Pawełek i jego mama

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Arkadij Awierczenko
Tytuł Pawełek i jego mama
Pochodzenie Opętana przez djabła
Data wydania 1927
Wydawnictwo Towarzystwo Księgarzy Polskich na Kresach
Druk Drukarnia Społeczna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. S.
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
A. AWERCZENKO.
PAWEŁEK
i
JEGO MAMA.

Pawełek i jego mama.
(Humoreska).
I.

Ponieważ było nas tylko troje, ja, żona i pokojówka, a willę żona wynajęła dość dużą — więc jeden pokój, — mały narożny — pozostał pusty
Chciałem przeznaczyć ten pokój na gabinet, ale żona odradziła mi:
— Po co ci to? W lecie prawie, że wcale nie pracujesz, nic nie piszesz, a jeżeli nawet coś cię absorbuje — czy to list, telegram, czy jaka notatka — to możesz to napisać w pokoju sypialnym.
— Dobrze. Ale dlaczego ma ten pokój stać pustkami?
— Mam doskonałą myśl: wynajmijmy go komu!
— Komu? — zaniepokoiłem się. — Kobiecie jakiej? Będzie z nią kłopot, będą kaprysy, historje, prasowanie żelazkiem... Mężczyźnie? Jeszcze tego tylko trzeba! Toż on, kanalja, jeszcze czego dobrego gotów nie dawać ci spokoju. A ty wiesz, że pogląd mój na sprawy tego rodzaju jest bardzo określony...
— Co ty, kochanie! Ani mężczyzna, ani kobieta w tym pokoju nie zmieszczą się. Musimy wziąć chłopczyka, albo dziewczynkę. Ja tak lubię dzieci...
Oboje oddawna marzyliśmy o dzieciach, lecz dzieci, jakby na złość, nie mieliśmy. Właściwie mówiąc, to ja jakgdybym miał dziecko, tylko, że żona tu wcale nie była zainteresowaną.
Dlatego też żyliśmy sobie skromnie i cicho we dwójkę i tylko niekiedy w duszach naszych zrywała się burza, albo dręczyła nas tęsknota, gdyśmy spotkali np. jaką niańkę, ciągnącą wózek, lub zajętą grubaśnym, czerwonolicym dzieckiem...
O, dzieci! O wy kwiaty przydrożne, upiększające szczęśliwcom ciężką drogę gorzkiego życia... Czemu jesteście tak kapryśne, że unikacie jednych, a darzycie radością innych?...
— Masz rację, moja droga, — odparłem, gryząc się w wargi, gdyż serce moje tłoczyła wielka tęsknota. — Masz rację. Niech to będzie nawet nie nasze dziecko, w każdym bądź razie uprzyjemni nam ono kilka miesięcy samotności...
Tegoż dnia pojechałem do miasta i podałem do dziennika anons: „Młoda, bezdzietna para, zamieszkała w willi, w nadzwyczajnie zdrowej miejscowości, rozporządza zbytecznym pokojem, który może zaofiarować chłopcu, albo dziewczynce, nie mającym możności mieszkania na willi wraz z rodzicami. Warunki: — trzydzieści rubli za cale utrzymanie. Serdeczne traktowanie, troskliwa opieka, smaczny i obfity wikt... Adres:...“
W trzy dni potem otrzymałem następującą odpowiedź:
„Szanowni Państwo!
Spieszę odpowiedzieć na Wasze sympatyczne ogłoszenie. Czy nie wzięlibyście państwo mego maleńkiego Pawełka, który w bieżącym roku pozbawiony jest możności odetchnięcia świeżem powietrzem i pofiglowania na wsi, ponieważ sprawy różnego rodzaju, zmuszają mnie do pozostania w mieście przez całe lato. A świeże powietrze tak jest niezbędne dla maleństwa! Jest to chłopczyk nie kapryśny, przeto kłopotów państwu nie przysporzy. Mam również nadzieję, że i u państwa krzywdy nie zazna. —

Z szacunkiem dla obojga państwa
N. Zawidońska“.

