Pięć minut do północy/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pięć minut do północy
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia Sp. Akc.
Ilustrator Tadeusz Lipski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

Po skończonych widowiskach sportowych, za któremi szalała cała międzynarodowa w te dni Genewa, trzech wytwornych młodzieńców weszło do hallu hotelu des Bergues.
Na spotkanie ich podniosła się Manon Chevalier, przeglądająca pisma ilustrowane.
— Bardzo się cieszę, że widzę panów! — zawołała, wyciągając do nich ręce. — Rodzice wkrótce zejdą na dół, my zaś możemy sobie tymczasem porozmawiać.
— Będziemy prosili, żeby pani nam o sobie opowiedziała — rzekł Borys, patrząc na piękną dziewczynę zamglonemi oczami. — My chyba nie dużo mamy do powiedzenia o sobie? Porwało już nas życie, codzienne i jednostajne. Kroczymy własną drogą powoli naprzód ku nieznanemu celowi. Z pannami to inna sprawa! Jest to materjał nietrwały, podlegający ciągłym zmianom.
Zaśmiał się i usiadł, starannie obciągając na sobie biały kostjum flanelowy, doskonale oblegający zgrabną, wyniosłą postać.
Joe Leyston, wyczekawszy aż usiądzie Manon, zajął miejsce na trzcinowej kanapce. Hans, uścisnąwszy drobną dłoń dziewczyny, odszedł na stronę i zaczął wybijać popiół z fajki do zielonej kadzi z kwitnącym oleandrem.
Po chwili umieścił się naprzeciwko Manon i przyglądał się jej z nieukrywanem rozrzewnieniem.
Słońce padało na piękną dziewczynę, złociło i połyskiwało na białym jedwabiu sukienki, różowiło smagłą skórę, zapalało ogniki w piwnych oczach i na koniuszczkach zbłąkanych nad czołem czarnych loków.
— Marzenie! — myślał Hans, ogarniając wzrokiem wiotką kibić i dziewiczą pierś, spokojnie wznoszącą się pod lekką jedwabną tkaniną.
Młodzi mężczyźni uważnie badali siedzącą przed nimi panienkę, na jaką wyrosła mała, kapryśna, zawsze wesoła Manon.
— Piękny, barwny motyl wyfrunął z drobnej poczwarki! — zauważył Borys, bezceremonjalnie patrząc na Manon i odsłaniając białe zęby.
Spuściła oczy i tak, jak dawniej, obciągnęła na sobie sukienkę, poprawiła kołnierz bluzki, czując, że zmrużone, jarzące się oczy pięknego młodzieńca ogarniają jej kibić i ślizgają się wzdłuż wysmukłych bioder.
— Motyl — to słabe porównanie! — zaprotestował Hans. — Nie jest pani podobna do motyla, o, nie! Gdybym miał porównać, powiedziałbym, że była pani kawałeczkiem błyszczącego kryształami kamyka barwnego, a gdy go rozbito, ukazał się brylant, ukryty w nim!...
— Ależ, panie Hansie, nikt mnie nie rozbijał, upewniam pana! — ze śmiechem odparła Manon.
Do rozmowy wmieszał się Joe i jak zwykle, myśl swoją wyraził krótko.
— Motyl — o! — mruknął z pogardliwem wzruszeniem ramion. — Brylant, ukryty w dawnym barwnym kamyku, to — well!
— No, wy zachodni ludzie zawsze lubicie porównywać wszystko do czegoś, co ma dużą materjalną wartość! Businessmeni! — zaśmiał się Borys. — Dla was pozostaje niezrozumiałą czysta poezja!
Mówiąc to, wparł zamglone oczy w wyraźnie zarysowujące się pod sukienką foremne nogi Manon.
Przyłapał ten wzrok Joe, wcisnął w oko monokl i, patrząc na Rosjanina szyderczo, — rzucił:
— Czysta poezja — o!
Natychmiast skrzywił usta i odwrócił się od Borysa.
— Ale, ale! — zaczęła Manon. — Zapomniałam powinszować panom, bo przecież samych zwycięzców widzę przed sobą!
— Niebardzo jestem zadowolony z rezultatów, — odpowiedział Hans. — Wziąłem pierwsze nagrody na regatach i w rzucaniu dyskiem, lecz w biegu przegrałem całą godzinę do Joego!
