Pięć tygodni na balonie/Rozdział X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pięć tygodni na balonie |
| Wydawca | Księgarnia Juliana Guranowskiego |
| Data wyd. | 1896 |
| Druk | E. Lubowski i S-ka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Anonimowy |
| Tytuł orygin. | Cinq semaines en ballon |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Dzięki sprzyjającemu wiatrowi statek „Resolute“ szybko zbliżał się do miejsca przeznaczenia. Przeprawa przez kanał Mozambicki szczęśliwie została dokonaną. Wszyscy pragnęli jak najprędzej przybyć do celu i współdziałać w przygotowaniach do wyprawy.
Nareszcie zdała ujrzano Zanzibar, położony na wyspie tej samej nazwy i 15 kwietnia, o 11-ej godzinie rano, okręt zarzucił kotwicę.
Zaraz po przybyciu „Resoluté“ zjawił się na pokładzie konsul angielski.
— Wątpiłem dotąd, — rzekł on, podając rękę doktorowi, lecz teraz już nie wątpię.
Zaofiarował doktorowi, Kennedy’etnu, a także Joemu gościnę w swoim domu.
Bagaże trzech podróżnych zostały odniesione do konsula i zajęto się niebawem przygotowaniami do wyprawy.
Z chwilą, gdy rozpoczęto prace około przygotowania balonu do wzlotu, konsul został zawiadomiony, że ludność wyspy sprzeciwia się temu siłą.
Wieść o przybyciu chrześcjan, zamierzających wznieść się w przestworza, wywołała wzburzenie umysłów, ponieważ negrzy przypuszczali, iż przedsięwzięcie to jest skierowane przeciwko ich religji i wyobrażali sobie, iż chrześcjanie zamierzają stoczyć walkę ze słońcem i księżycem, najwięcej przez nich czczonemi.
Postanowiono przeszkodzić wszelkiemi siłami tej podróży, konsul, który jak zaznaczyliśmy, był poinformowany o usposobieniu ludności, zwrócił na to uwagę Fergussona, oraz kapitana Penneta. Kapitan radził nie zwracać uwagi na groźby, lecz Fergusson innego był zdania.
— Nie ulega wątpliwości, że w rezultacie odniesiemy zwycięztwo, ale kochany kapitanie, jak łatwo może się zdarzyć jakiś wypadek! Jeden rzucony kamień, a balon może ponieść poważne uszkodzenie i wyprawa mogła by być w niwecz obróconą.
Należy nam postępować bardzo ostrożnie.
— Cóż więc robić?
— Wedle mnie, najlepiej będzie, gdy przeprawicie się panowie na wyspę, położoną po tamtej stronie portu, każecie balon tam przetransportować i otoczyć się strażą z majtków, wówczas nie będziecie mieli czego się obawiać.
— Wyborna myśl, powiedział doktór, w ten sposób będziemy mogli spokojnie prowadzić nasze przygotowania.
Kapitan zgodził się także na tę radę i „Resolute“ otrzymała rozkaz zbliżenia się do wyspy Kambeni. Dnia 16 Kwietnia w południe umieszczono balon w miejscu bezpiecznem, otoczonem gęstym lasem.
Wkopano w ziemię dwa po 80 stóp wysokie maszty w równej od siebie odległości i za pomocą lin wciągnięto na tę wysokość statek powietrzny.
Nie był on jeszcze wydętym; mniejszy był tak umieszczony w większym, że obydwa można było jednocześnie podnieść. Do każdego była przymocowana rura przeznaczona do wpuszczania wodoru.
17 Kwietnia zabrano się do uporządkowania aparatu, wytwarzającego gaz. Składał się on z 30 beczek, w których osiągnięto rozkład wody za pomocą połączenia żelaziwa i kwasu siarczanego z dużą ilością wody.
Po oczyszczeniu, wodór zgromadził się w ogromnem naczyniu, z którego za pomocą rur dostawał się do balonu. W ten sposób obydwa balony otrzymały ściśle określoną ilość gazu. Aby wytworzyć pożądaną ilość gazu trzeba było użyć 1,870 galionów kwasu siarczanego, 1,650 funt. żelaza i 966 galionów wody. Czynność rozpoczęta następnej nocy około godz. 3 zrana, trwała ośm godzin. Nazajutrz balon pokryty siatką unosił się wdzięcznie nad łódką, którą przytrzymywały liczne worki z ziemią. Aparat nadymający z największą ostrożnością spełniał w dalszym ciągu swe zadanie, a rury przewodnie przytwierdzono ściśle do skrzyni cylindrycznej.
