Pięć minut do północy/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pięć minut do północy
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia Sp. Akc.
Ilustrator Tadeusz Lipski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII.

Spalony przez pułkownika Volkmanna na stosie genjusz francuski nie był jeszcze martwy, bo potrafił w bitwie nad Marną odeprzeć wojska cesarza Wilhelma i przejść do kontr-ataku, zmuszając wroga do odwrotu na całej linji.
Nie ujrzano nad Paryżem flagi niemieckiej i wielu oficerów wrzuciło do ognia swoje niemiecko-francuskie rozmówki.
Cel był osiągnięty. Francja, oddająca wszystko dla obrony ojczyzny, przekonała się, że dawny duch zwycięski nie zagasł ani w potomkach arystokracji, niegdyś ginącej na szafotach, ani w ich katach-sankiulotach, że odwaga i ofiarność bezgraniczna żyje w sercach wieśniaków, socjalistów, wszystkich warstw społecznych i zawodowych.
Cały świat przyklasnął podnoszącemu skrzydła genjuszowi, a nieprzyjacielskie rządy zaniepokoiły się, gdy pierwsze, ciężkie niepowodzenie przemówiło surowym głosem.
Niepokój ten miał fatalne skutki. Porażka nad Marną uświadomiła niemiecki sztab generalny co do błędów i słabości pierwotnego planu. Rozpoczęto gorączkowe formowanie wojsk zapasowych i, po krótkiem przeszkoleniu, przerzucanie ich na front zachodni. Zdawało się, że zupełnie zapomniano o wschodniej granicy, gdzie całe zadanie miało wykonać 40 dywizyj austrjackiej armji. Jednak Rosjanie wstrzymali ofenzywę Austrjaków i, nie widząc przed sobą znacznych sił niemieckich, wtargnęli do Prus Wschodnich, dopuszczając się gwałtów, zdawałoby się, niemożliwych w dumnym XX-ym wieku.
Jednak działo się to w stuleciu, które z największem prawem może pretendować do miana „stulecia ognia, żelaza i ruchu“, czyli czynników rozkładających i niszczących wszelkie wartości moralne, a na pierwszem miejscu równowagę psychiczną, religję i politykę, jako system współżycia narodów.
Sztab niemiecki zmuszony był przerzucić cztery dywizje z frontu francuskiego do Prus Wschodnich i na Śląsk.
Był to pierwszy krok, wywołany groźnym stanem rzeczy i od tego czasu armja niemiecka długie, ciężkie cztery lata, spędzała bądź w okopach, bądź w pociągach wojskowych, przerzucana z zachodu na wschód, lub odwrotnie.
Nie sprzyjało to podniesieniu ducha w żołnierzu, który odtąd nigdy nie był pewien całkowitego powodzenia na teatrze wojny i z coraz głębszem zwątpieniem spoglądał na swoje dowództwo naczelne. Po bitwie nad Marną od generała dywizji do szeregowego piechura zrozumiano, że przygotowany od wielu lat strategiczny plan runął i że sztab generalny już nie prowadzi dalej początkowej gry, lecz zmuszony jest do improwizowania, do tworzenia szeregu mniejszych miejscowych planów.
W tym okresie ciągłych przerzucań niemieckich dywizyj, Hans von Essen walczył na różnych frontach. Jego baterja ryczała w Karpatach, odzyskując Galicję, brała udział w bitwie nad Izerą, a później na długo utkwiła pod Rygą, gdzie rosyjskie wojska stawiały dzielny opór.
Szczęśliwie wychodził ze wszystkich bitew Hans, chociaż w jego oddziale dawno już nie było pułkownika Volkmanna, studenta teologji Sturma i innych kamratów, których porwała nielitościwa ręka wojny.
Hans von Essen otrzymał już szarżę majora, a na wytartym i zniszczonym mundurze widniały wysokie odznaczenia bojowe.
Po rozpaczliwym zmaganiu się pod Verdun, major von Essen otrzymał wezwanie morskiego sztabu do stawienia się w Berlinie. Było to w listopadzie 1916 r.
Przybywszy do stolicy, dokąd zostali wezwani wszyscy oficerowie podwodnej marynarki, Hans usłyszał nowinę, przejmującą go dreszczem radości.
Admirałowi von Holtzendorffowi i Scheerowi udało się przekonać cesarza oraz marszałków Hindenburga i Ludendorfa o konieczności rozpoczęcia wojny podwodnej, oczyszczenia mórz od nieprzyjacielskiej floty i użycia niemieckich okrętów dla celów wojny.
Szef sztabu admiralicji Holtzendorff po ogólnem posłuchaniu oficerów, wezwał do siebie Hansa von Essen i rzekł do niego:
— Naradzałem się z ojcem pana i postanowiłem wykorzystać pańskie zdolności i znajomość języków w pewnej sekretnej a doniosłej sprawie. Niemiecki sztab posiada wszędzie swoich agentów-wywiadowców. Mamy więc ich w Holandji i Danji. Teraz, gdy rozpoczynamy operacje na morzu, musimy dać im nowe instrukcje i szyfry, aby jak najenergiczniej pracowali. Zamierzam posłać pana do Holandji dla porozumienia się z naszymi agentami i doręczenia im tajnego szyfru.
— Rozkaz, ekscelencjo! — rzekł Hans.
— Proszę sobie uprzytomnić, że jest to misja nader poważna i odpowiedzialna! — dodał admirał.
— Rozumiem, ekscelencjo! — odparł oficer służbowo.
Holtzendorff zamyślił się, patrząc na stojącego przed nim, wyprostowanego oficera.
— Czy pan nie ma zagranicą, w krajach wrogich, kobiety, którąby pan kochał, lub chociażby jej pożądał? — zapytał ściszonym głosem Holtzendorff.
— Nie, ekscelencjo! — odpowiedział bez wahania von Essen.
— Doskonale! — zawołał admirał. — Jutro o dziewiątej rano będzie pan w sztabie admiralicji i zamelduje się u szefa wydziału agentury zagranicznej. Dam mu potrzebne instrukcje. Żegnam!
Hans opuścił gabinet admiralski i pojechał do domu rodziców.
Nazajutrz młody oficer dążył już na zachód.
