Przejdź do zawartości

Pięć tygodni na balonie/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Pięć tygodni na balonie
Wydawca Księgarnia Juliana Guranowskiego
Data wyd. 1896
Druk E. Lubowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Cinq semaines en ballon
Źródło Skany na Commons
Inne
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

Doktór Fergusson miał przyjaciela, który chociaż różnił się z nim pod wieloma wględami, zwłaszcza usposobieniem, wszelako panowało pomiędzy nimi powinowactwo ducha i serca.
Dick Kennedy, tak się nazywał ów przyjaciel, był szkotem w całem tego słowa znaczeniu: otwarty, stanowczy, o niezłomnej woli.
Mieszkał w małem miasteczku Leith, w pobliżu Edynburgu, zajmował się rybołówstwem, nie zaniedbując ulubionego polowania, czemu się wreszcie dziwić nie można, bo był prawprawdziwem dzieckiem Kaledonji, przyzwyczajonem większą część życia spędzać w górach. Znano go też powszechnie jako wybornego strzelca.
Fizjonomja Kennedy’ego przypominała twarz Halberta Glendininga, opisaną przez Walter Scotta w powieści p. t. „Klasztor“. Był zgrabny, posiadał siłę herkulesową, opaloną twarz, ożywione czarne oczy; wogóle robił na pierwszy rzut oka bardzo przyjemne wrażenie.
Przyjaciele zapoznali się w Indjach, służąc w jednym pułku; Dick z zamiłowaniem polował na tygrysy i słonie, Samuel zaś oddawał się badaniom roślin i owadów; rezultaty osiągnięte przez obydwóch były bardzo pomyślne. Przyjaźń młodych ludzi niczem nie została zamąconą; losy rozdzielały ich wprawdzie od czasu do czasu, ale sympatja znowuż łączyła.
Po powrocie do Anglji często się rozłączali z powodu wypraw przedsiębranych przez doktora, który jednakże za powrotem nieomieszkał zawsze parę tygodni przepędzić u swego przyjaciela.
Dick gawędził wówczas o przeszłości, a Samuel poruszał projekty przyszłości; jeden patrzał wstecz, drugi wdal.
Po przybyciu z Tybetu doktór przez dwa lata nie wspominał o nowych podróżach i Dick cieszył się nadzieją, że jego upodobania do podróży i przygód zostały wreszcie zaspokojone. Myśl ta napawała go rozkoszą. Kennedy domagał się od przyjaciela, aby zaniechał raz na zawsze podróży, zaznaczając, iż dla wiedzy dość już pracował, a dla ludzkości nawet za wiele.
Fergusson wówczas nic nie odpowiadał, był wciąż zamyślony, nie sypiał po nocach, robiąc doświadczenia z rozmaitemi maszynami, niewiadomego użytku. Z tego wszystkiego widocznem było, że kiełkowała w mózgownicy jego myśl jakaś.
Nad czem mógł on tak rozmyślać i pracować? zapytywał siebie Kennedy, gdy przyjaciel jego w Styczniu opuścił go i przeniósł się do Londynu.
Odpowiedź na to pytanie znalazł następnego dnia w zaznaczonym już przez nas artykule „Daily Telegraph“.
Litościwy Boże! — zawołał, ten człowiek zwarjował!
Przebyć Afrykę balonem! — A więc o tem myślał przez dwa ostatnie lata!
Te i temu podobne wykrzyki wydawał Dick, uderzając się pięścią w czoło — wzruszenie jego nie miało granic.
Gdy stara jego przyjaciółka, pani Elżbieta, zwróciła uwagę, że cały ten projekt może polegać na mistyfikacyi, odpowiedział żywo:
— Głupstwo! — znam przecie Samuela, projekt taki mógł tylko powstać w jego głowie. Puścić się balonem, bujać w powietrzu! zazdrościć ptakom!
Nie! z tego nic nie będzie! postaram się temu przeszkodzić! Jeśli mu się tym razem nie stawi przeszkód, któż zaręczy, iż pewnego pięknego poranku nie puści się w podróż na księżyc!
Jeszcze tego samego wieczora wzburzony i zaniepokojony wsiadł do wagonu kolei żelaznej i następnego dnia rano stanął w Londynie. Niebawem po przybyciu do stolicy, fiakr zawiózł go przed mały domek doktora, położony przy ulicy Soho square Greek. Wszedł do przedsionka i przybycie swe zwiastował silnem uderzeniem we drzwi, które niebawem otworzył Fergusson.
— Dick? — zawołał doktór, nie wyrażając wielkiego zdziwienia.
