Pięć minut do północy/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pięć minut do północy
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia Sp. Akc.
Ilustrator Tadeusz Lipski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVII.

Odjazd Hansa nie wywarł na Manon silniejszego wrażenia. Nie czuła nawet braku przyjaciela, tak samo jak nie opanował jej żal i smutek, gdy wkrótce również jeden po drugim odjechali Joe, Roy i Małachowski. Spostrzegła to sama dopiero w kilka dni później, gdy nadszedł list kapitana, donoszący o zgonie ojca i o kłopotach, jakie ma z doprowadzaniem do porządku zawikłanych spraw rodzinnych.
Manon zaczęła rozmyślać nad stosunkiem swoim do Hansa i nad własnym nastrojem.
Zupełnie dokładnie wiedziała, że Hans był dla niej drogi, lecz nie z powodu swojego głębokiego uczucia, uwielbienia i wiernej przyjaźni. Rozumiała, że po długich rozmowach, prowadzonych z zupełną szczerością, kapitan miłość swoją wtłoczył w granice przyjaźni i oddania, że może być pewna Hansa von Essen w każdym wypadku życiowym, gdyż wszystko potrafi pojąć i przebaczyć.
Zawsze ścisła w logice myślenia Francuzka widziała, jakie głębokie zmiany zaszły w niemieckim oficerze po wojnie okrutnej, hańbiącej całą ludzkość, a przynoszącej plon tak marny, jak zdziczenie, rozpętanie zmysłów i najgorszych instynktów, nędzę, rozpacz i bezdroże, otwierające się przed znękaną Europą. Nie ukrywała przed sobą Manon, że jej osobiste przeżycia wywarły wpływ potężny na światopogląd kapitana człowieka uczuciowego i wrażliwego, o duszy czystej, przechowującej w sobie zapomniane, zdawałoby się, ideały, które były światłem przewodniem dawno zeszłych z ziemi pokoleń.
Istotnie Hans von Essen przeżył ciężki dramat.
Wiara w potęgę Germanji, wpajana w niego od dzieciństwa przez szkołę, a później przez porywający obraz blasku imperjum, przez urok śmiałych haseł i wszechwładnych teoryj państwowych, rozwiała się w tak nielitościwy sposób. Z rozmów z rodakami Hans wywnioskował, że, mimo rozpaczy, ogarniającej ojczyznę jego, duch nienawiści i żądza zemsty nie zagasły, a te uczucia nie wróżyły jaśniejszej przyszłości. Wytłumaczył mu to z bezwzględną szczerością ponury zawsze Małachowski, napomykając o istnieniu nieznanych dróg ratunku, lecz nie chciał nawet ściślej określić ich, gdyż widział, że jak dotąd prowadziło ku nim tylko jałowe, złudne marzycielstwo.
Wyczuwała myśli, miotające duszą Hansa, Manon de Chevalier i wiedziała, że najbardziej bolała kapitana świadomość, iż nic nie może zarzucić Francji, jako najgroźniejszemu wrogowi. Jeżeli Anglja stosowała do nieprzyjaciela pełne okrucieństwa środki obrony i napadu, Włochy — w krytycznej chwili złamały trójprzymierze, Rosja dopuszczała się ponurych gwałtów w Prusach wschodnich, to Francja pozostawała wierną tradycjom swoich wielkich myślicieli, patrjotów i wojowników.
Znienawidzony przez Niemców duch łaciński zatriumfował w całej pełni. Jego genjusz przez długi czas wstrzymywał wojny, a później porwał cały świat cywilizowany, bez myśli nawet o własnych korzyściach, otworzył bowiem drogę zachłanności Anglji i Stanów Zjednoczonych, pchnął do ostatecznej rozprawy z militaryzmem, wyczerpującym moralnie i materjalnie ludzkość; genjusz ten zwyciężył w krwawem starciu wrogich sił, ale nie pogwałcił prawa międzynarodowego i obyczajów wojny.
Prawda, że na trujące gazy odpowiedział potężniejszemi środkami, zawdzięczając je głębi i sprężystości swojej myśli, lecz, przecież, nikt, nawet chyba sam feldmarszałek Hindenburg, nie mógł się spodziewać, że w chwili groźnego niebezpieczeństwa Francja postąpi według słów Chrystusa i nadstawi lewy policzek, gdy cios padł już na prawy.
