Przejdź do zawartości

Pięć tygodni na balonie/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Pięć tygodni na balonie
Wydawca Księgarnia Juliana Guranowskiego
Data wyd. 1896
Druk E. Lubowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Cinq semaines en ballon
Źródło Skany na Commons
Inne
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIII.

Pusty, wyschnięty kraj miał grunt gliniasty i zdawał się być zupełnie opuszczonym. Gdzie niegdzie tylko ukazywały się ślady karawan, mianowicie szkielety ludzkie i zwierzęce pomięszane ze sobą.
Po pół godzinnym marszu, zapuścili się Dick i Joe w gęsty las drzew gumowych, oglądając się bacznie na wszystkie strony i trzymając strzelby w pogotowiu. Joe chociaż nie był z zawodu strzelcem, umiał zręcznie obchodzić się z bronią.
— Jak mi to dobrze robi panie Dicku, że znów mogę trochę maszerować, choć nie powiem, żeby grunt ten należał do najwygodniejszych.
Kennedy dał znak swojemu towarzyszowi, żeby milczał i zatrzymał się.
Przy łożysku strumyka gasiło pragnienie małe stado antylop. Zdawało się, iż zręczne te zwierzęta węszyły niebezpieczeństwo. Za każdym połykiem podnosiły swe piękne głowy do góry, zwracając się w kierunku strzelców. Kennedy dał strzał, ukrywszy się pod gałęzią drzewa. Stado w jednej chwili rozpierzchło się, pozostawiając tylko jedną antylopę, trafioną wystrzałem. Kennedy pobiegł do swej zdobyczy, był to wspaniały okaz wielkiej antylopy.
— Pyszny strzał! — zawołał strzelec. Śliczny gatunek antylopy, oczyszczę jej skórę i zachowam na pamiątkę.
— W istocie — myślisz pan to uczynić na serjo? panie Dicku?
— Naturalnie, — spojrzyj na to piękne futro.
— Lecz doktór stanowczo nie pozwoli na powiększenie bagażu.
— Masz słuszność Joe, ale to gniewa, że jest się zmuszonym pozostawić w całości takie piękne zwierzę.
— W całości? — Nie, panie Dicku, najwięcej pożywne części wykroimy, a za pańskiem pozwoleniem zajmę się tą czynnością tak dobrze, jak najlepszy rzeźnik w Londynie. Pan, panie Dicku, zechciej tymczasem urządzić na trzech kamieniach piec do smażenia, suchego drzewa znajdziesz w obfitości, a po upływie paru minut będziemy mieli pieczeń gotową.
— Za kilka chwil będzie wszystko gotowe — odparł Kennedy i niebawem zajął się budową ogniska, w którem po paru minutach ogień żywo zajaśniał.
Joe zrobił około tuzina kotletów, oraz z bioder przyrządził smaczny rostbef.
— Posili to przyjaciela Samuela — powiedział strzelec.
— Czy wiesz pan nad czem teraz rozmyślam, panie Dicku?
— Pewnie nad robotą, którą wykonywasz, t. j. o kotletach.
— Nie — panie Dicku — myślę nad tem, coby się z nami stało, gdybyśmy balonu nie znaleźli.
— Boże! — co za straszna myśl! przypuszczasz, że doktór mógłby nas opuścić?
— Nie — lecz gdyby kotwica się odczepiła?
— To niemożliwe! Wreszcie Samuel mógłby łatwo z balonem swoim znowu się opuścić, przecież dosyć zręcznie nim kieruje.
— Prawda, ale gdy wiatr go uniesie, gdy do nas nie będzie mógł powrócić?
— Słuchaj Joe, skończ już twoje przypuszczenia, nie są one wcale przyjemne.
— Ach, panie Kennedy, wszystko co się się na tym świecie wydarza, jest naturalnem, wszystko więc zdarzyć się może i trzeba być przygotowanym.
W tej chwili w powietrzu rozległ się wystrzał.
— Słyszysz pan! — zawołał Joe.
— Mój karabin, poznaję jego wystrzał.
— Sygnał!
— Grozi nam niebezpieczeństwo!
— Może jemu? — zawołał Joe.
— W drogę!