— Tak, to ja — odpowiedział Kennedy.
— Czyś przybył na polowanie do Londynu? Cóż cię tu sprowadza?
— Zamiar popełnienia przez kogoś wielkiego głupstwa, któremu chcę przeszkodzić.
— Głupstwa?
— Czy wiadomość podana w tej oto gazecie jest prawdziwą? — zawołał Kennedy, pokazując numer „Daily Telegraph“.
— Więc o tem mówisz? te dzienniki muszą zaraz wszystko wypaplać, ale usiądź, kochany Dicku.
— Nie, nie usiądę! — powiedz mi, czy w istocie masz zamiar odbycia tej podróży?
— Tak, stanowczo, przygotowania się w pełnym biegu, ja...
— Gdzie się odbywają te przygotowania, jakem Dick, zniszczę je doszczętnie!
Zacny szkot wpadał w coraz większy gniew i wciąż powtarzał: zniszczę, stanowczo zniszczę!
— Uspokój się, kochany przyjacielu — mówił doktór, pojmuję bardzo dobrze twoje rozjątrzenie, gniewasz się zapewne na mnie, iż cię nie zawiadomiłem przedtem o moich nowych projektach.
— On to nazywa nowymi projektami!
— Daję ci słowo, że byłem bardzo zajęty, ciągnął dalej Samuel, w ostatnich czasach tyle miałem roboty, pomimo to jednak nie wyjechałbym przed napisaniem do ciebie...
— Nic mi na tem nie zależy!...
— Ponieważ mam zamiar zabrać cię ze sobą...
Szkot spojrzał na doktora niedowierzająco i rzekł:
— Więc tak! — mówisz pewnie o tem, że udamy się obydwaj do Bedlam!...
— Liczyłem na ciebie na pewno i wybrałem też na współtowarzysza podróży, odrzucając licznych amatorów.
Kennedy struchlał ze zdziwienia.
— Gdybyś mnie zechciał przez dziesięć minut uważnie posłuchać, byłbym ci wdzięczny! — rzekł doktór.
— Czy mówisz serjo?
— Zupełnie serjo!
— A jeżeli się nie zgodzę ci towarzyszyć?
— Tego nie uczynisz!
— Jeżeli jednak stanowczo odmówię?
— Wówczas udam się sam.
— Siadajmy, powiedział Dick i pomówmy spokojnie.
Z chwilą, gdy się przekonałem, że nie żartujesz, możemy rzecz tę szczegółowo omówić.
— Jeżeli niemasz nic przeciwko temu, Dicku, możemy przy gawędce zjeść śniadanie?
Przyjaciele zasiedli do stołu, zajmując miejsca naprzeciwko siebie.
— Kochany Samuelu plan twój jest szalony, o wykonaniu jego nawet myśleć nie można, jest on wprost niemożliwy!
— Tak stanowcze zdanie, będziemy mogli wypowiedzieć dopiero po zrobieniu próby.
— Ale chodzi o to, by i tej próby nie robić!
— Powiedz dla czego?
— Pomyśl o niebezpieczeństwach, najrozmaitszych przeszkodach!
— Przeszkody istnieją dla tego, aby ich zwalczać, co się zaś tyczy niebezpieczeństw, to któż im się nie naraża? Wszystko w życiu przedstawia niebezpieczeństwo! Największe nieszczęście może się zdarzyć nawet i wtedy, gdy siedzimy za stołem, lub nawet wówczas, gdy kładziemy kapelusz na głowę. Powinniśmy prócz tego uznać, że wszystko co było, znowuż będzie, że przyszłość jest tylko oddaloną nieco teraźniejszością.
— Znam twoje przekonania wtrącił Kennedy, ruszając ramionami, jesteś fatalistą.
— Zawsze nim pozostanę, ale nie zajmujmy się tem, jaka nas czeka dola, lecz kierujmy się przysłowiem angielskiem: „Kto ma wisieć, nie utonie!“
— Nie było co na to odpowiedzieć, Kennedy wszakże nie zaniedbał całego szeregu argumentów, których wyliczanie za daleko by nas zaprowadziło.
— Czemu jednakże niechcesz, zakończył Dick po całogodzinnej ożywionej rozprawie, pójść śladem zwykłych śmiertelników, którzy przed tobą zwiedzili Afrykę, jeżeli już szczęście twoje zależy od tej wyprawy?