Kotwice, liny, instrumenty, koce, namiot, zapasy żywności i broń zostały umieszczone w miejscu przeznaczonem w łódce. Zapas wody sprowadzono z Zanzibaru. 200 funt. balastu rozdzielono w 50 workach i umieszczono w dolnej części łódki.
Przygotowania te ukończono o godz. 5-ej wieczorem, straż czuwała wciąż i łodzie „Resolute“ okrążały kanał ze wszystkich stron.
Negrzy nieprzestawali się gniewać. Czarnoksiężnicy biegali w jedną i drugą stronę, niektórzy fanatycy zamierzali dotrzeć do wyspy, zostali jednak odparci. Rozpoczęły się zaklęcia czarodziejów, sprowadzacze deszczów, którym się zdawało, że mogą rozkazywać obłokom, wzywali na pomoc orkany i deszcze z kamieni[1], w tym celu zbierali liście rozmaitych drzew, które gotowano na łagodnym ogniu, podczas tego zabijano owcę, przebijając długą igłą jej serce. Pomimo tych ceremonji niebo pozostało jasnem i daremnie zabito owcę.
Około godziny 6-ej wieczorem podróżni poraz ostatni spożywali obiad u stołu dowódcy i jego oficerów. Kennedy, któremu nikt więcej pytań nie zadawał, szeptał po cichu jakby do siebie niezrozumiałe słowa, nie spuszczając wzroku skierowanego wciąż na Fergussona. — Obiad ten w ogóle nie odznaczał się ożywieniem.
Stanowcza chwila zbliżała się, napełniając wszystkich niepokojem.
Jakie losy czekają podróżnych!
Czy kiedykolwiek jeszcze znajdą się u domowego ogniska, wśród swoich przyjaciół. Jeżeli balon ich zawiedzie, co się z nimi stanie wśród dzikich plemion, w tych niezbadanych okolicach, być może, niezmierzonych pustyniach? Fergusson zawsze chłodny i spokojny, mówił o tem i owem, usiłował daremnie rozproszyć smutek, który opanował wszystkich.
Ponieważ obawiano się wrogich wystąpień wobec osoby doktora i jego towarzyszy, wszyscy trzej udali się na spoczynek na pokład „Resolute“; o 6-ej rano opuścili kajuty i udali się na wyspę Kumbeni.
Balon kołysał się lekko pod powiewem wschodniego wiatru. Worki z piaskiem, które go przytrzymywały, zostały zastąpione przez 20 majtków.
Kapitan Pennet i oficerowie byli obecni przy uroczystym odjeździe.
W tej chwili Kennedy nagle podszedł do doktora, schwycił go za rękę i rzekł:
— Więc to rzecz postanowiona, Samuelu, — ty jedziesz?
— Stanowczo, kochany Dicku!
— Wszak wszystko uczyniłem, aby tej podróży przeszkodzić?
— Tak jest.
— W takim razie mam spokojne sumienie. Będę ci towarzyszył.
— Liczyłem na to — odpowiedział doktór.
Na twarzy jego widać było pewne wzruszenie. Chwila rozstania zbliża się. Kapitan i oficerowie wzruszeni ściskali nieustraszonych przyjaciół, niewyłączając rozweselonego Joe, każdy z obecnych chciał jeszcze uścisnąć dłoń doktora.
O godz. 9-ej trzej podróżni zajęli miejsca w łódce, doktór zapalił dmuchawkę tlenowodorową i powiększył płomień celem wywołania prędkiego ogrzania, poczem balon, który na powierzchni ziemi utrzymywał zupełną równowagę, po upływie paru minut począł się wznosić. Majtkowie puścili trzymane sznury i łódka podniosła się do 20 stóp.
Doktór stojąc wśród swoich dwóch towarzyszy zawołał: kochani przyjaciele, nadajmy naszemu balonowi nazwę, która mu szczęście przyniesie. Niech się zwie „Victorja“. Rozległy się głośne hura! Niech żyje królowa! Niech żyje Anglja!
W tej chwili wzmogła się siła wzlotu balonu. Fergusson, Kennedy i Joe po raz ostatni przesłali swym przyjaciołom ostatnie pozdrowienie. Puście sznury! — zawołał doktór i Victorja szybko poszybowała w przestworza.