— Mnie się też nie powiodło! — zauważył Borys. — Podła „Irma“ popsuła mi wszystkie szyki na wyścigach. Poprawiłem swoją reputację w biegu z przeszkodami.
— A pan jest zadowolony z siebie, panie Leyston? — zapytała Manon.
Yes! — odparł pewnym głosem. — Przyjechałem tu, aby zwyciężyć w biegu na daleki dystans i uczyniłem to... naturalnie.
— Naturalnie! Pyszna jest ta pewność! — zaśmiał się Borys.
Joe podniósł na mówiącego blade oczy i powtórzył twardym głosem:
— Jest to naturalne, bo powiedziałem, że po to przyjechałem do Genewy. Nie miałem wątpliwości ani na chwilę, gdyż wszystko obmyśliłem i uczyniłem tak, żeby być pewnym zwycięstwa, my dear...
— To pan wszystko robi na pewno?! — zapytał, wybuchając głośnym śmiechem, Borys. — No, a gdyby tak zechciał pan zdobyć serce panny Manon, walcząc o nią z nami...
— O! — wyrwało się Joemu i usta jego skrzywiły się z wyrazem niesmaku. — Co za porównanie!...
W tej chwili do hallu wpadł zdyszany Roy Wilson.
— Przepraszam! — zawołał, witając się z Manon i jej gośćmi. — Spóźniłem się? Nie? No to bardzo się cieszę! Byłem zmuszony, jako zwycięzca na polu foot-ball’owem, być rozjemcą w sporze dwuch ekip i to mnie zatrzymało.
Potężny Roy, o szerokiej, dużej, otwartej twarzy i jasnych, młodzieńczych oczach usiadł, wyciągając muskularne nogi.
— Ha! rzekł. — Widziałem pana, panie Leyston, wczoraj na finiszu. Biegł pan świeży i suchy, niby dopieroco wyruszywszy ze startu. Doskonała forma i pierwszorzędny trening! Winszuję!
Joe, zrzuciwszy z oka monokl, pochylił głowę w stronę mówiącego, chciał coś powiedzieć, lecz natychmiast się podniósł, spostrzegłszy wchodzących państwa Chevalier.
Zaczęły się powitania i po chwili wszyscy przeszli do sali jadalnej, gdzie był przygotowany stół, przybrany kwiatami.
Rozmowa toczyła się wokoło wesołych dni, pełnych zabaw i widowisk, omawiano spotkanie się na balu, który miał być kulminacyjnym punktem światowego życia Genewy.
Jednak pan de Chevalier, lubujący się w polityce, wkrótce naprowadził rozmowę na inne tematy.
— Ogólny stan w Europie jest nader naprężony, — rzekł. — W kołach miarodajnych zaczynają poważnie obawiać się wojny i z tem już się liczą...
— Będzie tak, jak zechce Wielka Brytanja! — sentencjonalnym głosem oznajmił Joe.
Wszyscy mimowoli podnieśli głowy i patrzyli na młodego dyplomatę.
Yes! — ciągnął twardym głosem Anglik. — Jeżeli to nie będzie odpowiadało zamiarom i celom Anglji, potrafi ona zażegnać wybuch wojny. Jeżeli zaś uzna ją za pożyteczną, wyniknie krwawa i długa walka.
— Wielka Brytanja? — zapytał, mrużąc oczy, Borys. — Cóż ona ma do powiedzenia, jeżeli Rosja i Francja zechcą lub nie zechcą wojny? Proszę pamiętać, że sto pięćdziesiąt miljonów Rosjan — to potęga! My też mamy głos i nieograniczone możliwości.
Joe uśmiechnął się nieznacznie.
— Francja posiada mężów stanu o zdrowych poglądach, — rzekł. — Sprzymierzona wyłącznie z Rosją do tak ryzykownego przedsięwzięcia, jak wojna, nie przystąpi. Musi oglądać się na Anglję. Nasz głos tę sprawę rozstrzygnie w tę lub inną stronę.
— Dlaczego pan jest tak niepochlebnego zdania o rosyjsko-francuskiem przymierzu? — spytał podrażnionym głosem młody oficer.
O! — przeciągnął Joe, bawiąc się monoklem. — Psychologja tych dwuch narodów jest zupełnie odmienna. Łaciński zachód i azjatycki wschód, my dear! Cóż chcecie państwo? Francja, aczkolwiek nie posiadająca trwałych, powiedziałbym, wiecznotrwałych, dziedzicznych systemów, jak Anglja, jednak jest narodem o wysokiej kulturze, o zdolnościach do długiego wysiłku woli i mięśni. Tego nie możemy powiedzieć o Rosji. Wszystkie wojny dowiodły tego...