— Czemu? — zawołał doktór w uniesieniu, dla tego, że wszystkie dotąd czynione próby spełzły na niczem, dla tego, że od czasu zabójstwa Munga Parka nad Nigrem, aż do chwili zniknięcia Vogla w Wadai, śmierci Oudneja i Klappertona w Murmur i Sakatu aż do Maizana, który został poćwiertowany, majora Lainga, który zginął z rąk Tuaregów aż do zamordowania Roschera z Hamburga, liczne ofiary przybyły do tej listy męczenników afrykańskich! Dla tego również, że jest to niemożliwem wobec żywiołów, głodu, pragnienia i febry; wobec dzikich zwierząt i jeszcze dzikszych plemion; dla tego więc, gdzie jednym sposobem dotrzeć nie można, trzeba probować innych i tam, gdzie prostą drogą dojść nie można, należy ją obejść, lub przejść po nad nią.
— Gdybyż tylko chodziło o to, żeby przejść po nad nią, wtrącił Kennedy, ależ ty chcesz po nad nią przefrunąć!
— A więc, ciągnął dalej doktór ze spokojem, czegóż mam się obawiać? Postarałem się o to, aby uniknąć spadku balonu, gdyby jednak mój statek powietrzny mnie zawiódł, wówczas znajdę się na ziemi w tych samych warunkach, co i moi poprzednicy w swoich wyprawach odkrywczych. Lecz nie, balon mój się ostoi, na to możemy śmiało liczyć.
— Przeciwnie, na to liczyć niepowinniśmy.
— Ależ tak, kochany Dicku; nie myślę rozstać się z moim statkiem powietrznym aż do chwili dotarcia do zachodniego brzegu Afryki. Z moim balonem wszystko możebne, bez niego padnę ofiarą niebezpieczeństw i naturalnych przeszkód tego rodzaju wypraw. Siedząc w balonie kpię sobie z upałów, burz, samumu, niezdrowego powietrza; ani dzikie zwierzęta, ani ludzie nie mogą się do mnie przyczepić. Gdy mi będzie za gorąco, podniosę się wyżej, gdy za zimno, opuszczę się. Po przez góry i przepaście przefrunę, przez rzeki i potoki przemknę się jak ptak, a gdy burze zobaczę, uniosę się po nad nią. Posuwam się bez wysiłków; wznoszę się po nad miasta i przebiegam z szybkością orkanu; przed oczyma mojemi roztacza się karta Afryki w wielkim atlasie świata.
Kennedy został oczarowany widokiem roztoczonego przed nim obrazu, zdawało mu się, że unosi się już w przestworzach, co go przyprawiło o zawrót głowy; patrzał na Samuela z podziwem i troską.
— Po tem wszystkiem, coś mi tu opowiedział, mój Samuelu, zapytuję, czyś wynalazł pewny sposób kierowania balonem?
— Nie, gdyż to jest niemożliwem.
— Więc, kierujesz się?...
Opatrznością. W każdym razie ze wschodu na zachód, gdyż zamierzam posługiwać się passatami, mającemi stały kierunek.
— O tak! — rzekł Kennedy — passaty... na pewno... można w ostateczności... czy to możliwe?...
— Czy możliwe? — mój kochany przyjacielu, to pewne. Rząd angielski oddał do mojego rozporządzenia okręt, a nadto postanowiono aby 3 lub 4 okręty krążyły nad wybrzeżem zachodniem. Najpóźniej za trzy miesiące udam się do Zanzibaru, aby napełnić balon i ztamtąd uniesiemy się w przestworza...
— My! — zawołał Dick.
— Czy masz jeszcze co do nadmienienia? — słucham cię przyjacielu.
— Bardzo wiele, pomiędzy innemi objaśnij mnie, czy ubytek gazu przy zatrzymaniu się w miejscowościach, które chcesz zwiedzić, nie zaszkodzi ci w dalszej podróży? O ile wiem, była to przyczyna nieudania się dotąd wszelkich dalekich podróży balonem.
— Kochany Dicku, odpowiem ci na to jednem słowem... Będę się zatrzymywał, nie tracąc ani jednego atomu gazu.
— I pomimo to będziesz mógł unosić się i opuszczać dowolnie? Jakimże to sposobem?
— To moja tajemnica, przyjacielu, ufaj mi, a hasłem naszem niechaj będzie: „Excelsior!“
— A więc niech będzie „Excelsior“ — odpowiedział myśliwy, nie rozumiejąc ani słowa po łacinie.
Kennedy był zdecydowany opierać się wszelkiemi siłami wyjazdowi przyjaciela, udawał jednak chwilowo, iż dał się przekonać i postanowił obserwować postępowanie doktora, który energicznie zajął się przygotowaniami do wyprawy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy‎.