Szyfr miał zapisany niewidzialnym płynem na sztywnym gorsie koszuli i na mankietach. Tamże były umieszczone nazwiska i adresy agentów holenderskich.
W eleganckim młodzieńcu, roześmianym i trochę naiwnym, nikt nie mógłby poznać wybitnego oficera, jakim był Hans von Essen. Udawał inżyniera niemieckiej fabryki chemicznej, jadącego dla podtrzymania dobrych stosunków handlowych z holenderskimi odbiorcami.
— Czeka mnie ciężka praca! — mówił głośno z udaną wesołością do przygodnych towarzyszy podróży. — Nic nie możemy teraz sprzedawać Holendrom, więc nasze stosunki ograniczają się do tego, że co dwa miesiące odwiedzam naszych klientów, wypijam z nimi niezliczoną moc szampana i likierów, poczem wracam do Berlina, aby przyglądać się, jak w naszej zarekwirowanej przez rząd fabryce zamiast perfum, myła, pasty do zębów i różnych kosmetyków robią mieszaniny wybuchowe!
Pokazywał przytem albumy fabryki, cenniki i próbki wyrobów.
Na granicznej stacji młody oficer przedstawił urzędnikom holenderskim, strzegącym neutralności kraju, swój paszport handlowy i inne dokumenty, wydane na imię inżyniera-chemika Wolfganga Kurziusa. Gdy urzędnicy przeglądali papiery i walizki pasażera, do Hansa podszedł nagle wysoki człowiek o rudawych włosach i, wciskając monokl w oko, zawołał radośnie:
— Hallo, Hansie! Cieszę się, że ciebie widzę, stary przyjacielu!
Von Essen znieruchomiał. Poznanie go na granicy i wykrycie prawdziwego nazwiska groziło przykremi konsekwencjami i niepowodzeniem jego misji od pierwszego kroku.
Już zrobił obojętną minę, chcąc udać, że nie rozumie, o kogo idzie, lecz, przyjrzawszy się bacznie człowiekowi w monoklu, poznał Joego Loystona.
— Djabli nadali tę angielską kukłę — pomyślał.
Musiał jednak ratować sytuację, więc najspokojniej w świecie poszedł na spotkanie z wyciągniętą dłonią, mówiąc:
— Bardzo się cieszę, Joe, że cię spotykam tutaj! Nie będzie nam się czas dłużył, bo przyjechałem spędzić w Holandji parę tygodni, aby uspokoić nadszarpnięte nerwy.
— Zupełnie jak ja! — odpowiedział z całą swobodą Joe, — jestem tu już od dwuch tygodni, wypoczywam, nic nie robię i o niczem nie myślę.
— Co ciebie zaniosło aż tu nad granicę, na taką zaprzepaszczoną stację? — śmiejąc się, zapytał Hans.
— Tajemnica polityczna! — wybuchając głośnym śmiechem, odpowiedział Anglik. — W Amsterdamie dowiedziałem się, że w Lipsku wydano wszystkie dzieła i artykuły mego ziomka, a waszego najświetniejszego piewcy — Houstona Stewarta Chamberlaina. Znajomy hodowca tulipanów miał dziś dostarczyć mi książki, więc wyruszyłem na jego spotkanie. Mieszka on w pobliżu granicy i nie mógłby jechać do Amsterdamu.
Joe mówił to głośno, akcentując pewne słowa. Nareszcie po chwili zawołał:
— Ale otóż i on!
Jakiś człowiek o pospolitym wyglądzie uścisnął rękę Joego i doręczył mu sporą paczkę, lecz, gdy Hans zaczął oglądać się za swoim tragarzem, szybko pochylił się i szepnął do Anglika:
— Ten gentleman ma paszport handlowy, wystawiony na imię Wolfganga Kurziusa, milordzie.
Well! — rzekł przez zęby Joe. — Za godzinę po przyjściu pociągu do Amsterdamu wpadniesz pan do mnie do hotelu w innem ubraniu na wszelki wypadek.
All right! Good bye, gentlemen! — rzekł głośno nieznajomy, uchylając kapelusza.
Wkrótce Hans z Joem zajęli przedział pierwszej klasy i jechali do Amsterdamu.
— Mieszka pan z pewnością w poselstwie angielskiem? — zapytał Hans.
— Broń Boże! — żachnął się Joe. — Omijam je, jak mogę. Czytam, śpię i chodzę do kinematografów... wypoczywam. Stoję w hotelu... mały, doskonały hotelik dostojnego von Eyken! Może i pan się tam zatrzyma? Będzie pan zadowolony!
— Owszem! — zgodził się bez namysłu, z udaną radością Hans. — Będzie pan moim cicerone.
— Z największą przyjemnością! — rzekł Joe. — Poznałem holenderskie miasta i, doprawdy, — nie są one wcale nudne!
— Doskonale! — zawołał Hans. — Zabawimy się! Zbrzydły mi okopy i ciągła strzelanina. Pan nie wie, że, wobec beznadziejnej bierności naszej floty, przeniosłem się do artylerji i sporo wojny odrobiłem, bo przerzucano moją baterję niby piłkę foot-ballową, a kopnięcia nieraz bywały prawie od Kanału aż do rosyjskiej granicy! Ha, na to jest wojna! Głupia to i brudna robota!
Hans zmarszczył usta z wyrazem niesmaku.
Joe rzucił na niego bystre spojrzenie, zaledwie w przelocie, i, wzruszywszy ramionami, mruknął:
— O! Zgadzam się z panem najzupełniej!
Dawni znajomi przyjaźnie rozmawiali przez całą drogę, opowiadając o swoich przeżyciach w okresie wielkiej wojny. Byli zupełnie szczerzy z sobą, nie poruszali tylko drażniących tematów, jako to: odpowiedzialności za wojnę i sposobów prowadzenia walki zbrojnej, ustalonych przez niemiecką armję.
Hans von Essen jednak wkrótce sam nawiązał rozmowę w tym kierunku.
— Nie usprawiedliwiam stosowanych obecnie metod wojny — oznajmił poważnym głosem, — i osobiście unikałem ich. Muszę jednak przyznać, że mam dla nich wytłumaczenie.
Well? — zapytał Joe Leyston.