— Tak! — zaśmiał się złośliwie Borys. — Naprzykład, zwycięstwo nad Napoleonem? Prawda?
— Jako Anglik nie jestem obowiązany być adwokatem Bonapartego — uśmiechnął się młody dyplomata. — W wojnie z Napoleonem zwyciężyła nie armja rosyjska, lecz niezmierzone przestrzenie waszych równin. Napoleon nie obawiał się Aleksandra Pierwszego i jego wodzów, lecz nie obliczył znaczenia i niebezpieczeństwa przestrzeni. Wojna krymska, turecka, japońska dowiodły niepewności ducha Rosji. Zostaję przy swojem twierdzeniu, my dear!
Borys nagle zmienił ton i z mgłą rozmarzenia w oczach powiedział cichym, rzewnym głosem:
— Mówimy o wojnie, a tymczasem w Rosji nikt jej nie pragnie i o niej nie myśli! Nasze inteligentne społeczeństwo coraz bardziej zagłębia się w zagadnienia duchowe, w szukaniu Boga na ziemi, w dążeniu do wymarzonego grodu boskiego! Lud zaś, ten potulny, dobry, wierzący lud wieśniaczy spokojnie i wytrwale, bez sarkania cierpi, znosi swój los, jako kary, dopust Boży...
— Cóż to za los tak ciężki? — spytał Roy Wilson, szybko zwracając głowę w stronę Borysa. — Nie rozumiem!
— Brak ziemi, głód, epidemje. wyzysk złych urzędników prowincjonalnych — zaczął wyliczać młody oficer.
— Na Boga! — zawołał Roy. — Joe w takim razie ma podwójnie rację, bo nietylko niepewność ducha, lecz wprost materjalne warunki większości narodu zmuszą go do wybuchu pod wpływem wojny i niepowodzeń. Wewnętrzne zamieszki przejdą na takim terenie w rewolucję. Rezultatem zaś będzie wycofanie się Rosji z grona walczących. Nigdy nie słyszałem nic podobnego o Rosji, lecz wierzę panu, bo jesteś Rosjaninem i znasz swój kraj!
Borys się zmieszał i, starając się naprawić wywołane przez siebie nieprzychylne wrażenie rzekł:
— Buntów nie boimy się, bo umiemy je tłumić... Jesteśmy pozatem narodem wiernym w przyjaźni i do ofiarności i bohaterstwa zdolnym...
Joemu coś przyszło na myśl, bo wtłoczył monokl do oka i bystro spojrzał na dawnego towarzysza. Pohamował się jednak i zaczął małemi łykami pić białe wino.
Rozmowa toczyła się takim torem, że panu Chevalier, jako Francuzowi, nie wypadało zabierać głosu.
Postarał się więc zwrócić myśl gości w innym kierunku.
— Słyszałem niejednokrotnie, — rzekł, — że właśnie w Anglji obawiają się współzawodnictwa Niemiec na morzu... silna i doskonała flota niemiecka, wyszkolona armja... ekspansja kolonjalna. Są to zjawiska, zwracające na siebie uwagę kierowników polityki angielskiej. Wzmagający się militaryzm niemiecki jest objawem groźnym...
Hans von Essen, posłyszawszy to, postawił swój kieliszek, i patrząc na wszystkich siedzących przy stole spokojnym wzrokiem niebieskich oczu, odpowiedział cicho:
Gott! Ileż razy zdarza się słyszeć zagranicą te obawy przed osławionym militaryzmem niemieckim! Pochodzi to stąd, że Europa źle pamięta, a jeszcze gorzej ocenia naszą historję, jako monarchji.
— To ciekawe! — rzekła Manon, zachęcając Hansa do mówienia.