Strzelcy pośpiesznie wzięli swoją zdobycz i zabrali się do odwrotu.
Gęstość zarośli przeszkadzała im dojrzeć „Victorji“, od której nie powinni się daleko znajdować.
Rozległ się drugi wystrzał.
— Zależy na pośpiechu! — rzekł Joe.
— Znowu wystrzał!
— Wygląda to tak, jakby te wystrzały miały na celu osobistą obronę.
— Spieszmy więc!
I pobiegli, jak mogli najprędzej. Przybywszy na skraj lasu, ujrzeli zaraz „Victorję“ na swojem miejscu i doktora siedzącego w łodzi.
— Co się stało? — zapytał Kennedy.
— Wielki Boże! — zawołał Joe.
— Co takiego?
— Tam, na dole naokoło drzewa, gromada negrów otacza balon.
W istocie, chociaż w oddalenia dwóch mil od balonu, Joe ujrzał około 80 ludzi, żywo gestykulujących, krzyczących i skaczących w około sykomoru. Kilku wdrapało się na drzewo i dotarło najwyższych gałęzi. Niebezpieczeństwo zdawało się być poważnem.
— Mój pan zgubiony! — zawołał Joe.
— Uspokój się Joe, zachowaj zimną krew, mamy życie czterech ludzi w swych rękach. Naprzód! Z niezwykłą szybkością przebyli około mili, gdy znowu z łodzi padł wystrzał, był on wymierzony na olbrzymie stworzenie, które wdzierało się na najwyższą gałęź. Ciało jego staczając się zawisło na gałęzi w oddaleniu 20 stóp od ziemi.
— Ho! — zawołał Joe, zatrzymując się; do djabła, co wstrzymuje tę bestję, że nie spada?
— Nie powinno nas to obchodzić — odparł Kennedy. Uciekajmy! uciekajmy!
— Ach, panie Kennedy! — zawołał Joe, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu, trzyma się ona na gałęzi na swoim ogonie, w istocie na swoim ogonie! Małpa, — to małpy!
— W każdym razie lepiej, niż by to mieli być ludzie — odpowiedział Kennedy, rzucając się na hałasującą czeredę. W samej rzeczy było to stado dzikich, strasznych i wstrętnych pawianów. Kilka wystrzałów zaprowadziło natychmiast porządek w stadzie, które rozpierzchło się w różne strony, pozostawiając kilkanaście trupów na miejscu wypadku.
Po kilku chwilach Kennedy wszedł na drabinę, Joe wdrapał się na drzewo i odczepił kotwicę. Łódź opuściła się do miejsca, na którem się znajdował i zręczny chłopak wsunął się do niej bez żadnych trudności.
Po upływie paru minut „Victorja“ uniosła się w powietrze i, gnana umiarkowanym wiatrem, skierowała się na zachód.
— To ci było najście! — wołał Joe.
— Mniemaliśmy, żeś napadnięty został przez tuziemców.
— Na szczęście, były to tylko małpy — odpowiedział doktór.
— Z daleka, kochany Samuelu, różnica pomiędzy pierwszymi i ostatniemi nie wielka.
— Z bliska również — dodał Joe.
— Bądź co bądź ten napad małp mógłby mieć dla nas poważne następstwa. Gdyby kotwica nie była wytrzymała kilkakrotnego wstrząśnienia, kto wie, dokąd by mnie wiatr uniósł?
— Co panu powiedziałem, panie Kennedy — rzekł Joe.
— Miałeś słuszność Joe, bądź zadowolony z twego tryumfu. Ale czy nie byłeś właśnie zajęty przygotowaniem antylopich kotletów, których widok wywołał we mnie taki wielki apetyt?
— Wierzę temu — odpowiedział doktór, mięso antylopy jest smaczne.
— Sam pan osądzisz — stół nakryty.
— W samej rzeczy — rzekł strzelec, kotlety te mają pyszny zapach dziczy.
— Do końca życia, jadłbym tylko mięso antylopie — dodał Joe, mając pełne usta, zwłaszcza gdyby tak jeszcze wypić dla strawienia kieliszek grogu.
I Joe przyrządził wspaniały napój, który z wielkiem przejęciem został wypity.