— Dwa pokolenia niemieckie, biorące udział w tej wojnie, zostały gruntownie urobione w szkołach, gdzie podawano im odpowiednią strawę, dobrze, a czasem z talentem i porywem przyrządzoną: Jan Fichte po 1806 r., a po nim Hegel z teorją boskiej natury państwa; Treitschke, Bismarck, Akademisches Alldeutschtum, Sombart, generał Delitzsch, Stirner, Nitzsche, Bernhardi, Bülow, nauczycielstwo ludowe, kościół protestancki, literatura, popierana przez rząd, i inne czynniki, które wysysały i wyssały wszystko, co było najlepszego w duszy niemieckiej. Zgadzam się! Lecz czy odpowiedzialność za wojnę pada wyłącznie na Germanję — tego nie wiem i o tem powątpiewam...
O! — mruknął Joe, lecz ust pogardliwie nie skrzywił.
— Niech pan wypowie się wyraźniej! — zaproponował Hans.
— Innym razem, przy innych okolicznościach! — kiwając głową, zagadkowym szeptem odpowiedział Leyston, zaglądając w podnieconą twarz towarzysza.
— Mam zwyczaj prawdzie patrzyć w oczy, — rzekł Hans. — Możemy teraz mówić tylko prawdę nie ze względów politycznych, lecz dla wyjaśnienia tej prawdy, samym sobie wyłącznie!
Yes! — zgodził się, spuszczając oczy, Joe. — Zapomniałem powiedzieć panu, panie von Essen, że za godzinę będę zmuszony go opuścić, gdyż mam wizytę u wspólnego naszego przyjaciela, przebywającego pod Amsterdamem.
— Wspólnego przyjaciela? — zdziwił się Hans. — To, z pewnością, dzielny Roy Wilson?
— Nie! — odparł z lekkim uśmiechem Joe. — Chcę odwiedzić chorą Manon de Chevalier.
— Mała Manon! — zawołał Hans. — Bardzo chciałbym spotkać ją i opowiedzieć o pewnem wydarzeniu, którego świadkiem byłem podczas bitwy nad Marną.
Very well! — wykrzyknął Anglik. — Pojedziemy razem, będzie bardzo ucieszona!
Pociąg dobiegał do Amsterdamu. Po ulokowaniu się w małym, lecz wytwornym hotelu, towarzysze spotkali się w hallu.
Joe wprawnem okiem oglądał Hansa.
— Ma pan teraz jeszcze bardziej męską postać — zauważył. — Z twarzy też zniknęły ślady zakłopotania, dawniej dość częstego u pana.
— Gdy trzeci ciężki pocisk wybuchnie w pobliżu, a krzywdy nie zrobi, zakłopotanie nawet najsilniejsze pryska na zawsze! — odparł Hans ze śmiechem.
Jednak nie spostrzegł tego, że Joe mniej zwracał uwagę na jego twarz, niż na ręce. Uspokoił się Anglik dopiero wtedy, gdy zauważył, że pod miękką, flanelową koszulą von Essen pozostawił inną o sztywnym gorsie i mankietach.
Zrozumiał wszystko i uśmiechnął się nieznacznie.
— Przepraszam, — rzekł Joe po chwili, — muszę dać wskazówki szoferowi.
Wszedł do windy i pojechał do siebie. Przy biurku siedział człowiek, który doręczył mu na granicy paczki z książkami.
— Billy, — rzekł Joe, — nie wątpię, że złapiemy ważnego ptaka. Wszystko nosi on przy sobie! Każ natychmiast naszym agentom mknąć samochodem do willi Kastor, a bagaże tego pana niech przejrzy Solvey. Jedźcie natychmiast, a gdy wejdziemy z Hansem von Essen, róbcie co trzeba, a szybko i bez hałasu...
Po chwili duży samochód z pięciu gentlemenami wyjechał z zapasowej bramy hotelu, a wkrótce po nim ruszył „Morris“, prowadzony przez Joego.
— Niebezpieczeństwo nie zagraża życiu Manon? — pytał Hans.
— Nie, teraz nie! Było jednak bardzo źle, bo miss Manon miała silny wstrząs nerwowy — powolnym głosem tłumaczył Anglik, nie patrząc na towarzysza.
— To Manon jeszcze nie wyszła zamąż? — pytał dalej Hans.
— Nie... Kto teraz, podczas wojny, myśli o małżeństwie, gdy dokoła panoszy się i szaleje śmierć?! — mruknął Joe, skręcając z szosy na boczną drogę, biegnącą brzegiem wąskiego kanału.
Hans von Essen westchnął, przypomniawszy sobie ucztę w białym pawilonie w okolicach Sézanne.
Samochód zatrzymał się przy samotnej willi, otoczonej niedużym parkiem.
— Proszę wchodzić, — rzekł Joe, — ja zaś tymczasem muszę skontrolować motor.
Hans skierował się ku drzwiom willi i zadzwonił.
Joe podniósł głowę i nadsłuchiwał.
Doszedł go głuchy łoskot zamykających się ciężkich drzwi, okrzyk przerażenia, gwar zmięszanych głosów.
All right! — mruknął Anglik i, poprawiwszy na sobie krawat, wszedł do willi.
Hans von Essen z kajdankami na rękach, obdarty z ubrania i koszuli siedział w głębokim fotelu, ponury i zrozpaczony.
Gentleman, noszący imię Billy, jakimś proszkiem, wyświetlał słowa zapisane na gorsie koszuli bezbarwnym płynem.
Gdy Joe Leyston wszedł do pokoju, Billy rzekł:
— Jest to szyfr, milordzie, oraz kolumna cyfr. Oznaczają one z pewnością wasze agentury, niech się pan przyzna, panie Wolfgang Kurzius!
Oficer milczał.
Dwie godziny trwała praca, a gdy gors i mankiety jeńca pokryły kolumny wyrazów szyfrowanych, oraz cyfr, przy których widniały adresy, Billy rzekł do swoich pomocników:
— Gentlemeni, możecie zdjąć kajdanki z rąk agenta niemieckiego. Pan zaś może się ubierać i dziękować Bogu, że został pan schwytany na terytorjum neutralnem. W Anglji lub Francji jutro już wisiałby pan!