Ta myśl istotnie dręczyła Hansa, bo dowodziła niższości przesławnej, okrzyczanej po tysiąc razy kultury germańskiej rasy i zmusiła walecznego kapitana do zestawień i krytyki, wypadającej nie na korzyść ideologji niemieckiej.
Pojmowała i czuła Manon, że w Hansie von Essen odbywała się ciężka, bolesna przemiana wewnętrzna, prowadząca do rewolucyjnych niemal załamań poglądów, bez wyraźnego jeszcze celu, do którego mógłby dążyć ten szczery i czysty człowiek, nagle przestający wierzyć w nieomylność i prawo do kierowania życiem narodu ludzi, dotąd rękę na sterze kraju trzymających, a ufnych w nieomylność swoją.
Manon dobrze poznała Hansa i była pewna, że kapitan nie powróci na dawne drogi, że, będąc człowiekiem czynu, wyrwie się poza granice panujących w Niemczech nastrojów i zacznie walczyć o nowy światopogląd z całą odwagą, przekonaniem i szczerością.
Za to wszystko lubiła go i poważała. Zapomniała o jego czynach dowódcy podwodnej łodzi, bo zdawała sobie sprawę z tragicznych wpływów wojny, czyniącej bezwiednych zbrodniarzy nawet z ludzi najcichszych i najszlachetniejszych.
Pamiętała za to chwilę, gdy zrozpaczony i zdruzgotany ponuremi wieściami Hans targnął się na własne życie, a później natchniony błysk oczu stojącego nad grobem człowieka, który mówił jej o spłaceniu długu za zbrodnię, dokonaną na niej, jego tkliwość dla Henryka, przyjaźń dla niej i współczucie.
Wszystko to wiedziała i rozumiała, lecz czuła, że nie to tylko czyni Hansa szczególnie bliskim jej.
Przebywając z nim i prowadząc długie rozmowy, pełne zwierzeń wzajemnych i szczerości, niczem nie skrępowanej, zapominała, że była wobec kapitana Hansa von Essen.
Widziała przed sobą dwóch naraz Hansów.
Jednego — chłopca jeszcze, o zwichrzonej, niesfornej czuprynie i ciągłym rumieńcu zmieszania na twarzy. Był to mały, silny Hans, którym się zachwycała, przeczuwając w nim skłonność do przyjacielskiej, wiernej opieki, którego lubiła więcej od innych nawet wtedy, gdy napadł na Patrie-en-fleurs...
Drugi Hans — to wytrenowany atleta, zdobywca laurów sportowych, młody oficer marynarki, mówiący z namaszczeniem o potędze Niemiec, a taki czysty i skromny, że nie mógł znieść widoku zmiętej na jej piersi róży i odszedł bez pożegnania, przybity i zrozpaczony. Ten Hans był dla niej jeszcze droższy.
Widziała w takiej chwili jednocześnie siebie samą, jako małą dziewczynkę z żółtą kokardą w kruczych włosach, lub na moście Montblanc, gdy zwycięski sternik „Germanji“ wysoko podnosił flagę przed trybuną sędziów.
— Miniona bezpowrotnie wiosna życia wiąże mnie z Hansem — myślała nieraz, lecz natychmiast odzywał się rozum i szeptał:
— Dlaczegóż inaczej czujesz się w obecności Joego, Roya i Alfreda?
Długo nie mogła znaleźć odpowiedzi na to pytanie.
Pewnego razu, robiąc przegląd swego życia, doszła do zrozumienia tego nastroju.
Przed wojną, będąc w wyższych klasach na pensji, a później na uniwersytecie, nieraz spostrzegała gorące spojrzenia mężczyzn, rzucanych na nią. Kilku kolegów otwarcie kochało się w niej i prosiło o jej rękę. Nie była obojętną dla Roya Wilsona, a nawet dla Joego Leystona, w zawiły sposób wyrażającego swoje uczucie, gdy mówił o wyspie Manon-Isle.
Czuła, że kocha ją też Hans, chociaż chłopak był nieśmiały i nie odważał się nawet dłużej patrzeć na nią.
Nagle wszystko się zmieniło.
Po wypadku w Argonnach nikt już nigdy nie powiedział jej słowa o swej miłości. Dawni koledzy uniwersyteccy byli bardzo dobrzy dla niej, pełni współczucia, lecz, zdawało się, unikali pozostawania z nią dłużej sam na sam.