— Dotąd idzie nam znakomicie — rzekł Joe.
— Świetnie! — dodał Kennedy.
— A zatem, panie Dicku, czy jeszcze pan żałujesz żeś nam towarzyszył?
— Nie! — odparł stanowczo strzelec.
Była godzina 4-ta po południu. „Victorję“ gnał teraz silniejszy prąd powietrza, grunt zaczął nieznacznie zamieniać się w górzysty i barometr niebawem wskazywał 1,500 stóp nad poziomem morza.
Około godz. 7-ej unosiła się „Victorja“ nad Kanyenye, doktór poznał odrazu rezydencję sułtana kraju Ugogo, do której cywilizacja jeszcze nie dotarła.
Po przebyciu Kanyenye, grunt stawał się pusty i kamienisty. Po upływie godziny, gdy podróżnicy nasi znaleźli się po nad urodzajną niziną niedaleko Mdaburu, przedstawiła się znowu ich oczom pyszna wegetacja. Dzień miał się ku końcowi, wiatr ustał i powietrze uspokoiło się zupełnie. Doktór postanowił przebyć noc w przestworzu i dla bezpieczeństwa uniósł balon wyżej na tysiąc stóp. „Victorja“ nie poruszała się zupełnie, na około panowała wspaniała, oświetlona gwiazdami noc i zupełna cisza. Dick i Joe rozciągnęli się swobodnie na swych łożach i spali snem kamiennym, podczas gdy doktór czuwał. O północy wstał szkot celem zastąpienia Fergussona.
— Gdy najmniejszy wydarzy się wypadek obudź mnie, zalecał doktór swojemu przyjacielowi i zwracaj przedewszystkiem uwagę na barometr, wiesz przecież, że jest on teraz naszym kompasem.
Noc była chłodniejsza o 27 stopni (14 Cels), niż temperatura dzienna i z nastaniem ciemności, zaczął się niebawem koncert dzikich zwierząt, które wygnał z legowisk głód i pragnienie. Skrzeczenie żab w połączeniu z wyciem szakali i basowym rykiem lwów, tworzyło oryginalny koncert.
Gdy doktór następnego ranka zajął swoje miejsce i spojrzał na kompas, zauważył, że kierunek wiatru podczas nocy uległ znacznej zmianie. „Victorja“ od dwóch godzin, posunęła się o 30 mil na północo-wschód, unosiła się obecnie po nad Mabunguru, krajem usianym kamieniami i skałami. Na wschodzie widniały gęste lasy, w których gdzie nie gdzie ukazywały się wioski.
Około godziny 7-ej rano, uwidoczniła się okrągła, olbrzymia skała.
— Jesteśmy na dobrej drodze, tam leży Dschihue - La - Mkoa, gdzie się zatrzymamy. Chciałbym odnowić tu zapas wody. Sprobójmy uczepić gdziekolwiek nasz balon.
— Mało tu drzew — zauważył Joe.
— Pomimo to sprobójmy — Joe zarzuć kotwicę!
Balon, który stopniowo utracał siłę unoszącą go, zbliżał się do ziemi i kotwica, zahaczywszy o odłam skały, uwięziła „Victorję“.
Karty geograficzne ukazywały na zachodnim skłonie Dschihue-La-Mkoa, wielkie stojące wody. Joe udał się tam z dużą beczką, obejmującą około 10-ciu galionów. Znalazł on bez trudu w pobliżu opuszczonej wioski wskazane miejsce, zaczerpnął wody i po upływie 45 m. powrócił.
Niebawem „Victorja“ znowu puściła się w drogę.
Balon znajdował się jeszcze o sto mil od Kaseh, znacznej osady we wnętrzu Afryki, dokąd zamierzali dotrzeć podróżnicy nasi. Po przebyciu wsi Thembo i Tura-Wels, znaleźli się po nad wspomnianem wyżej miastem.
— Wyruszyliśmy z Zanzibaru o 9-ej rano — powiedział Fergusson, przeglądając swoje notatki, i po dwudniowej jeździe przebyliśmy około 500 mil geograficznych. Kapitanowie Burton i Speke do odbycia tej przestrzeni potrzebowali 4½ miesiąca.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy‎.