Pięć tygodni na balonie/Rozdział IV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pięć tygodni na balonie |
| Wydawca | Księgarnia Juliana Guranowskiego |
| Data wyd. | 1896 |
| Druk | E. Lubowski i S-ka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Anonimowy |
| Tytuł orygin. | Cinq semaines en ballon |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Linja powietrzna, nie była przez doktora Fergussona wybraną przypadkowo.
Czynił on długotrwałe studja nad punktem, z którego powinien się był wznieść i po długiej rozwadze wybrał Zanzibar, miejscowość położoną na wschodniem wybrzeżu Afryki pod 6° południowej szerokości, t. j. około 480 mil geograficznych na południe od równika. Ztąd również wyszła ostatnia ekspedycja, wysłana dla odkrycia źródeł Nilu.
Fergusson zajmował się gorliwie przygotowaniami do podróży i pod jego osobistym kierunkiem był budowany balon, którego przeznaczenie zachowywał w tajemnicy. Pracował również gorliwie nad przyswojeniem sobie języka arabskiego i różnych narzeczy i wkrótce uczynił w tym względzie znaczne postępy.
Dick Kennedy przez cały ten czas go nieopuszczał, jak gdyby obawiał się, iż mu się cichaczem wymknie w przestworza. Starał się także perswazją odwieść przyjaciela od jego niebezpiecznych zamiarów, udawał się nawet do czułych próśb i zaklęć, ale doktór był niewzruszony.
Biedny szkot godzien był politowania, dreszcze go przejmowały, gdy wznosił oczy na horyzont. Podczas snu uczuwał jakieś zawrotne kołysania i każdej nocy zdawało mu się, iż spada z niezmierzonej wysokości.
Musimy jeszcze dodać, że w tym czasie wyleciał kilka razy z łóżka i pierwszą jego czynnością następnego ranka było pokazanie Fergussonowi siniaków, których się nabawił.
— Patrz, uważaj, taki siniak po upadku z trzech stóp wysokości, teraz proszę cię rozważ, gdyby...
Ponure te przypuszczenia nie robiły żadnego na doktorze wrażenia.
— Nie spadniemy! — odpowiadał stanowczo.
— Jednak to możliwe!
— Powtarzam, że nie spadniemy!
Na tak stanowcze oświadczenie Dick nic nie odpowiedział. Najwięcej go jednak niepokoiło nadużywanie przez Fergussona w rozmowie liczby mnogiej. Mówił on: Będziemy gotowi tego a tego dnia... Wyruszymy w drogę... Ztąd wzniesiemy się... i t. d. Nie wyrażał się też inaczej, jak nasz balon, nasz statek, nasze wyprawy odkrywcze, nasze przygotowania, nasze wzloty. Na tę liczbę mnogą, skóra cierpła na biednym szkocie, pomimo iż był stanowczo zdecydowanym nie brać udziału w podróży. Nie mógł się jednak sprzeciwić przyjacielowi i dodajmy, iż sprowadził z Edynburgu odzież odpowiednią do podróży.
Pewnego dnia oznajmił doktorowi, iż przy nadzwyczajnie sprzyjających warunkach szanse udania się wyprawy gotów przyjąć jako jedną na tysiąc, przytoczył jednak zaraz, chcąc usunąć podróż w daleką przyszłość, całą litanję różnych niebezpieczeństw.
Zastanawiał się nadtem, czy ekspedycja jest pożyteczną, czy odkrycie źródeł Nilu jest w samej rzeczy konieczne?... Czy można będzie powiedzieć, że pracowało się. dla szczęścia ludzkości?... Czy plemiona Afryki, obdarzone cywilizacją, będą przez to szczęśliwsze?... Czy wogóle ma się pewność, że cywilizacja stoi tam na niższym stopniu, niż w Europie? Czy nie wartoby wyprawy jeszcze odłożyć? Prawdopodobnie w przyszłości będą odkryte praktyczniejsze i mniej życiu grożące sposoby podróżowania po Afryce. Kto wie, może to już nastąpi po upływie miesiąca lub pół roku; po roku jednak ręczyć można za to, że pewien odkrywca wpadnie na tę myśl szczęśliwą...
Uwagi te wywołały niespodziewany skutek, doktór zniecierpliwił się.
— Czy naprawdę Dicku, ty fałszywy przyjacielu, pragnąłbyś, aby chwała ta przypadła w udziale komu innemu? Czy mam zadać kłam całej mojej przeszłości? Przestraszyć się trudności, będących do zwalczenia? Podłem zwlekaniem wynagrodzić rząd angielski i Towarzystwo Geograficzne za to, co dla mnie uczyniły?
— Ależ... zaczął na nowo Kennedy.
— Ależ, — odpowiedział doktór, — czy ty nie wiesz, że podróż moja już natrafia na współzawodnictwo? Już inni odkrywcy gotują się do wyprawy do środkowej Afryki!
Kennedy milczał.