Spojrzał na nią wdzięcznemi oczami i ciągnął dalej:
— Narody, wchodzące w skład niemieckiego państwa, bardzo różnią się pomiędzy sobą. Jest to zlepek różnych szczepów, nie powiązanych pomiędzy sobą, ani wspólnotą tradycji, ani jednością pochodzenia. Jedynie plemię pruskie posiadało wszystkie cechy, potrzebne dla wytworzenia panującego żywiołu i, jako najwspanialsze swe dzieło, wydało dynastję Hohenzollernów. Przemyślana w najdrobniejszych szczegółach, mądra prawie do jasnowidzenia i stanowcza polityka ich stworzyła jednolite państwo, spojone potężną armją. Historja Prus — to historja armji pruskiej! Ona, armja ta, wywołała zrozumienie, że powiązane z sobą plemiona, mają żyć i działać w imię wspólnych idei — miłości ziemi i państwa! Król, armja i naród stanowią całość nierozerwalną, kompleks potężnych sił! Armja stokroć silniej niż prawo stała się łącznikiem pomiędzy królem a narodem! Armja niemiecka w chwili obecnej, — to — miłość ojczyzny przeobrażona w wolę i czyn!
— Groźny obraz, zdolny obudzić poważny niepokój... — zauważył pan Chevalier.
— Przeciwko komu skierowany jest ten militaryzm? — nagle zapytała Manon.
Nie namyślając się, Hans odpowiedział:
— Przeciwko wszystkim i przeciw nikomu! My czujemy w naszych duszach potężną potrzebę posłannictwa w Europie i na całej kuli ziemskiej. Jesteśmy zdolni do głębokiej, może najgłębszej, w porównaniu z innemi narodami, myśli syntetycznej i twórczej, możemy i mamy prawo myśleć nietylko o sobie, lecz i o innych... Być może bezwiednie marzymy o stworzeniu jednolitego państwa ludzkiego, o przeprowadzeniu unifikacji idei ogólnopaństwowych i ogólnoludzkich...
— Pod berłem najpierwszego żołnierza pruskiego, jakim jest Wilhelm II lub inny Hohenzollern? — zapytał pan Chevalier.
— Tak! — potwierdził Hans. — Tak! Wiemy, że to nie przejdzie bez oporu i dlatego pruski militaryzm stał się duchem narodu niemieckiego, stojącego pod bronią w imię wysokiej idei!
— Czy Niemcy zapytali, jak się na to wszystko zapatrują Alzatczycy lub Polacy? — wtrącił Joe.
— A czy Anglicy pytają Irlandczyków, Kanadyjczyków, Nowozelandczyków, Hindusów i mieszkańców południowej Afryki o zgodę na wprowadzenie swoich systemów politycznych? — odciął się Hans. — Rządzeni, jako słabsi, muszą ulec kierującej woli silniejszej rasy. Nie inaczej myślą w londyńskim Foreign Office, kochany panie Leyston!
— Tam nie drapują tego w togę ideologji posłannictwa, my dear! — odparł Joe. — Praktyczny program polityki angielskiej nie jest skończony. O ideach tak obszernych, jak stworzenie ogólno-ludzkiego państwa, będą marzyły kiedyś następne pokolenia. Tymczasem jest jeszcze dużo do zrobienia wyłącznie dla Wielkiej Brytanji.
Roy Wilson słuchał obojętnie, wkońcu zaś pochylił się do Manon i rzekł:
— Wolę budować Patrie-en-fleurs, wodociągi, koleje, fabryki i tramwaje, które służą ludziom, dopomagają im w dążeniu do doraźnego dobrobytu, gdyż sytość i spokojne życie bądź co bądź są zapowiedzią szczęścia. Nie lubię rozmów o takich rzeczach, wykonanie których oblicza się na pokolenia!
— Czy Stany Zjednoczone powstały odrazu? — zapytał, spoglądając na niego z ukosa. Joe. — Od Linkolna i Waszyngtona dużo czasu upłynęło...
— Pewnie! — wzruszył ramionami Roy. — Jednak przodkowie nasi budowali kawałek po kawałku, nie robiąc gigantycznych planów Pan-Ameryki, co chodzi teraz po głowach naszych polityków, zarażonych przez tych, którzy mają tworzyć jakąś jednolitą środkową Europę, a później, jak słyszałem, ogólno-ludzkie państwo. My też myślimy o człowieczeństwie, a nasi potentaci rzucają miljony na ogólno-ludzkie sprawy. To może się zmieścić w mojej głowie, lecz, żeby udało się siłą bagnetów uszczęśliwić różnorodne ludy, jak to uczynili pruscy Hohenzollernowie z innemi germańskiemi szczepami, — nie wierzę temu! Musi to runąć, jak gmach, zbudowany na piasku, jak Wielka Brytanja w przyszłości, jeżeli nie porzuci swego odwiecznego systemu „Rule, Britania!“...
