Pięć minut do północy/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pięć minut do północy
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia Sp. Akc.
Ilustrator Tadeusz Lipski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.

Nazajutrz rano Alfred, gdy służba hotelowa w zielonych fartuchach i miękkich pantoflach dopiero zaczynała sprzątać hall, wybiegł z domu i szybko kierował się ku „Zatoce Przyjaźni“. Chciał bowiem rycerski chłopak dopomóc Manon i zgromadzić dla niej jak najwięcej budulca. Nikogo jeszcze nie było na brzegu zatoki, lecz, rozejrzawszy się uważnie, Alfred spostrzegł nowe rzeczy, których wczoraj stanowczo tu nie było.
Na kępie na wetkniętym w ziemię drągu powiewała flaga angielska, dwie inne trzepotały na wietrze z obydwuch brzegów, tuż przy wejściu do zatoki.
— Hm... — mruknął chłopak. — Ten Anglik wyprzedził wszystkich, zajął najlepsze miejsce i, zamknąwszy wyjście i dostęp do zatoki, będzie panował niepodzielnie.
Zaczął się namyślać nad wyborem terenu dla Francuzeczki.
— Zbudujemy miasto na samym końcu zatoki, bo w tem wąskiem miejscu łatwiej będzie nam się bronić, a zresztą cała zatoka otworem stoi przed nami. I tak na pełne jezioro nie będziemy wypływali!
Po Alfredzie wkrótce nadbiegł Hans. Ujrzawszy flagi Joego, zacisnął pięści i krzyknął:
— Pośpieszył się i zajął strategiczny punkt!
Minęła jeszcze godzina, gdy wszyscy byli już przy pracy.
Manon planowała „ogrody wersalskie“, mające tarasami zbiegać ku wodzie; Alfred zaś wznosił na brzegu mury, składając je z kamieni i podpierając wbijanemi w ziemię odłamkami desek.
Joe i Borys przybyli z całą armją „robotników“. Byli to wynajęci chłopcy uliczni.
Joe z powagą oznajmił, że są to angielskie wojska kolonjalne; rozkazywał im, co mają robić, a łobuzy, pewni zapłaty, pracowali starannie, wbiegali do wody, wznosząc na kępie wały i wysokie mury.
Borys armję swoją nazywał „Azjatami“ i odrazu stawiał dwa miasta: jedno — małe nad brzegiem, które miało być Kronsztadtem, drugie — o kilka metrów dalej, pomiędzy pagórkami piasku — Petersburgiem.
Hans czekał, aż wszyscy rozpoczną pracę. Gdy zobaczył, że towarzysze zajęci są robotą, długo stał na brzegu i rozważał.
Nareszcie tupnął nogą i mruknął:
— Tu!
Wybrał miejsce w pobliżu Joego w małej wąskiej zatoczce, od strony wody bronionej przez dwa wystające z wody głazy.
Zabrał się do pracy w milczeniu i skupieniu. Rozpoczął od kopania głębokiego dołu, a gdy ujrzał warstwę lepkiej gliny, wykrzyknął radośnie:
— Teraz obaczymy!...
Hans pierwszy zakończył budowę Wilhelmsstadtu, jak nazwał swój port. Wały i wysokie mury z kamieni, otynkowanych gliną, zmieszaną z trawą, otaczały znaczny czworobok, dochodzący do głazów, broniących wejścia do małej, własnej zatoki.
Obejrzawszy uważnie swoje dzieło, chłopak zaczął kopać rów, którym otwierał boczne wyjście z małej do dużej zatoki.
— Mam teraz kanał Kiloński! szeptał do siebie i jął wznosić przy jego końcu mały czworokątny mur, niewysoki, lecz gruby.
— Kukshafen! — rzekł nareszcie i otarł pot z czoła.
Usiadł i rozglądał się dokoła.
Przed obiadem wszystkie porty były zbudowane. „Kolonjalne wojska“ i „Azjaci“ otrzymawszy zapłatę, odeszli, śpiewając i śmiejąc się.
Manon była bardzo znużona, gdyż musiała ciągle się schylać przy planowaniu tarasów wersalskich, wykopywaniu kwiatów polnych i przesadzaniu ich do swoich ogrodów, zbiegających ku wodzie.
Zresztą i chłopcy czuli ból w krzyżach, więc zaczęli się umawiać, że dopiero nazajutrz powrócą do „Zatoki Przyjaźni“.