— Bardzo się pan myli! — zupełnie spokojnie zaprzeczył Hans. — Jestem oficerem, pełniącym obowiązki, związane z wojną. Rozstrzelanoby mnie i do tego, nie byłbym ani związany, ani nie miałbym zasłoniętych oczu. Stryczki są pozostawione dla cywilnych szpiegów, służących za płacę od wykonanej sztuki, jak wy i ten zdrajca...
Joe Leyston drgnął i stanął jak wryty, zmrużywszy blade, zimne oczy.
— Zdrajca i tchórz! — powtórzył Hans, patrząc wyzywająco w twarz towarzysza lat dziecinnych.
O! — wyrwało się Joemu, poczem zmierzył Hansa pogardliwym wzrokiem i wzruszył ramionami obojętnie.
— Zdrajca! — powtórzył raz jeszcze oficer. — Zdradliwie wkradłeś się w zaufanie, przypominając lata dzieciństwa, zdradliwie wprowadziłeś mnie w zasadzkę, posługując się imieniem uczciwej dziewczyny.
O! — z pogardą syknął Joe.
— Panie Joe Leyston, jeżeli chcesz obrazić pannę Manon de Chevalier, każ tym drabom Scottland Yardu udusić mnie, gdyż inaczej kiedyś wynajdę pana i obronię honoru tej kobiety!
Leyston milczał długo, aż nagle podniósł głowę i rzekł do gentlemenów, przetrząsających ubranie Hansa:
— Śpieszcie się z tem! Co, już? Nie znaleźliście klucza szyfrowego? Szukajcie go w walizkach, pozostawionych w hotelu. Możecie odejść. Good bye, gentlemen!
Agenci weszli i wkrótce turkot ich samochodu umilknął w oddali.
Hans von Essen, ubrany i w kapeluszu na głowie, pytająco patrzył na lorda Leystona.
— Mogę rzucić się na pana i, spodziewam się, poturbować go dotkliwie! — zauważył z ponurym śmiechem oficer.
— Mógłby pan zaryzykować tem bardziej, że upewniam go słowem honoru... — zaczął Joe.
— Pańskie słowo honoru brzmi dość zabawnie po tem, co pan uczynił ze mną, — rzekł Hans.
O! — pogardliwie krzywiąc usta, mruknął Anglik. — Wygłasza pan banalne sentencje. Powtarzam więc, że w całym domu oprócz nas nikogo niema. Naturalnie, będę się bronił.
Powiedział Joe to wszystko cichym, prawie przyjaznym głosem i niby w salonie zasiadł spokojnie w fotelu.
Well, pozwoli pan, że zapalę fajkę? — rzekł, podnosząc na Hansa blade oczy. — Chciał pan wiedzieć moje zdanie o odpowiedzialności za wojnę i o polityce walki. Możemy porozmawiać?...
Hans wzruszył ramionami i nagle wybuchnął śmiechem, — mówiąc:
— Po takiej podłości, jakiej pan dopuścił się względem mnie, musiałbym spoliczkować pana, a tymczasem nie mogę tego uczynić. Dobrze! Porozmawiajmy!
Joe długo nic nie mówił, bo cały zagłębił się w nabijaniu i zapalaniu fajki. Skończywszy, wyciągnął do Hansa duży gumowy worek z tytoniem.
— Ma pan swoją fajkę? Bardzo polecam tytoń, bo jest bez zarzutu.
Oficer, wciąż się śmiejąc, zaczął przyrządzać dla siebie fajkę.
— Nim przystąpię do zasadniczej rozmowy, podzielę się z panem memi spostrzeżeniami — cichym głosem zaczął Joe, wypuszczając kłęby aromatycznego dymu. — Trzy nieuzasadnione, lekkomyślne słowa, które, z powodu braku logiki, nie były nawet obrażające...
— Aha! — uśmiechnął się Hans.
Well! Pan je sobie przypomina? Zdrajca, tchórz, podłość... Prawda? — wyliczył Anglik.
— Powiedziałem! — zgodził się oficer.
Yes! — syknął Joe Leyston. — Zdradzać, dając fałszywe o sobie wiadomości, zaczął pan, nie ja. Pan wiedział, że jestem Joe lord Leyston, dyplomata, Anglik, więc mógł mi pan ufać lub nie ufać. Zdradził pan swoją ojczyznę, stawiając na kartę powodzenie swej misji dla kobiety. Być może, przybył pan tu w jedynym celu zabicia mnie — kierownika wywiadu angielskiego. Mówię o tem śmiało, gdyż jutro zmuszony będę odjechać, jako już zdemaskowany. Otóż jesteśmy teraz sami i żadnych zakusów na zdradzanie pana, zdaje się, nie przejawiam. Pozostawszy z panem sam na sam, dowodzę, że nie jestem tchórzem. Podłości nie uczyniłem żadnej, bo wiernie służę Wielkiej Brytanji. Wy — Niemcy — jesteście egoistami-romantykami, wszystko musicie otoczyć dekoracją, przystroić w szaty groteskowe z jakiejś niestosownej „comedia del arte“ i na jej tle improwizować wspaniale, czyniąc jednak nader zwykłe rzeczy.
— Anglicy nie są egoistami, chce pan powiedzieć? — zapytał Hans.
No! Nigdybym takiej niedorzecznej opinji nie wygłosił! — wzruszył ramionami Joe. — My jesteśmy egoistami prawdziwymi, a że egoizm ma na celu sprawy ziemskie i doczesne, więc uprawiamy egoizm praktyczny. Gdy chodzi o dopięcie celu i gdy powiemy sobie „it must be done“, wtedy nie mamy żadnych skrupułów. Nie mając zaś osobistych zainteresowań, lubimy, gdy inni mówią: „Anglicy chętnie zgodzili się na taką lub inną rezolucję!“ Rozumie pan, panie von Essen, Anglicy się zgodzili, Anglicy zezwolili, Anglicy nadali. Hę? Niema tu miejsca dla podłości!
— Jeżeli nie będzie nią egoizm? — wtrącił Hans.
— Pocóż nadawać ideom inne określenia, od wieków ściśle i logicznie ujęte? — poruszył się Anglik. — W ten sposób trzy najsilniejsze tematy z dzisiejszej „comedia del arte“ pana rozwiały się całkowicie. Nieprawdaż, że tytoń wyśmienity?