Tegoż dnia odtelegrafowałem:
„Zgoda. Przyślij pani albo przywieź milutkiego Pawełka. Czekamy“.

II.

Cały poranek straciliśmy na skrzątaniu się przy urządzaniu gniazdeczka dla malutkiego gościa. Kupiłem łóżeczko, postawiłem pod oknem stolik, porozwieszałem w oknach obrazki, podłogę pokryłem dywanem i — skromny pokoik nabrał pięknego, eleganckiego wyglądu...
W czasie obiadu nadeszła depesza:

„Proszę wyjść dziś o siódmej wieczór. Żałuję, że sama nie mogę. Przywiezie go niańka Gdyby w nocy spał niespokojnie, proszę się nie niepokoić: to z zębów. Z szacunkiem.
Oddana Państwu —
N. Zawidońska“.

Przeczytałem to, zagwizdałem:
— Ee, do djabła... Co to ma znaczyć: „z zębów“? Jeżeli u tego dziecka dopiero wyłażą zęby — no, to ładnie będziemy wyglądać! Będzie nam ryczał przez całą noc. Jaka szkoda, żeśmy nie wymienili pożądanego dla nas wieku dziecka! Myślałem, że będzie to chłopiec 8 — 10-cioletni lecz jeżeli to ma być latorośl roczna — no, to dziękuję za tę przyjemność...
— A widzisz! — z wyrzutem odezwała się żona — A tyś mu kupił łóżko prawie, że na dwa łokcie długości! Jakże go tam włożymy. Toż on wypadnie...
— Niech wypadnie! — oświadczyłem cynicznie — (doznałem już bowiem rozczarowania z powodu tego chłopca) Można go będzie postronkami przywiązać. Ale, jeśli to djable ma mi po nocach ryczeć...
Żona gniewnie błysnęła oczami.
— Ty ani za grosz nie masz serca! Nie troszcz się o niego... Jeżeli maleństwo zacznie płakać — to ja je uspokoję. Przytulę je do swych piersi i uśpię cichutko...
Na rzęsach żony zawisły łezki. — Pokiwałem w zamyśleniu głową i milcząc, wyszedłem.
Nim siódma wybiła, kazałem służącej ugotować dużo mleka, poczem udaliśmy się na stację.
Hucząc i gwiżdżąc, nadbiegi pociąg. Stacyjka była miniaturowa, to też pasażerów wysiadło na niej niewielu: jakiś ksiądz, panna z kuferkiem, jakiś młodzieniec z żylastą szyją i dzikimi ruchami, wreszcie grubaśna kobiecina z klatką, w której skakał kanarek.
— A gdzie nasz... Pawełek? — zapytała zdumiona żona, gdy pociąg zagwizdał i pomknął dalej. — A zatem nie przyjechał? Hm.. Niańki też jakoś nie widzę...
— A może to ta niańka, — wskazałem nieśmiało. — Ta z kufrem?
— Co znowu! A gdzież w takim razie jest... Pawełek?
— Może ona go ma... w kuferku?...
— Nie pleć głupstw! Cóż to, kot jaki, czy co?
Gruba kobieta z kanarkiem, rozglądając się na wszystkie strony, zbliżyła się do nas i spytała:
— Czy to może państwo Pawełka naszego szukają?
— My, my! ucieszyła się żona. — A co się z nim stało? Czy nie zachorował przypadkiem?
— Ależ on tu stoi.
— Gdzie?!
— O... tu! Pawełku, chodź no tu, przywitaj się z państwem!
Młodzieniec z żylastą szyją obrócił się, podszedł do nas leniwie, przeginając się z boku na bok, wypluł ogromnego papierosa z lewego kąta ust i rzekł zblazowanym, tubalnym głosem:
— Mmmoje szanowanie państwu! Mmmama kazała kłaniać się Państwu!
Żona zbladła. Ja zaś zapytałem ostro!
— To pan jesteś... Pawełek?
— Hę? No, tak, tak, ja! Ale niech się pan nie boi... Ja pieniądze za miesiąc od matki z góry przywiozłem! Mama prosiła, oddać państwu. Ot, tu jest trzydzieści blatów... Tylko dwóch rubeljansów brakuje... W mieście przetrąciłem przy bufecie na stacji coś niecoś, no i papierosisków kupiłem... Może pan pozwoli...
— Niańka! — szepnąłem wściekły, wziąwszy na stronę ową tłustą kobietę. — Cóż to znowu za komedja? Alboż to chłopczyk? Gdybym tak z podobnym „chłopczykiem“ spotkał się gdzie w lesie sam na sam — to dalibóg bez żadnych rozmów nietylko zegarek ale i pieniądze sam bym mu oddał! Alboż taki dryblas może uchodzić za „chłopczyka“?
Niańka z przymileniem popatrzyła mi w twarz i odparła:
— Ależ to przecież jeszcze takie dziecko... Zupełne dziecko...
— Ile ma lat? — przerwałem.
— Dziewiętnasty roczek...
— To po kiego djabła matka pisała do nas, że on „z zębów“ śpi niespokojnie? Myśleliśmy, że jest dopiero w okresie ząbkowania...
— Gdzie tam! już dawno mu wyszły, — uspokajająco odparła kobieta. — Tylko, że bardzo go często zęby bolą. Tak czy owak krzywdy mu państwo przecież nie róbcie..
— Ależ co znowu! Czyż mógłbym się na coś podobnego odważyć, — wyszeptałem, patrząc z przerażeniem na potężne barki „dziecka”. — Niech już sobie ten miesiąc przemieszka A potem... zabierzcie go sobie, na miłość Boską, gdzie chcecie...
— No, do widzenia, Pawełku, — odezwała się niańka, całując młodziana. — Pociąg na mnie czeka. Sprawuj się tu dobrze, nie zaziębiaj się i nie rób państwu przykrości... A panią bardzo proszę uważać, aby on z domu nie wylatywał ubrany lekko; bo chociaż teraz jest pora letnia, to jednak trzeba go wieczorami ubierać cieplej... Masz tu, mój Pawełku, kanareczka... Powieś go na pamiątkę po starej niańce gdzie na ścianie — niech ci śpiewa Dowidzenia, kochanemu państwu, dowidzenia!