— A dziś zagramy w tennisa! — zawołała Manon. — Tylko ja chcę grać w partji z Alfredem!
Joe i Hans, chociaż wiedzieli, że przegrają, natychmiast się zgodzili.
Borys zaś zapytał wyzywającym głosem:
— Jest nas pięcioro, więc w jakiej partji ja mam grać?
— Będziesz grał na zmianę z Joem i Hansem, — zadecydowała dziewczynka.
Kapryśnie wydał usta, lecz zgodził się, ociągając i niechętnem okiem spoglądając na Alfreda.
Małachowski poszedł oglądać budowlę Joego. Mały Anglik zbudował trzy naraz twierdze, a pomiędzy swemi portami przeciągnął zawieszone na drągach grube druty.
— Co to jest? — zapytał Alfred. — Telegraf?
— Nie, to most, łączący obydwa moje miasta, — odparł Joe.
— Chodźmy do domu, bo już czas na obiad! — zawołała Manon.
Umywszy ręce, powalane ziemią i gliną, pobiegli w stronę miasta.
Po obiedzie wszyscy znowu się spotkali na placu tennisowym.
Znowu wygrywali set po secie Manon z Alfredem, nareszcie Hans krzyknął:
— Dość tego! Jutro będziemy grali w innym składzie, bo tak to nie ciekawe. Zawsze przegramy.
— Dobrze! — zgodziła się, gniewnie marszcząc brwi, dziewczynka. — Dobrze, skoro boicie się Alfreda...
Hans i Borys nic nie odrzekli, lecz Joe, spokojnie patrząc na nią, odparł:
— Przyznajemy, że gra lepiej od nas wszystkich.
Chłopcy zbliżyli się do Alfreda i zaczęli naradzać się z nim co do niektórych uderzeń rakiety.
Borys tymczasem podszedł do Manon i coś opowiadał jej przyciszonym głosem.
Dziewczynka nagle zasłoniła twarz rękami i wykrzyknęła:
— Ależ to straszne?! Muszę zapytać o to Alfreda...
Borys zmieszał się i odparł szeptem:
— Powiedziałem o tem tylko tobie, Manon...
— Tak, tak, ale Alfred musi o tem wiedzieć i zaprzeczyć, jeżeli to jest nieprawda! — zawołała.
Borys chciał odejść, lecz ona schwyciła go za rękę i zawołała:
— Alfredzie, Joe, Hansie, chodźcie tu!
— Co takiego? — pytali chłopcy, otaczając ją i patrząc ze zdumieniem na pobladłą i przerażoną twarzyczkę przyjaciółki.
Dziewczynka, ciężko oddychając, zaczęła mówić urywanym głosem:
— Borys twierdzi, że Alfred jest synem zbrodniarza, zbrodniarza, którego powieszono za morderstwo w Rosji... To straszne! Czy tak istotnie było, Alfredzie?
Twarz chłopaka pokryła się śmiertelną bladością, ściągnęły się ciemne brwi i oczy błysnęły złowrogo. Milczał.
— A widzisz, widzisz?! — krzyknął Borys, rozzuchwalony milczeniem Alfreda. — Niech odpowie na pytanie, czy jego ojciec nazywał się Sewerynem? Sewerynem Małachowskim?
— Powiedz, Alfredzie... — szepnęła Manon, dotykając dłoni chłopca.
— Tak! — padło krótkie słowo.
— A więc wiedzcie — ciągnął Borys, triumfująco spoglądając na Alfreda, — wiedzcie, że jego ojciec zabił gubernatora i został powieszony... Tak, czy nie?
Cztery pary oczu wpiło się w usta bladego chłopca.
— Tak! — zabrzmiała odpowiedź.
— Wiem, że tak, bo mówił mi o tem ojciec, który wszystkich zbrodniarzy wyławia i przed sądem stawia! — ze złym śmiechem wołał Borys.
Zapadło milczenie. Nikt nie wiedział, co trzeba w takim wypadku zrobić. Czuli jednak, że coś należało czynić.
Pierwszy oprzytomniał i powziął decyzję Joe.
Patrząc badawczo, prawie surowo na Alfreda, spytał:
— Dlaczego powieszono ojca twego?
Alfred podniósł głowę i uważnie zatrzymał wzrok na każdej twarzy pokolei.
— Nie wiem, czy mnie zrozumiecie... — mruknął. — Trudno to wam pojąć, bo wy nie wiecie, co się dzieje tam, gdzie żyją tacy... Borysy.
