.
— I ty w samej rzeczy chcesz udać się do króla negrów? — zapytał strzelec.
— Naturalnie, ci ludzie zdają się być dla nas bardzo dobrze usposobieni; powietrze spokojne, niema wiatru, więc o „Victorję“ nie mamy się czego obawiać.
— Ale co tam będziesz robił?
— Bądź spokojny, kochany Dicku, kilku małemi środkami lekarskiemi będę umiał się z zadania wywiązać, poczem, zwróciwszy się do tłumu, rzekł:
— Luna chce ulitować się nad waszym drogim władcą i nam powierzyła uleczyć go. Niech się przygotuje do przyjęcia nas!
Okrzyki, śpiewy wzmogły się po tych słowach i cała ludność została w ruch wprawioną.
— Teraz moi przyjaciele — powiedział doktór, musimy wszystko ostrożnie przygotować; być może, że okoliczności zmuszą nas do bardzo szybkiego odwrotu. Dick pozostanie w łodzi i utrzyma za pomocą dmuchawki tlenowo-wodorowej dostateczną siłę wzlotu. Kotwica {{korekta|jes|jest} dobrze umocowaną, niema więc czego się obawiać. Ja zejdę na ziemię, a Joe może mi towarzyszyć, ale pozostanie na stopniu drabiny.
— Co, sam zamierzasz wejść w paszczę tego czarnego?
— Panie Samuelu — zawołał Joe, ja pójdę z panem!
— Nie, sam pójdę, ci dobrzy ludzie wmawiają sobie, że wielka bogini Luna zstąpiła do nich, aby im złożyć wizytę, przesąd ich zapewnia mi bezpieczeństwo. Nie obawiajcie się zatem i niechaj każdy zostanie na przeznaczonym dlań posterunku.
— A więc, jak chcesz — odpowiedział strzelec.
Krzyki tuziemców wciąż się wzmagały, domagali się coraz energiczniej działania niebios.
— Patrzcie! — zauważył Joe. Zdaje mi się, że oni nieco za despotycznie występują przeciwko dobrej Lunie i jej boskim synom!
Doktór zeszedł na ziemię, zaopatrzony w podróżną apteczkę, wyprzedzany przez Joego, który usiadł z powagą, jak godności jego przystało, na stopniu drabiny. Siadł podług zwyczaju arabskiego z założonemi nogami i część tłumu otoczyła go z uszanowaniem. Podczas tego doktór wśród odgłosu rżniętych instrumentów i religijnych tańców tłumu powoli szedł w kierunku królewskiego „Tembe“, znajdującego się w dość znacznej odległości od miasta. Była wówczas godzina 3 i słońce świeciło tak jasno, jakby i ono chciało uświetnić zejście synów Luny na ziemię.
Fergusson kroczył z godnością czarodzieja. Wkrótce przyłączył się do niego syn sułtana, dość przyzwoicie wyglądający młodzieniec. Rzucił się on przed synem Luny na ziemię, ten jednakże polecił mu wstać.
Po upływie trzech kwadransy procesja po cienistej ścieżce wśród pięknej tropikalnej roślinności przybyła do pałacu sułtana, czworokątnego gmachu zwanego „Ititenga“. Fergusson został przyjęty z wielkimi honorami przez straż przyboczną i ulubieńców sułtana, ludzi pięknej rasy ze szczepu Wanyanwesy, i udał się do wnętrza pałacu.
Pomimo choroby sułtana, hałas z chwilą przybycia pochodu wzmógł się znacznie. Fergusson zauważył zawieszone u drzwi ogony zajęcy i żubrów, które uważane są tutaj jak talizmany. Czereda niewiast sułtańskich przyjęła go wśród harmonijnych odgłosów rozmaitych miejscowych instrumentów. Niewiasty odznaczały się urodą, śmiały się wesoło i paliły fajki. Sześć z nich były odłączone od innych, oczekiwały śmierci, pomimo to były tak samo wesołe, jak reszta.
Po śmierci sułtana miały one być żywcem z nim zagrzebane, celem rozweselenia go podczas wiecznej samotności.
Po przejrzeniu całego wnętrza budynku, Fergusson przystąpił do drewnianego łóżka władcy. Ujrzał wówczas mężczyznę około lat 40 liczącego, którego zdrowie zniszczyły orgje wszelkiego rodzaju; nie było dla niego żadnego ratunku. Choroba jego trwająca od wielu lat, wynikła skutkiem nałogowego pijaństwa.
Ulubieńcy i kobiety zgięły kolana podczas tej uroczystej wizyty.
Kilku kroplami silnego środka, udało się doktorowi na parę minut ożywić zdrętwiałe ciało. Sułtan poruszył się, co wywołało wśród zebranych entuzjazm i ożywione okrzyki na cześć lekarza.
Ten ostatni, któremu wystarczyła ta komedja, oddalił oblegających go czcicieli i szybkim krokiem wyszedł z pałacu, kierując swe kroki do „Victorji“. Była wówczas godzina 6-ta.