— Brawo! — wykrzyknął Borys, zacierając ręce.
Wszystkie oczy ze zdziwieniem podniosły się na pięknego oficera i jednakowa myśl błysnęła w nich.
— Co było w mowie Amerykanina, czemu mógł przyklasnąć Rosjanin, przedstawiciel brutalnego, zaborczego imperjum? — zadali sobie pytanie wszyscy obecni.
Borys zaś rzekł:
— Tak! Najpierwszym obowiązkiem i najważniejszym zadaniem jest wprowadzenie wewnętrznego ładu we własnem państwie. Rząd Jego Cesarskiej Mości jest tem obecnie poważnie zajęty...
O! — mruknął pogardliwym głosem Joe. — W Wielkiej Brytanji ład panuje od wieków. Rozumiemy prawo i interesy państwa.
— Nie wiem, czy także głęboko są przejęci tem zrozumieniem mieszkańcy północno-zachodnich prowincyj angielskich Indyj? — zaśmiał się Rosjanin.
— Zawdzięczając staraniom rosyjskich agentów istotnie zapominają nieraz tubylcy o prawie angielskiem i interesach Wielkiej Brytanji, lecz my im to natychmiast przypominamy dobitnie. Yes! — powiedział Joe, uporczywie wpatrując się w twarz Borysa.
Roy Wilson wzruszył ramionami. Hans uśmiechnął się nieznacznie, a pan Chevalier, rzuciwszy spojrzenie w stronę żony, — rzekł:
— Nadzwyczaj ciekawą wymianę zdań wysłuchaliśmy dzisiaj. Teraz możemy przejść do hallu, gdzie nam podadzą kawę i cygara.
— Biedaczka pani, panno Manon, — szepnął Borys, patrząc na nią gorącem wejrzeniem. — Rozmawialiśmy o takich nudnych rzeczach. Poruszaliśmy „przeklęte kwestje“, które nie mogą pani wcale interesować, jako młodej i tak bajecznie pięknej osoby.
— Cóż to za przestarzałe poglądy na kobiety, mój panie?! — zawołała Manon. — Owszem, bardzo się interesuję temi zagadnieniami, bo jako przyszły lekarz, będę miała bezpośredni z niemi łącznik i to najstraszliwszy i najboleśniejszy... w pewnych okresach.
— Boże sprawiedliwy! — wykrzyknął, wznosząc ręce, Borys. — Pani lekarzem, do tego lekarzem w szpitalu wojskowym, wśród poszarpanych ciał, okropnych ran! To wprost nie do pomyślenia!
— Myślę, że przeciwnie, — rzekła poważnym tonem. — Kobieta-lekarz, mimo wiedzy swojej i sumienności, może mieć większe od mężczyzny znaczenie. W szpitalach wojennych spotyka się nietylko poszarpane ciała i okropne rany, lecz boleść, zwątpienie i rozpacz. Z tem wszystkiem kobieta-lekarz potrafi walczyć skuteczniej od mężczyzny.
Spojrzała na młodych ludzi, oczekując potwierdzenia swoich słów.
O! — powiedział Joe, marszcząc usta. — Boleść, jako ból, tak, lecz zwątpienie i rozpacz — nigdy! Spełnia się wolę narodu, a on wie, na co posyła swoich ludzi! Jest tylko mus spełnienia obowiązku, innych zaś uczuć nie powinno być...
— Nawet w chwili zgonu? — spytała pani de Chevalier.
— Tak, pani! — odparł Joe.
— A co pan myśli o kobietach-lekarzach, panie Hansie? — zwróciła się do Niemca dziewczyna.
— Myślę, że jej rola niczem się nie różni od zwykłych czynności lekarza — rzekł. — Boleść i zwątpienie nie powinny istnieć dla żołnierza. Co do rozpaczy — to może zjawić się przed śmiercią wobec świadomości, że ranny nie dożyje dnia triumfu ojczyzny.
— O, młodzi jeszcze jesteście panowie, bardzo młodzi! Nie znacie granic ludzkich uczuć i przeżyć — zauważył pan de Chevalier.
Joe wzruszył ramionami w milczeniu, Hans zacisnął wargi, a Borys z lubieżnym uśmiechem przyglądał się poważnej, zasłuchanej dziewczynie. Pił przy śniadaniu więcej od innych i wino działało na niego.
— Bogini! Cudna bogini! — szepnął, przysuwając się do Manon.