III.

W milczeniu poszliśmy we trójkę, ja, żona i nasz lokator — z powrotem do domu.
Po drodze Pawełek rozgadał się. Wyrażał się bardzo dobitnie, jędrnie, że tak powiem:
— Po kiego djaska ten stary babsztyl narzucił mi się z tym kanarkiem? — zamruczał. — Cisnę go gdzie do rowu...
I z młodzieńczą naiwnością, nie zastanawiając się, zamachnął się i cisnął klatkę z kanarkiem w krzaki.
— Dlaczego pan ptaka tak męczy?! — oburzyła się żona. — Wypuść go pan lepiej...
— Tak pani radzi? Ee... Ktoby się tam jakimś ptakiem zajmował! Zresztą, niech go tam...
Pawełek podniósł klatkę, odszukał niezgrabnemi paluchami drzwiczki, i nie znalazłszy go, lekkim ruchem rąk rozerwał drucianą klatkę na dwie części. Kanarek spadł na drogę i podskoczywszy raz i drugi, odleciał...
Poszliśmy dalej w milczeniu.
— A ryby w rzece tu macie? — zapytał nagle Pawełek.
— Czy pan może lubi łowić ryby? — spytała żona.
— Na sak lubię bardzo łowić. Jestem wielkim amatorem... rybów!
Kiedyśmy już podchodzili do domu, znowu przerwał milczenie i zapytał mnie.
— A las macie tu? Żeby można było czasem, tak na grzybki sobie pójść?...
— Ma pan zamiar grzyby zbierać?
— Coo? O, co to, to nie! Tylko tu dziewuszki muszą fajne, jak się zdaje po grzybki po lesie włóczyć się.. Cha — cha! Co?
Znowu zaniósł się od śmiechu.
Wprowadziliśmy go do ogrodu, poprosiliśmy, aby chwilkę poczekał, a sami weszliśmy do domu.
Żona wybuchła płaczem.
— No i poradź, co tu robić!
— Ładne mi poradź! — uśmiechnąłem się ironicznie. Co? Dziecka ci się zachciało? Chłopaczka maleńkiego?... Na piersi go swej usypiać miałaś, gdyby mu ząbki spać nie dawały? Masz go, spróbuj go teraz uśpić... ukołysać...
— I gdzie my go teraz podziejemy, — spytała zawsze praktyczna żona, ocierając łzy. — Przecież na tem łóżeczku nie zmieści się, choćby go na dwoje złożyć!...
— Chyba trzeba będzie ustąpić mu swój pokój, — mruknąłem posępnie. — A sam będę musiał tam... na podłodze... albo do ciebie pójdę...
— Bo widzisz, ja nawet kołderkę dla niego kupiłam, a innej nie mam...
— Możesz mu ją oddać zamiast chusteczki do nosa! A okrywać się może dywanem z podłogi. Nic mu nie będzie. Djabli go nie wezmą!...
Weszła pokojówka
— Ugotowałam dużo mleka dla dziecka.
— Dzięki, — rzekłem, lepiejbyś mu ty koniaku na kolację dała!
Przy otwartem oknie ujrzeliśmy twarz Pawełka.
— Doskonała rzecz koniaczek... — rzekł. — Fajny z pana chłop! A kotlety będą?
— Będą.
— A ryba będzie?
— Będzie.
— Fajny z pana chłop! Trzeba będzie koniecznie oblać dziś z panem tę naszą znajomość!
Żona rzuciła się:
— Pan możesz oblewać co ci się żywnie podoba — ale jemu ja nie pozwolę!

IV.

Nazajutrz nadszedł list od mamusi Pawełka:
„Proszę donieść mi — pisała — jak się czuje u państwa mój Pawełek? Jestem bardzo niespokojna — (mam go przecież jednego!) — jednakże narazie przyjechać jeszcze nie mogę. Czy zdrów aby? Jaki ma apetyt? Proszę się tem nie zrażać, jeżeli wyda się on państwu zbyt wstydliwym i nieco rubasznym... On wogóle jest jeszcze bardzo nieśmiały, zwłaszcza w towarzystwie mężczyzn.. Do kobiet wogóle zbliża się chętniej, ponieważ wyrósł w towarzystwie kobiecem. Nie trzeba go zbytnio pieścić ale i bez opieki zostawić też nie można... Dzieci wogóle mają tak delikatną organizację, że dalibóg, nieraz dojść nie można, skąd się u nich jaka choroba weźmie. Czy codzień pije mleczko? Z szacunkiem

Oddana państwu N. Zawideńska”.

Tegoż wieczoru przekonałem się niezbicie, że matka Pawełka miała rację: maleństwo „chętniej zbliżało się do kobiet, niż do mężczyzn“... Kiedy bowiem udałem się po gorącą wodę do kuchni, to przedewszystkiem rzuciła mi się w oczy potężna postać Pawełka. Siedział, trzymając na kolanach naszą Nacię i, objąwszy jej stan rękami, na zabój obcałowywał jej szyję i piersi. Nacia zaś kuliła się pod jego pocałunkami, piszczała śmiała się...