Joe podczas nieobecności Fergussona cierpliwie oczekiwał jego powrotu na stopniach drabiny. Tłum okazywał mu nadzwyczajne dowody uszanowania, które on, jako prawdziwy syn Luny, przyjmował z godnością. Ofiarowano mu najrozmaitsze dary, zwykle składane w namiotach fetyszów. Później dziewczęta otoczyły go i tańczyły śpiewając.
— Więc wy i tańczyć umiecie, poczekajcie, ja wam pokaże jak się tańczy na księżycu.
Rzekłszy to, zaczął tańczyć kręcąc się i podskakując w górę, to spuszczając się ku dolowi, przytem stroił rozmaite miny. W ten sposób dał on wyobrażenie zebranym, jak to bogowie tańczą na księżycu. Niebawem afrykanie posiadający dar naśladowania, zaczęły imitować jego ruchy i mimikę. Nie zapomnieli o najmniejszym szczególe, wszystko naśladowali jak najdokładniej. W chwili, gdy zabawa dochodziła do kulminacyjnego punktu, Joe zauważył doktora, który wracał pospiesznie wśród okrzyków otaczającego go tłumu. Przywódcy i czarownicy byli bardzo wzburzeni, otoczono Fergussona, ciśnięto się doń, grożono. Niezwykła zmiana! Co się stało? Czyżby sułtan umarł na rękach swego niebiańskiego lekarza? Kennedy zauważył ze swego stanowiska niebezpieczeństwo, nie domyślając się jednak powodu.
Balon silnie przez naprężenie gazu nadęty zakołysał się i okazywał wielką ochotę uniesienia się w przestworza.
Doktór przybył właśnie do drabiny. Jeszcze przesądna obawa tłumu powstrzymywała go od przejścia do gwałtów nad jego osobą. Wszedł na drabinę, a Joe udał się za nim.
— Nie mamy chwili czasu do stracenia, — rzekł Fergusson, nie staraj się odczepić kotwicy, przetnę sznur? — chodź za mną!
— Co się stało, panie? — rzekł Joe, gdy wszedł do łodzi.
— Co się stało? — zawołał także Kennedy, biorąc strzelbę do ręki.
— Patrzcie tam! — odpowiedział doktór i wskazał na horyzont.
— Cóż takiego? — pytał strzelec.
— Co? — Księżyc!
Księżyc ukazał się właśnie w całej swej pełni na horyzoncie, księżyc i „Victorja!“, albo więc istniały dwa księżyce, albo też cudzoziemcy byli oszustami, intrygantami, fałszywymi bożkami.
Oto właściwy powód zaszłej zmiany w postępowaniu tłumu.
Joe nie mógł się powstrzymać od głośnego śmiechu. Ludność Kaseh, która teraz domyśliła się, że zdobycz zamierza im umknąć, wydawała przeraźliwe krzyki, skierowano na balon łuki i muszkiety.
Na znak jednak jednego z czarowników broń opuszczono; ten wdrapał się na drzewo z zamiarem pochwycenia liny kotwicznej i ściągnięcia maszyny na ziemię.
Joe zamierzał uderzyć nań toporem.
— Czy mam przeciąć linę? — zapytał.
— Poczekaj! — odpowiedział doktór.
— A ten czarny?
— Może zdołamy jeszcze ocalić naszą kotwicę, zależy mi na tem bardzo; przeciąć mamy zawsze czas.
Czarownik wlazł na drzewo i skutkiem połamania gałęzi wywołał odczepienie się kotwicy i wraz z niem wzniesienie się balonu, który zabrał w przestworza czarownika, siedzącego na pazurze kotwicznym.
Podziw tłumów był nie do opisania, gdy ujrzeli jednego ze swoich „wangangów“, unoszonego w powietrze.
— Hura! — zawołał Joe, podczas gdy „Victorja“ unosiła się coraz wyżej.
— Dobrze się trzyma — rzekł Kennedy, mała podróż powietrzna wybornie mu posłuży.
— Możnaby tego czarnego jednem uderzeniem rzucić na ziemię — zauważył Joe.
— Cóż znowu? — odparł doktór, wysadzimy go całego na ląd, przyczem wypadek ten posłuży do wyrobienia mu sławy wśród swoich jako magika.
— Gotowi będą odtąd czcić go jako Boga — wołał Joe.
„Victorja“ dosięgła wysokości 1,000 stóp, negr trzymał się liny w śmiertelnej trwodze. Milczał, oczy jego w słup się zamieniły, a przestrach mieszał się z podziwem. Lekki wiatr zachodni gnał balon po za miasto.
Po upływie pół godziny, gdy doktór ujrzał, że teren jest pusty, zmniejszył płomień w dmuchawce i zbliżył się znowu ku ziemi. Wówczas negr powziął nagle postanowienie; zeskoczył na dół, padł jak kot — na nogi i zaczął biedz w kierunku miasta, podczas gdy „Victorja“, oswobodziwszy się od dodatkowego ciężaru, szybko pomknęła w przestworze.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy‎.