— Istotnie wyborny! — zgodził się oficer. — Ale pan, panie Leyston, jako dyplomata, daleko zajdziesz!
— Nie tracę nadziei! — odparł. — Chociaż sprawę z panem prawie przegrałem. Nie mamy klucza do szyfru i pan go nie ma. Trzeba było obserwować innych gentlemenów, którzy ten klucz przywieźli osobno... Jedno z tego jest dobre, że musicie teraz wszystkie agentury swoje w Holandji pozmieniać, bo dawne za godzinę będą mi już znane.
— Jestem żołnierzem — nie dyplomatą, — westchnął oficer, — i, jak żak naiwny, trafiłem w potrzask.
O! — mruknął Joe. — Zdarzało się to nieraz starym, wytrawnym dyplomatom. Mógłbym o tem panu przez cały wieczór rozpowiadać!
— Wolę pomówić o odpowiedzialności za wojnę i sposobach walki zbrojnej. — przypomniał Hans. — Poto, przecież, zostaliśmy?
Zaśmiał się z goryczą i, ku wielkiemu swemu zdumieniu, usłyszał, że sztywny Anglik chichocze cienkim, bezdźwięcznym śmiechem.
— Pan posiada dowcip! Zupełna racja! Teraz pomiędzy nami pękły ostatnie lody i widzimy nasze dusze w nagości. Możemy mówić o wszystkiem bez masek i figowych listków, bo będziemy wywnętrzali się dla siebie wyłącznie, nie dla narodu, społeczeństwa i rządu! — mówił, trzęsąc się z bezdźwięcznego śmiechu, Joe Leyston. — Is’nt true? Well! Zaczynam, stary przyjacielu...
— Przypuśćmy... — uśmiechnął się Hans. — Bardzo jestem ciekaw, co może szczerego powiedzieć mi Joe lord Leyston.
— Znowu „comedia del arte?“ — spytał, podnosząc brwi, Joe. — Kiedyż niemiecki mózg pozbawi się nareszcie komórek improwizacji? Przy opracowaniu planu, o ile coś go niespodziewanie nie popsuje, jak naprzykład, Belgja, jesteście mistrzami sumienności i talentu w ocenianiu drobnych szczegółów. Improwizacja zaś nie jest waszym udziałem. Tocząca się wojna daje najlepsze dowody tego. Bez przerwy obcinacie sobie nogawice spodni, aby nadsztukować rękawy, to na zachodnim, to na wschodnim froncie, O!
Joe skrzywił usta w drwiącym, pogardliwym uśmiechu.
— Po upadku Antwerpji z systemem angielskim nie było tak bardzo świetnie, panie Leyston! — ze śmiechem zauważył Hans. Czwarta i piąta angielskie armje cofały się w pośpiechu najwyższym!...
— To nie miało nic wspólnego z systemem! — podnosząc oczy na oficera, zaprzeczył Joe. — Był to upadek planu lokalnego. System zaś działał niewzruszenie, panie von Essen, i o jego zmianie nikt nie myślał. Co zaś do zachodniego frontu, to pod hasłem systemu i jego zasad, opracowano inny plan i już od 25 sierpnia pierwszego roku wojny plan ten wykonywany jest zupełnie pomyślnie! Jednak, czyż mamy polemizować o małych rzeczach? Chcieliśmy rozstrzygnąć poważne kwestje, zasadnicze... Może zaniechamy zamiaru i opuścimy ten gościnny dom?
— Mamy czas! — mruknął Hans. — Mnie się nie śpieszy teraz.
— Gotów jestem poświęcić godzinę tak zajmującej rozmowie z panem, panie von Essen. Bardzo proszę — słucham! — rzekł z uprzejmym ukłonem Anglik.
— Jestem dziś zwyciężony, a więc zamierzam najpierw wysłuchać pana, — odparł oficer. — Tak będzie lepiej.
Well! Zaczynam więc... — powiedział Joe, zaciągając się dymem fajki. — Czy nie dopatruje się pan prawa natury w tem, że pewne rośliny prosperują na gołych kamieniach, żłobiąc je kwasami korzeni, i giną, gdy zostają przesadzone do ziemi bogatej w pokarm?
— Z pewnością! — potwierdził Hans.
— Inne prawo istnieje dla drzewa, potrzebującego obfitego pokarmu i wilgoci, a rozrzucającego wszerz i w głąb potężną sieć korzeni. Takie drzewo konarami i koroną swoją pokrywa znaczną przestrzeń ziemi. Nieprawdaż?
Hans w milczeniu skinął głową.
— Mała, okiem niewidzialna bakterja żyje w ciele innego drobnoustroja i dobrze jej z tem. Lew i tygrys szerzą zniszczenie dokoła, bo potrzebują dla życia dużo mięsa.
To powiedziawszy, Leyston pytająco spojrzał na oficera.
— Wszystko w porządku... tymczasem, — odezwał się Hans.
— Hindus, Chińczyk, Zulus, jak rośliny skalne, lub bakterje, do których, zresztą, liczebnie a nawet sposobem tworzenia ognisk zaludnienia są podobni, — snuł dalej swą myśl Joe, — posiadają małe wymagania życiowe; człowiek zaś, urodzony na wyspach Wielkiej Brytanji, jak rozrosłe drzewo, lub lew, mają prawo do żądań wygórowanych. Prawo natury, rozciągające się na wszelkie żyjące istoty.
— Pewno, Niemcy. Austrjacy, Francuzi też podlegają temu prawu? — zapytał Hans von Essen.
— Niezawodnie! Może pan ich porównać do innych roślin lub zwierząt, analogje się z łatwością znajdą, ponieważ systematyka i klasyfikacja zoologiczna i botaniczna jest dostatecznie obszerna — odparł obojętnym głosom Joe. — Mnie chodzi w tej chwili o ustalenie aksjomatu, że najsilniejsze organizmy (państwo zaś też jest organizmem) mają naturalne prawo do zaborczości i bezwzględności, dear!
Hans nic nie odpowiedział, bo nie wiedział, do czego zmierza myśl Anglika.