— Mów! — rzekł Joe.
— Zapytam was pokolei, ciebie Joe i ciebie, Hansie, coby zrobili wasi ojcowie, gdyby cudzoziemcy znęcali się nad Anglikami i Niemcami, krzywdząc kobiety i dzieci, zamykając szkoły i kościoły?
— O! — wzruszył ramionami Joe. — Mój ojciec zabiłby pierwszego takiego, któregoby spotkał.
— Mój ojciec uczyniłby to samo! — zawołał Hans, potrząsając głową.
— Jesteście silnemi narodami, mającemi swoje państwa i rządy, więc, na szczęście dla was, zdarzyć się to nie może ani w Anglji, ani w Niemczech. My zaś jesteśmy tymczasem słabi, znosimy zatem długo znęcanie się i krzywdę, aż póki ktoś śmielszy nie zabije wroga. Tak postąpił mój ojciec, tak też będę czynił i ja, gdy dorosnę!
Znowu zapanowało milczenie.
Przerwał je Alfred zimnymi, twardym głosem:
— Niech teraz odpowie ten... Rosjanin, ojciec którego jest jednym z krzywdzicieli, czy nie za to został śmiercią ukarany mój ojciec — Seweryn Małachowski?
Borys długo milczał, aż odpowiedział nareszcie:
— Tak... ale to wszystko jedno, bo ojciec jego był zbrodniarzem.
O! — mruknął Joe i pogardliwy uśmiech skrzywił wąskie usta chłopca.
— Nie!... — podtrzymał go Hans. — W tem jest coś innego... Coś jak na wojnie...
— Panna Corday też zabiła kogoś, a pamiętam, jak mamusia płakała, czytając o niej książkę! — dodała Manon.
— Dziękuję wam, że zrozumieliście mnie! — szepnął Alfred i, nagle skoczywszy ku Borysowi, z rozmachem uderzył go w twarz.
— Wisielec! — ryknął wyrostek, rzucając się na przeciwnika.
Rozpoczęła się bójka.
Nikt nie wątpił, że Alfred ulegnie, gdyż po każdym ciosie rozrosłego Borysa zataczał się i padał, krew ściekała mu z nosa i czoła, lecz zrywał się z ziemi i napadał ruchami szybkiemi i zwinnemi, coraz zręczniej unikając ciosów i zadając je.
Pojedynek się przeciągał.
Przeciwnicy walczyli w milczeniu. Godzina była już późna i nikt z publiczności nie zaglądał do ustronnej alei, gdzie toczył się bój.
Manon, wcisnąwszy twarz w drobne dłonie, stała bez ruchu, wyczuwając całą istotą swoją grozę chwili. Joe i Hans bladzi, z błyszczącemi oczami, śledzili walkę, pierwszą w ich życiu poważną walkę.
Alfred zmuszał cięższego od siebie i wyższego Borysa do obracania się wkółko, szybko atakując go z różnych stron i coraz uporczywiej nacierając. Zdawało się, że pozostaje nieczuły na straszliwe ciosy, że nic nie może pozbawić go sił i woli do walki. Wszyscy rozumieli, że nie zna strachu przed rosłym, silnym Rosjaninem i że postanowił zmóc go lub zginąć.
Joe, znawca boksu, pojął, że Alfred posiada system, nie robi niepotrzebnych ruchów i zamierza znużyć przeciwnika.
Well! — syknął z zadowoleniem, spostrzegłszy, że Borys, już zmęczony, kilka razy uderzał pięściami w powietrze i, przechylając się przy zamachu, otrzymywał ciosy od Alfreda.
Upłynęło jeszcze kilka minut. Nagle Borys z krzykiem bólu zgiął się we dwoje, ugodzony pięścią w brzuch, a po chwili, rozkładając ręce, odrzucił się w tył i padł nawznak, zemdlony.
Alfred położył przeciwnika, uderzywszy go w brodę i pomiędzy oczy.
Mały Polak z pokrwawioną twarzą podszedł do leżącego wroga i postawił mu nogę na piersi.
Well! — zawyrokował Joe.
— Zuch z ciebie! — zawołał Hans.
Manon, przycisnąwszy ręce do piersi, szeptała:
— Alfredzie... biedny, mały Alfredzie!...
Chłopak nic nie odpowiedział, bo nagle zatoczył się i padł nieprzytomny.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.