Joe, Małachowski i Roy Wilson byli nadal przyjaciółmi, lecz i w tym stosunku zaszła dziwna zmiana. Przed wojną była to przyjaźń mężczyzn dla kobiety, stosunek, z łatwością przechodzący w miłość. Przy niej zawsze starali się wykazać swoją męskość i przewagę nad innymi, podobać się jej.
Teraz patrzyli na nią bardzo serdecznie, chcieliby dopomóc jej, lecz przestała istnieć dla nich jako pożądana kobieta.
Rozumiała, że, chociaż spadło na nią nieprzewidziane nieszczęście, jednak pozostawiło ono niezatarty ślad w stosunkach do niej ludzi.
— Panna, matka dziecka z nieznanym ojcem... — Kto wie, co sądzą ludzie o tym wypadku? Niewątpliwie, niejeden ze zblazowanych młodzików wyobraża sobie całe zajście inaczej...
Przymknęła oczy i odrazu wypłynęły z przerażającą rzeczywistością mętne bielma szyb, zimny, czarny mrok, niejasne kontury szafy i bielejące w ciemności, zmięte łóżko, z którego przed chwilą zwleczono wieśniaczki o nagich piersiach i poplątanych, potarganych włosach, spadających na smagłe ramiona....
Dreszcz wstrząsnął nią.
Otworzyła oczy i pomyślała z gorzkim uśmiechem:
— Tymczasem ten i ów wyobraża sobie wszystko inaczej! Z pewnością przypuszcza, że stało się to w jakimś zdobytym zamku po hucznej orgji, w oparach wina i śmiechu, gdy nieprzytomną i pijaną zaniesiono do porzuconej sypialni magnackiej, w której dwa nieprzytomne ciała ludzkie połączyły się w grzechu bezwiednym...
Ukryła twarz w dłoniach i zacisnęła usta, aby nie krzyczeć z rozpaczy, nie przeklinać, nie bluźnić.
Z trudem uspokoiwszy się, snuła dalej myśl swoją:
— Hans oznajmił, że wie o wszystkiem, o nic się nie wypytywał i nawet nie wyrażał swego współczucia i oburzenia. Nie chciał o tem mówić i wspominać. Zrozumiał, jak się to musiało stać, wierzył jej i o nic nie podejrzewał. Był pewien, że padła niewinną ofiarą zbrodni. Wyznał jej swoją miłość i w każdej chwili połączyłby z nią własne życie. Dla niego istniała tylko dawna Manon — Manon wiosny ich życia...
Wtedy zrozumiała, że Hans jest dla niej najdroższym, gdyż on jeden pozostał niezmiennem, żywem wspomnieniem beztroskiego, jasnego życia przedtem, nim dotknęła ją okrutna ręka losu, zrobiwszy z niej taką, jaką się stała i czuła obecnie.
Od tej chwili zniknął przed nią kapitan von Essen i pozostał tylko Hans.
— Hans, dobry, miły Hans!... — doszło ją żałosne wołanie Henryka.
— Miły, dobry Hans! — szepnęła z rozrzewnieniem i nagle zmartwiła ją myśl, że tak rzadko i mało wspomina przyjaciela.
Usprawiedliwiła jednak siebie natychmiast.
Całe jej życie, pełne rezygnacji i wywalczonego przed rozpaczą spokoju, przysłoniętego smętkiem, zmieniło się nagle.
Nadzieja możliwości pomyślnej operacji dziecka i pocieszająca diagnoza lekarzy pochłonęła ją bez reszty. Nie spostrzegła mijających dni i tygodni, zapatrzona w zbliżający się termin ostatecznego wyroku.
W Genewie miał się odbyć międzynarodowy zjazd okulistów. Profesorowie uniwersytetu powiadomili swoich zagranicznych kolegów o czekającym ich niezwykłym pacjencie i możliwej operacji. Kilku najsłynniejszych specjalistów, a w ich liczbie niemiecki uczony, który na prośbę Hansa oglądał chłopczyka, wyraziło zgodę na wzięcie udziału w badaniach i operacji.
Nareszcie dzień zjazdu nastał.
Badania oczu małego Henryka trwały przez kilka dni. Najsławniejsi lekarze orzekli, że operacja jest możliwa i pacjent całkowicie lub częściowo odzyska wzrok.
Zabieg chirurgiczny odbył się.
Umieszczono małego pacjenta w klinice, w ciemnym pokoju, gdzie miał spędzić długie dni. Manon nie odstępowała od dziecka, pełniąc przy nim obowiązki sanitarjuszki.