— Nasi wodzowie moralni zwykle mówią o tem, że rasa Anglo-Sasów stała się wybraną przez Boga dla wprowadzenia boskiego systemu ładu i sprawiedliwości na ziemi — ciągnął dalej młody lord Leyston i nagle zaczął cicho śmiać się, aż śmiech jego przeszedł w urwany chichot.
Niemiecki oficer milczał i o nic nie pytał, bo wiedział, że Joe sam objaśni przyczynę niespodziewanej wesołości.
Istotnie, nie zawiódł się w swej nadziei, gdyż Anglik, wciąż nie mogący jeszcze opanować śmiechu, zaczął mówić:
— Zgodzi się pan, że w tej formule naszych przewódców imperialistycznych mamy dwie nieznane pozycje: system ładu i sprawiedliwość. To budzi poważne wątpliwości! Co do mnie, a także ludzi mego pokolenia i warstwy społecznej, my zgadzamy się na ów „boski system ładu“, bo chcemy go widzieć w różnych jego przejawach. Naprzykład — w noszeniu przez australijskich Papuasów angielskich spodni i cylindrów, w wydawanych w krainie Zulusów dziennikach, w czarnych parlamentarjuszach z Indyj. Jednak co do sprawiedliwości i, zaznaczam, niezmiennie, nieodwołalnie boskiej sprawiedliwości, to jest śmiechu godne!
Chichotał Joe przez długa chwilę, a, uspokoiwszy się nieco, prawił dalej:
— Głodzenie niepokornych Hindusów, surowa polityka w Irlandji, napad na Boerów, najazd na Egipt, wdzieranie się do spraw kalifatu, rozumiemy dobrze, nie mogą być przejawami boskiej sprawiedliwości, my dear! Zresztą nie chodzi nam o reklamę firmową lub o szyld. To powinno było być zrobione i — zrobiono! W tem — grunt i to stanowi o sprawiedliwości! Rządzi tu nie boska ręka, wyłącznie dla Brytanji miłościwa, lecz nienaruszalne prawo naturalnego przywileju, tego, jakim przyroda obdarzyła lwa i tygrysa, dąb i baobab. Dlatego tylko jesteśmy narodem uprzywilejowanym, przez naturę powołanym do postawienia naszej stopy na karkach innych ludów, — co są jak bakterje i wrzosy skalne. Że tak jest, dowodzi to, iż tak się stało od zarania Europy, kontynentu najbardziej energicznych szczepów i narodów!
Joe podniósł oczy na siedzącego przed nim oficera.
Hans, słuchający uważnie, rzekł:
— Jest to potężna teorja triumfującego imperjalizmu!
— I prawidłowa, prawidłowa, my dear von Essen, bo gdyby w tej teorji było coś szwankującego, Wielkie Brytyjskie Imperjum tysiączne miało sposobności do rozpadnięcia się. Nieliczny, konserwatywny, sekciarsko uparty naród panuje nad całą ziemią! Nonsens, paradoks, a jednak istnieje, wzmaga się i nabiera rozpędu!
Zapadło milczenie. Siedzący naprzeciw siebie młodzi ludzie, od których miała należeć najbliższa przyszłość ich krajów, pogrążyli się w myślach.
Joe Leyston, wytrząsając fajkę, zaczął znowu mówić:
— Musimy przyznać, że przedsiębiorczy, odważni Wikingowie północni wleli do naszej krwi jeden cenny pierwiastek. Jest nim — męskość myśli i czynu. Skandynawscy wojownicy wypływali na nieznane oceany, nigdy nie biorąc z sobą kobiet. Były to wyprawy, w których surowa północ rzucała męskie zarodki po świecie. Na wschód od Lofotów ta potężna sperma wytwarzała narody, zdolne do walki z naturą arktyczną, lecz trzy czwarte swoich sił w tej walce tracące. Na południe od przylądku de Vares pierwiastki skandynawskie już po trzech pokoleniach wyjaławiały się. Tylko na naszych wyspach wybujały one w potężną rasę — panów świata, rasę, która czuje się jednakowo na północy, jak i na równiku. Jest nią — rasa anglosaska!
Joe umilkł, namyślając się.
Po chwili ciągnął dalej:
— Gdy po wojnie z Francją któryś z waszych wielkich ludzi rzekł, wskazując na Ren, że od tej chwili Niemcy — zwycięzcy wojenni muszą się stać zwycięzcami na polu przemysłu, Anglja zaczęła uważnie śledzić waszą politykę. Szybko jednak uspokojono się, bo naszemu przemysłowi i handlowi nic nie zagrażało z tej strony. Gdy jednak w drugiej połowic XIX wieku każdy wasz przemysłowiec, inżynier i kupiec stali się uczonymi, stosując z dobrym wynikiem najnowsze zdobycze nauk przyrodniczych do przemysłowych zagadnień, a towary „Made in Germany“ zjawiać się zaczęły na wszystkich rynkach, gdy wasze cechy narodowe: pęd do organizacji i posłuchu, pracowitość, sumienność, dążenie do małych zysków, lecz szybkiego obrotu kapitałów i staranne opracowywanie każdej sprawy zrodziło dla nas widmo konkurencji, nie myśleliśmy o wojnie, lecz o tem, aby zreformować przemysł oraz systemy handlu i zwalczyć niemiecką konkurencję. Wkrótce, na widok własnego powodzenia, opanowała was nieszczęśliwa myśl, że musicie stworzyć raj na ziemi, raj gdzie rządzą bagnety waszej piechoty. Pełni zapału i talentu ludzie zajęli się krzewieniem tej myśli i niemal wszyscy Niemcy uwierzyli jej. Była to zaimprowizowana ad hoc „comedia del arte“, kryjąca poza sobą zaborcze instynkty Germanów. Żeby bronić swego handlu, w pośpiechu budowaliście coraz potężniejsze okręty wojenne. Rozumieliśmy, że handel morski macie za mały na tak silną flotę, tak samo, jak my posiadaliśmy zbyt słabą flotę dla obrony rozległego handlu naszego imperjum. Ten fakt przemawiał za tem, że handel swój chcecie wzmocnić siłą armat. Przyjęliśmy wezwanie i zaczęliśmy przygotowania zbrojne. Wtedy, gdy odegraliście pierwszą swoją „comedia del arte“, — już spowodowaliście wojnę. Mogła ona wybuchnąć dziesięć razy przed r, 1914 i, tylko zawdzięczając wpływom monarchów europejskich, odroczono ją do okresu, który przeżywamy obecnie, my dear.