A ty co tu robisz gałganie?!? — krzyknąłem wściekły. — Marsz stąd zaraz!
Ten wybałuszył oczy, klasnął w ręce i zaśmiał się:
— Patrzcie-no go! Cha — cha! I on tu jest!... Nie wiedziałem, nie wiedziałem, że wejdę panu w paradę...
— Czego nie wiedziałeś? — krzyknąłem.
— Żeś pan taki zazdrośny! I pomyśleć, że jest człowiek żonaty...
— Wynoś mi się stąd natychmiast i żebyś się ani ważył więcej tu wchodzić!
— Cha-cha-cha! Ach, cha-cha-cha!
Wieczorem tego dnia pisałem do jego matki:
„Pawełek jest zupełnie zdrów, ale tęskni za panią. Myśmy, wyznam szczerze, nie przypuszczali, że jest to takie maleństwo, inaczej nie wzięlibyśmy go do siebie... Bowiem, jak się pokazało to Pawełek jest jeszcze zupełnem niemowlęciem i w dodatku dopiero co odstawionem od piersi — (dziś rano przezemnie!). — Czy nie lepiejby było zabrać go stąd z powrotem, co? Mybyśmy pani nawet pieniądze zwrócili! Tembardziej, że odmawia on picia mleka, a mleko z koniakiem pije o tyle, o ile w niem jest koniak... Apetyt też ma nieszczególny... Wczoraj przez cały dzień zjadł tylko: gęś, dwoje pieczonych kurcząt, i maleńką baryłeczkę korniszonów... Czy nie raczyłaby go pani zabrać sobie z powrotem? Co?“
Na to matka Pawełka odpowiedziała depeszą:
„Czyliż naprawdę nie możecie państwo zatrzymać go do końca miesiąca? Z tonu waszego listu widzę, że jesteście niezadowoleni. Dziwne to bardzo... On taki spokojny! Jeżeli jest to chłopiec zbyt wstydliwy żenujący się — to przecież to minie z czasem! Nie trzeba się zrażać... Cieszę się, że ma dobry apetyt. Czy aby nie tęskni bardzo za mamusią?“.
Poszedłem do wstydliwego dziecka. Wstydliwe dziecko siedziało właśnie w swoim pokoju w kłębach dymu tytuniowego, wysączając butelkę skradzionego mi z kredensu koniaku.
— Pawełku! — rzekłem. — Mama zapytuje, czy aby nie tęsknisz zbytnio za nią?
Ten popatrzył na mnie ironicznym wzrokiem:
— Jaka mama?
— No, chyba że nie moja!
— Pal ją djabłi!
— Za cóż to tak?
— Bo głupia! Dokąd mnie ona wysłała? Nudy tu, ot co! Ani to dzierlatek żadnych... ani grzybów w lesie... Naci nie rusz, tego nie rusz, owego nie rusz.. Innyby na mojem miejscu już dawno za pańską żoną się szwędał, jednakowoż ja tego nie robię. Ja, proszę pana, jestem fajny kolega... Innyby już dawno z pańską Żoną... Et, co tu gadać, wypij pan lepiej ze mną szklaneczkę!... Pal djabli mamę!...
Milczałem, medytując o czemś.
— Zgoda, — rzekłem. Pójdę, przyniosę koniaczku... Wypijemy sobie razem, moje ty maleństwo...
Przyniosłem świeżą butelkę.
— Masz tu szklankę, Pawełku. Butelki odrazu nie wypijesz...
Uśmiechnął się.
— Wypiję!
— Wypił, rzeczywiście, wypił!
— A drugiej nie wypijesz!
— Głupiś pan! Wypiję!
— No, dobrze. Teraz trzecią spróbuj. No, co? Smaczne? Co to? Spać ci się chce? No, śpij, śpij, moje ty maleństwo... Popamiętasz ty mnie teraz...
Ściągnąłem razem z żoną i pokojówką ze strychu ogromny biały kosz, zawinąłem Pawełka w prześcieradło i, zgiąwszy go we dwoje, wsunąłem do kosza.
Na głowie mu położyłem notatkę:
„Upraszam litościwe osoby usynowić go! Pan Bóg za to wynagrodzi... Ochrzczony: Zwie się: „Pawełek“.
I teraz oto ten nieszczęsny podrzutek spoczywa w pustym wagonie towarowego pociągu i jedzie gdzieś daleko, daleko, na południe...
Boże! Obrońco słabych!... Miej go w swojej opiece...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arkadij Awierczenko i tłumacza: anonimowy.