Po dwuch tygodniach lekarze zdjęli obandażowanie, pozostawiając chorego nadal w ciemnym pokoju.
Henryk nawet w ciemności miał oczy zamknięte, a gdy Manon zapytała go o przyczynę, odparł:
— Mamusiu, boję się, gdyż nie chcę jeszcze wiedzieć, że pozostałem ślepy...
Jednak Manon powoli przekonała go, aby podniósł powieki, chociaż chwili tej bała się, jak straszliwego wyroku.
Był to moment groźny, przerażający. Przejęta troską, żyjąca niepojętą nadzieją matka czuła, że siwieje.
— Czy już? — cicho zapytała, w ciemności dotykając ramienia synka.
— Jeszcze nic... boję się... o, jak się boję!... — odpowiedział urywanym szeptem.
— Synku... synku... — błagała matka, a całą wolę i siłę duszy włożyła w namiętne, nieme wołanie, niby do kogoś nieznanego, a potężnego:
— Spełnij! Spełnij!...
Nie była to ani modlitwa, ani błaganie. Słowa bez dźwięku zawierały w sobie tylko groźne żądanie.
Nagle w ciemności rozległ się przeraźliwy krzyk Henryka:
— Widzę... widzę!...
Manon przycisnęła rękę do serca i nadsłuchiwała, tamując oddech i jeszcze nie wierząc.
Chłopczyk nagle zerwał się z krzesła i pewnym krokiem podszedł do matki, szepcąc bezładnie:
— Widzisz? Dojrzałem ciebie w ciemności! Jeszcze nie mogę rozpoznać twojej twarzy, lecz widzę całą ciebie, bo jesteś czarniejsza od ciemności... Widzę... widzę!
Przerażenie bezmierne, pochłaniające radość i szczęście, brzmiało w słowach dziecka.
— Mamo! — krzyknął nagle i upadł zemdlony z nadmiaru wrażeń.
Od tej chwili przyzwyczajano Henryka powoli do światła.
Miał krótki wzrok, lecz widział, widział!
Ujrzawszy po raz pierwszy w półmroku twarz matki, długo przyglądał się jej w niemym zachwycie.
— Jakaż ty piękna!... — szeptał. — Taką widziałem matkę małego Jezusa... Taką samą piękną, łagodną i smutną... Nie bądź już smutna... Henryk widzi! Mamusiu!
Tulił się do niej, pieścił jej ręce i płakał, szczęśliwy, wzruszony.
Po sześciu tygodniach dopiero lekarze pozwolili wyprowadzić go do ogrodu, w godzinę po zachodzie słońca. Miał grube, czarne okulary, zasłaniające oczy i chroniące przed zbyt jaskrawem światłem.
Widząc różne przedmioty, wypytywał o nie, poznawał je wzrokiem, dziwiąc się, że wszystko wygląda inaczej, niż sobie wyobrażał, dotykając ich palcami.
Nie rozróżniał jeszcze barw, bo czarne szkła zasłaniały je, zresztą dłuższy czas jeszcze wyprowadzano go tylko wieczorem.
Jednak zmieniano mu co dwa dni okulary, aż pewnego dnia nałożono jasne, prawie zupełnie białe szkła, i Henryk skamieniał.
Mimo zmroku biły zewsząd kaskady przeróżnych barw, — zielone korony drzew, brunatne konary, białe kwiaty jaśminu, wielkie, żółte kielichy lilij i ciemnoszafirowe niebo.
Przebiegał od pni drzew do zielonych krzaków, schylał się nad wonnemi kwiatami, ciężko oddychając i czując, jak serce mu kołacze w piersi.
Płakał i śmiał się.
W kilka dni później Manon w otoczeniu lekarzy wyprowadziła go w dzień do ogrodu, otaczającego klinikę.
Zdjęto dziecku okulary i w tedy Henryk ujrzał słońce, złocące liście drzew, igrające na kwiatach i skrzące się na powierzchni basenu fontanny.
— Słońce! — zawołał przeraźliwym głosem i, chwytając się za pierś i gardło, znowu padł zemdlony, jak wtedy, gdy po raz pierwszy ujrzał w ciemności niejasną sylwetkę matki.
Z trudem doprowadzono go do przytomności, lecz po kilku dniach już znowu pozwolono wyjść.
Natychmiast wyciągnął obydwie rączki do nieba i zaczął powtarzać w zachwycie:
— Słońce!... Słońce!... Słońce!