Joe otoczył się dymem i zakończył swoje rozumowanie słowami:
— Tak! Germanja jest odpowiedzialną za wojnę, lecz nie przez to, że wraz z Austrją zamierzała pokarać Serbów za zamordowanie arcyksięcia Ferdynanda. Wyłącznie przez to, że chciała wprowadzić do udziału w konkurencji na drogach handlu morskiego siłę zbrojną! It is all over!
Hans długo milczał, zbierając myśli i porządkując je. Podniósł nakoniec oczy na Anglika i rzekł:
— Czy mogę zadać panu pewne pytania?
Indeed! — kiwnął głową Joe i wtłoczył monokl w oko.
— Czy angielski naród uważa się za członka rodziny europejskiej? — spytał oficer, uważnie patrząc na siedzącego przed nim Leystona.
Monokl wypadł z oka. Szyderczy uśmiech skrzywił usta Joego.
Odpowiedział, akcentując każde słowo:
— I tak i — nie! Historycznie należymy do Europy, psychologicznie — tworzymy samodzielną grupę, odrębną od innych narodów w każdym calu, w najdrobniejszym przejawie myśli.
— Prosiłbym o wyjaśnienia... — rzekł Hans poważnym głosem.
Well! — mruknął młody dyplomata. — Jesteśmy egoistami, jak już zaznaczyłem, a nasze wyspy, oddzielone kanałem od kontynentu, usposabiają nas do tego. Pędzimy w swoim kraju inne życie, niż wy — ludzie z Europy, gdzie jest szalenie ciasno, gdzie interesy wszystkich narodów i ich dążenia codziennie ścierają się ze sobą, wymagając ciągłego wysiłku woli i energji dla współzawodnictwa. Zarażacie się niem wzajemnie, niby dżumą lub cholerą. Opanowała was nareszcie straszliwa epidemja...
— Epidemja? — powtórzył Hans, z ciekawością wpatrując się w spokojną, zimną twarz Anglika.
Yes! — syknął Joe. — Jest nią ogólny, niepohamowany pęd do pracy dla pracy! Geneza tej choroby polega na tem, że mimowoli zmuszeni jesteście do codziennej konkurencji, do miotania się szalonego, aby dorównywać innym na wszystkich polach naraz. W Europie zapomniano już o wypoczynku niedzielnym, o domowem ognisku, o potrzebie skupienia ducha, chociażby poto, aby do ładu doprowadzić swoje myśli i wrażenia, aby uplanować swoje czynności na dwa dni następne, a nietylko na dziś. Cha — cha! Jesteście podobni do pracującej w pośpiechu straży ogniowej!
— Czyż Anglja nie pędzi z takąż samą szybkością? — rzucił pytanie Hans.
— O tak! — odparł Leyston. — Lecz, mając ustalony plan, system, — mamy termin określony. Różnica polega na tem, że w Anglji ludność dzieli się na dwie części: małą, która myśli, bada, rządzi, kieruje wykonaniem systemu, i — ogromną, składającą się z tych, co robią i posiadają wolę i umiejętność wykonania. Dlatego nas nazywają narodem konserwatywnym. Jednak morze chroni nas od zarazy waszego szalonego pędu w pracy, od wyczerpującej ducha nieustannej improwizacji. Przechowujemy tradycyjnie niedzielę, jako wypoczynek absolutny i dzień skupienia ducha, sporty dają nam kilka godzin codziennie dla wytchnienia umysłowego i ożywienia zmęczonych nerwów. To i tylko to przechowało w Anglji religję, ciągłość naszego systemu politycznego i pewność siebie, my friend!
— Może być... — szepnął oficer.
Beyond a doubt, dear! — zawołał Joe. — Proszę pomyśleć jeszcze o jednej okoliczności. Gdy ludy Europy nikną, wyczerpane pracą, w pośpiechu, nieraz bezmyślnie naprzód, lub owczym pędem biernie za tymi, co wyprzedzają, my Anglicy mamy czas do namysłu, chociażby podczas przekraczania na statku Kanału, a cóż dopiero gdy wypadnie długa, spokojna i wygodna podróż do Kalkutty, Montrealu, Melburnu lub Tasmanji! W tem jest nasza przewaga nad kontynentem, my friend!
— Czy Anglja jest przekonana, że jej system musi być powszechnie przyjęty? — spytał Hans po długim namyśle.
Młody dyplomata wybuchnął suchym, bezdźwięcznym śmiechem.
— Ta część Anglji, która jest powołana do wykonania systemu, wierzy w to święcie, jak w Biblję! — odparł twardym głosem. — Jednak ci, co rządzą i kierują, — myślą inaczej. Powiedziałem, przecież, że oni badają wszystko, co może obchodzić Anglję. Europie nigdy nie narzucali swego systemu. Czasami tylko, jak w epoce Napoleona lub podczas toczącej się wojny proponowali swój plan i bronili go. Narzucano system z całą bezwzględnością tylko barwnym rasom, gdy te były uważane za stado półludzi. Teraz jednak wiemy, że w barwnych ludach zrodził się duch odrębności i dążenie do samodzielnego istnienia. Cywilizacja angielska dała swój plon. Nie jest on tymczasem bezwzględnie dobry dla użytku Anglji. No, ale aczkolwiek jesteśmy narodem konserwatywnym, wrogim rewolucyjnym przewrotom, zdolni jesteśmy do ewolucji idej.
— To ciekawe! — zauważył Hans.
— Popieramy rozwój ducha tubylców w naszych kolonjach, rozwój naturalnie w ramkach naszej państwowości, i chętnie nadajemy cywilizowanym szczepom większe prawa państwowe i moralne. Potrafimy dojść z niemi do porozumienia, mimo intryg innych mocarstw...
— Te prawa moralne wobec dumy angielskiej wydają się zbyt nikłe! — przerwał mu Hans.