Spojrzała na niego uważnie i poszła ku Royowi, który stał na uboczu, paląc fajkę dyskretnie.
— Pan nic nie mówi? — spytała.
— Ach, proszę pani! — rzekł z wybuchem. — Gdy przyjeżdżam do Europy, czuję się tak, jak gdybym był wśród obłąkańców niebezpiecznych i drapieżnych! Co piąte słowo — wojna, co siódme — nieprzekraczalne prawo, co dziesiąte — system! A tymczasem na wojnę, której żądają królowie, mogą nie pójść żołnierze, prawo może być podeptane przez większość parlamentu, system zmieniony do gruntu przez nowy gabinet ministrów, lub nawet przez dziennikarzy. Wojna, prawo, system, a tymczasem istnieją: głód, niszczące ludzkość choroby, prostytucja, nędza, handel kobietami, wyzysk słabych przez silnych, powstania, bunty w wojsku, niezadowolenie społeczeństwa, ohydne procesy sądowe! Głupcy i zbrodniarze, po stokroć głupcy i zbrodniarze!
Manon ze zdziwieniem spojrzała na Roya Wilsona, całego w obłokach dymu.
— Mówi pan nie po amerykańsku! — zauważyła.
— Czy wy znacie Amerykanów, wy — Europejczycy? — zapytał. — Mówicie i sądzicie o Amerykanach, spotykając w Paryżu, Londynie lub Wenecji naszych snobów, szukających rozmaitości i silnych wrażeń, w rodzaju kabaretowych piękności, ruletki lub ukrytych przed policją restauracyjek; tańcząc ze znudzonemi amerykańskiemi miljonerkami, znużonemi bogactwem i pustką życia; czytając o dziwactwach i gigantycznych pomysłach naszych królów stali, nafty lub mąki... Lecz wy nie znacie Amerykanów! Oni też posiadają ducha narodowego, tylko nie gnieździ się on ani na końcach bagnetów, ani w kieszeni, lub stalowych kasach bankierów z Down-Street, jak o tem pospolicie myślą w Europie, panno Manon! Nas uważają za ludzi naiwnych, a wie pani dlaczego? Dlatego, że wierzymy w istnienie dobra i sprawiedliwości bez armji, bez systemów, chociażby najmądrzejszych, lecz za to cenimy ducha ludzkiego w przejawach energji, rozumu, talentu, uczciwości, siły i moralności. Ale Europa tego nie widzi!...
— Europejczycy dużo mówią o mechanizacji Ameryki, — zauważyła panienka.
— Mówią dużo, lecz nic z tego nie rozumieją! — zawołał Roy Wilson. — Mechanizacja jest środkiem do dobrobytu pracy, tak samo, jak dobrobyt ogólny do zdobycia szczęścia. Czem jest szczęście? Wolnością w dążeniu do rozwoju własnych upodobań, do wykonywania własnych zamiarów. Trudnem zadaniem jest praca nad historją sztuki lub nad odczytywaniem napisów na grobowcach asyryjskich, gdy jednocześnie trzeba zarobkować ciężko na zaspokojenie codziennych potrzeb! Jeszcze trudniejszą rzeczą jest przechowywanie w duszy dążenia do szczęścia, gdy człowiek traci siły, zdrowie i radość bytu w ohydnych warsztatach, które wymagają fizycznego wysiłku mięśni przez cały dzień. Mechanizacja pracy usunęła z drogi ludzi te ciężką przeszkodę. Mechanizacja całego życia ma na celu zwalczenie konieczności myślenia nad tem, co może być wprowadzone i wykonane przez rząd, administrację miejską, fabryczną lub biurową. To są rzeczy proste i praktyczne! My, Amerykanie, wprowadziliśmy to do życia codziennego, i z nas się śmieją, rozpowiadając niestworzone bajki o mechanizacji naszej. Europa jest ślepa i z tej mechanizacji wzięła najgorsze dla ludzkości: maszyny dla powiększenia prywatnych majątków i kulomioty, aby jednego żołnierza zmienić w całą kompanję. To, co wzięła z naszej mechanizacji Europa, musi ją zgubić: maszyny, wprowadzane wyłącznie dla zysku, zrodzą rewolucję, kulomioty chęć do nowych krwawych starć. Szaleńcy, krety ślepe!
Pani de Chevalier zaczęła omawiać sprawę balu, więc Manon z Royem musieli przyłączyć się do reszty towarzystwa.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.