Była to namiętna modlitwa pierwotnego człowieka, który po długiej nocy kosmicznej poraz pierwszy ujrzał wznoszącą się nad dalekim horyzontem potężną gwiazdę dzienną.
Długo stał w niemym porywie i modlił się bezwiednie.
Wszystko, co umiłowało niewidome dziecko, przelało ono w owej chwili zachwytu i szczęścia w ten gorący szept:
— Słońce!...
Gdy wzruszenie minęło, schwycił matkę za rękę i, niby śpiesząc się, jął żądać natarczywie:
— Mamusiu, prowadź mnie nad jezioro! Nad jezioro!
Stanąwszy na trawniku nad wodą, długo milczał i rozglądał się dokoła.
— Miły, dobry Hans! — szepnął. — Jak ślicznie opowiadał mi o niebieskiej wodzie, lazurowem niebie, białych obłokach dymu i błyszczącym na górach lodzie... Wszystko teraz widzę i kocham... Tylko nie widzę dobrych duchów gór... Nie widzę... Czy ja je zobaczę, mamusiu?
— Zobaczysz kiedyś, synku — odparła Manon.
— Kiedyż, kiedyż? — nalegało dziecko.
— Gdy dorośniesz, Henryczku... — szepnęła.
— Jakże pragnę prędzej dorosnąć! — zawołał, tupiąc nóżką i nie spuszczając wzroku z roziskrzonych szczytów Alp.
Manon była szczęśliwa.
Kochała syna teraz jeszcze goręcej. Mogła już widzieć przed sobą jasny cel — wychowanie Henryka.
Przyszła dawno zapomniana myśl:
— Uczynić z niego mściciela krzywdy i pohańbienia matki!...
Wzdrygnęła się cała. Wydało jej się to okrucieństwem i zbrodnią.
— Mamusiu! — zwrócił się do niej Henryk. — Jeżeli są dobre duchy, to powinny być i złe?
— Dlaczego tak myślisz? — zapytała Manon.
— Inaczej nie nazywałby ich Hans dobremi, lecz wprost duchami! — odparł. — Jakież są te inne — złe duchy?
— Są czarne... — rzekła po namyśle Manon.
— Czarne, jak to, co ciągle widziałem, gdy byłem ślepy? — pytał.
— Czarne i niegodziwe, bo usiłują zbłąkanych w górach ludzi strącić do głębokich przepaści... — przypomniała sobie Manon jakąś bajkę.
Chłopczyk wpadł w zadumę.
Idąc do domu, zatrzymał się nagle i, rączką wskazując na szczyt Montblanc, rzekł z siłą:
— Gdy dorosnę, dotrę do dobrych, białych duchów, zaprowadzę je na najwyższy szczyt i zwalczę złe, czarne duchy!
Mały Henryk wskazywał matce cel jej i swego życia.
— Tak, tak, synku! — wybuchnęła, przyciskając go do piersi.
W tej chwili zapadł wyrok na nią.
Już nigdy nie miała myśleć o sobie, bo zajaśniało przed nią wyższe przeznaczenie.
Dać synowi wychowanie, wpoić w niego wszystko, co najszczytniejszego stworzyła cywilizacja, wzbudzić niezwalczone obrzydzenie do grzechu i zbrodni, dać broń dla zwycięstwa białych, dobrych duchów.
Manon uczuła potrzebę podzielenia się swoją radością i szczęściem z przyjaciółmi dzieciństwa, więc wysłała do wszystkich obszerne listy z opisem operacji i przeżyć uratowanego dziecka, a także własnych uczuć i myśli.
Z różnych miast nadeszły wkrótce serdeczne telegramy, a po nich paczki z upominkami dla Henryka.
Joe Leyston przysłał piękny okręt, poruszany prawdziwym motorem, opalanym cegiełkami twardego alkoholu. Roy Wilson kilka tomów oprawnych, zawierających portrety dobroczyńców ludzkości, którzy wynaleźli nowe lądy, wyspy, maszyny, statki i telegraf bez drutu.
Alfred Małachowski mały zegarek z wyrżniętym na nim napisem: „Czas krótki, droga — długa!“
Hans zaś wyprawił przez znajomego, udającego się do Genewy, duży bukiet białych lilij dla Manon i pięknie oprawną Biblję z podkreślonemi słowami Księgi Psalmów:

„I będzie jako drzewo, które wsadzone jest nad ściekaniem wód, a które owoc da czasu swego; liście jego nie opadną i wszystko, cokolwiek czynić będzie, poszczęści się.“

Niebawem kapitan sam przybył do Genewy.