— O! — skrzywił usta Joe Leyston. — Panowie z kontynentu chcieliby, żebyśmy natychmiast przyjmowali tubylców do swoich rodzin i płodzili równouprawnionych metysów. — Cha — cha! Tego nigdy nie będzie, my dear friend! Nigdy! My doskonale wiemy, dlaczego zanikły w mieszanych małżeństwach szlachetne cechy anglo-saskiej i normańskiej rasy. Instynkt samozachowawczy zrodził w nas fizjologiczny wstręt do barwnych kobiet i mężczyzn. Nic z tego nie wyjdzie!
Rozmowa urwała się na chwilę. Obaj młodzi ludzie w milczeniu palili łajki.
— Panie Leyston! — odezwał się Hans. — Teraz pozwolę sobie wypowiedzieć szereg myśli. Będą się one różniły nietylko treścią, lecz i wewnętrznem znaczeniem, ponieważ pan mówił w imieniu małej rządzącej części Anglji, ja zaś, żołnierz i wykonawca, będę wypowiadał myśli ogółu.
Well! — przytaknął Leyston, przyjaźnie patrząc na niemieckiego oficera. — Very well!
— Zacznę od wyznania, iż jestem przekonany o niepomyślnym dla Niemiec końcu wojny — zaczał Hans. — Tak jest! Wojnę przegramy...
O! — zawołał Joe, podnosząc brwi.
— Wojna obecna nie ma hasła ideowego, i w tem się kryje zarodek klęski. Hasło jednak było, pominięto je niestety!
— Jakież to hasło? — spytał dyplomata.
— Niemcy powinny były zjednoczyć pod swojem kierownictwem wszystkie wolne narody Europy, aby obezwładnić potęgę i wzmagającą się zaborczość Anglji — odparł cichym głosem Hans. — Wojna ta mogłaby stać się ostatnią wojną o wolność Europy przeciw ogarniającemu świat kapitalizmowi brytyjskiemu. Lecz tej idei kierownicy nasi nie zrozumieli i na swoich sztandarach wypisać nie potrafili!
Joe Leyston ukrył twarz w dłoniach i trząsł się od śmiechu.
Długo nie mógł się uspokoić, aż, cienko chichocąc, — powiedział:
— Jeżeli ogół niemiecki tak istotnie myślał, w takim razie jest on bardzo mądry i bardzo dla Wielkiej Brytanji niebezpieczny! O! Bardzo niebezpieczny! My oczekiwaliśmy tego hasła, lecz odrazu zabezpieczyliśmy się przed nim. Cha — cha — cha! Lloyd George ogłosił na cały świat angielskie hasło! Była niem walka oprawa małych narodów. Cha — cha — cha!
— Była to obłuda, świadomy kłam! — krzyknął oficer. — Nasze hasło byłoby szczere, bo jesteśmy sami przez Anglję zagrożeni!
— Obłuda! Kłam! — śmiał się Joe, zacierając ręce. — Znowu „comedia del arte“. improwizacja, fajerwerk słów pustych! Nasze hasło unicestwiło możliwość walki wolnych ludów Europy przeciwko Anglji, odsunęło nazawsze widmo porozumienia się waszego z Rosją! Czyż nie tak? Od chwili ogłoszenia praw małych narodów, mieliście w swojej armji wrogów naturalnych — Polaków, Czechów, Słowaków. A wszystkie te niezliczone szczepy Ukraińcy, Estończycy, Litwini, Liflandczycy, Azjaci Borysa Suzdalskija — oczy swoje zwróciły ku nam i rozbiłyby porozumienie niemiecko-rosyjskie, gdyby ono jakimś cudem na porządek dzienny wypłynęło!
— Nie, panie Leyston! Chociaż wojnę przegramy, a wasz obłudny plan odniósł zwycięstwo, Anglja zatruła się swem hasłem. Małe narody, nawet tak „małe“, jak... 300 miljonów Hindusów, jak ludność Egiptu zażąda od was uznania swoich praw. My im dopomożemy. Może być nie teraz, ale kiedyś... może prędko...
— Cesarz Wilhelm jak niegdyś będzie udawał w Ai-Sofji muzułmanina, a książę Henryk pruski uczyni wysiłek, aby kokietować wyznawców Buddhy i Konfucjusza? — spytał Joe, mrużąc zimne oczy. — Stare to sztuki!
— Nie wiem, jak to uczynimy, bo nie moja głowa będzie nad tem pracowała — odparł Hans. — Anglja już się kłoni ku upadkowi, bo, naśladując nas, dąży do imperjalizmu, czyniąc z niego objawienie, nakaz Boga, prowadzącego naród angielski do panowania nad światem.
O! — mruknął Joe, coraz uważniej słuchający.
— Wiemy — ciągnął dalej Hans, — że celem waszym jest zagarnięcie świata, w sieci waszego kapitalizmu. Stanęło przed wami widmo Rosji, sprzątnęliście ją rękami Japonji; teraz walczycie z nami, lejąc krew wszystkich ludów, później zamajaczy przed wami wzmagająca się Ameryka, rzucicie na nią Japonję, Chiny, Meksyk, Germanja jest pierwszem mocarstwem, które się podniosło przeciwko waszej hegemonji, bo w niej właśnie tkwi odpowiedzialność za wojnę... Przegramy wojnę obecną, lecz nie przestaniemy być tamą na drodze waszej zaborczości, jeżeli...
— Jeżeli? — powtórzył jak echo Joe.
— Jeżeli nie utracimy naszego zmysłu asocjacji i zdolności do szybkiego odrodzenia ducha organizacyjnego i twórczej pracy — zakończył młody oficer i twarz mu spochmurniała.
Well... well... szeptał Joe w’ zamyśleniu.
Nic już więcej nie mówili do siebie.
— Czas na mnie! — rzekł, podnosząc się, Hans von Essen.
— I na mnie! — odparł Anglik. — Good bye! Chciałbym się spotkać z panem w lepszych, spokojniejszych czasach!
— Kto wie, może spotkamy się prędzej, niż się spodziewamy — zauważył Hans. — Więc dowidzenia, panie Joe Leyston!
Good bye, mister Essen! — odpowiedział Joe i wstał.
Hans ukłonił się i, nie podając ręki, wyszedł.
Skierował się do miasta i, spotkawszy wolną taksówkę, wskazał szoferowi adres poselstwa niemieckiego.
Opowiedział posłowi o wypadku porwania go i zabrania szyfrów, a w godzinę później jechał już ku granicy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.