Był tak szczęśliwy i wesoły, że zdawało się, iż wielka jasność napełnia całą jego istotę. Henryk nie odrywał się od niego, całował go i nie spuszczał zeń rozkochanych oczu.
Kapitan wyrwał się z Berlina tylko na dwa dni, lecz cały czas spędził z Manon i Henrykiem.
Chodzili razem do parku, pływali czółnem po jeziorze i mówili o wszystkiem, co ich porywało.
Wysłuchawszy opowiadania Manon o życzeniu Henryka, żeby walczyć ze ziemi duchami gór, Hans zamyślił się, a potem, wstrzymawszy wiosła, spojrzał na biały łańcuch Alp i rzekł do chłopczyka:
— Mały Henryku! Niegdyś przyrzekłem ci, że będziesz widział i że wszystko, co ujrzysz, pokochasz. Spełniła się moja przepowiednia! Chcę teraz obiecać ci coś innego! Zajdziesz na szczyty śnieżne, jarzące się miljonami iskier, dotrzesz do siedziby białych, dobrych duchów i zaprowadzisz je tak wysoko, że z, niedosięgnionych wyżyn na czarne, złe siły spoglądać będą spokojnie. Duchy, czyhające na ludzi zbłąkanych, są tchórzliwe, a dobre duchy zbyt potulne i ciche. Trzeba więc je przeprowadzić za sobą tam, het! skąd nawet Montblanc wydaje się ziarenkiem piasku, a płochliwe demony przerażą się ich górnego lotu i bez walki ukryją się w ciemnych szczelinach, gdzie wichry śniegiem ich zasypią i skują lodem na wieki!
Henryk słuchał przyjaciela z zachwytem i, chociaż nie rozumiał znaczenia jego słów, cieszył się i powtarzał:
— Chcę dorosnąć jak najprędzej! Jak najprędzej!
Wieczorem, pozostawszy sam na sam z Manon, kapitan długo patrzył na nią, a później, gdy zdumiona podniosła na niego piwne swoje oczy, zaczął mówić:
— Radość i szczęście powróciło do serca pani, więc i w mojem odżyła nadzieja... wtłoczona oddawna na same dno...
Nagle urwał, bo spostrzegł, jak ciemny cień przemknął pod powiekami jej, a koło ust zaryły się zmarszczki cierpienia.
Potarł czoło dłonią i szepnął:
— Rozumiem... rozumiem...
Zaczęli rozmawiać o rzeczach obojętnych.
Pożegnawszy Manon, wyszedł i zatrzymał się przed domem na tem samem miejscu, gdzie stał, przybywszy z Zermatt do Genewy.
Wzrok swój wbił w oświetlone okna i długo trwał bez ruchu.
W ustronnej ulicy nic nie mąciło ciszy.
Księżyc płynął odwieczną swoją drogą.
Gdzieś daleko huczał na jeziorze spóźniony parowiec.
Donosiły się z nadbrzeża ciche dźwięki orkiestry, grającej w kawiarni.
Wszystkie te odgłosy należały w tej chwili do innego, obcego świata.
Dla kapitana von Essen całe życie skupiło się w oświetlonych oknach Manon i w głośno bijącem sercu.
Nagle światło zgasło i całą kamienicę ogarnęła ciemność.
— Nad moją miłością wyrósł kopiec bez nagrobka... i tylko dwoje ludzi wie, co pod nim pogrzebano...
Łzy cisnęły się do oczu kapitana, a ciężkie, palące łkania wzbierały w piersi.
Już podniósł dłonie, aby zacisnąć gardło i usta, gdy nagle przypomniał sobie słowa pastora, przemawiającego na pogrzebie jego ojca:
„I rzekł mu: Wynijdź, a stań na górze przed Panem; a oto Pan mija, i wicher wielki i mocny, wywracający góry i kruszący skały przed Panem. Nie w wichrze Pan, a po wichrze — wzruszenie; nie we wzruszeniu Pan, a po wzruszeniu — ogień; nie w ogniu Pan, a po ogniu — szmer powiewu cichego“...
Kapitan jęknął i szepnął:
— Oby po ogniu mej męki przyszedł szmer powiewu cichego!
Powolnym krokiem ruszył ku środkowi miasta.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.